Grzechy środowisk pro-life | Tomasz Mincer

Organizacje pro-life nie szczędzą środków i energii na lobbing – chcą zaostrzenia już i tak restrykcyjnego prawa aborcyjnego w Polsce.

Według pro-lifersów kobieta powinna urodzić nawet wtedy, gdy ciąża jest wynikiem gwałtu i gdy płód obarczony jest ciężką, nieuleczalną chorobą. Chorobą czy też upośledzeniem, które nierzadko skazują płód na śmierć już kilka godzin po urodzeniu.

Co więcej, w wyniku rozwiązań prawnych, za którymi opowiadają się radykalni przeciwnicy aborcji, osłabieniu może ulec ochrona życia matki, będącej w ciąży.

Z pozoru troska o życie matki jest w projektach katolickich fundamentalistów zachowana. Lekarz ma prawo odsunąć zagrożenie życia matki i w tym celu przeprowadzić zabieg aborcji. Jednak lekarzom-praktykom trudno będzie za każdym razem udowodnić, że życie matki znalazło się w sytuacji realnego, stuprocentowego zagrożenia. Medycyna jest sztuką, a nie grą zero-jedynkową.

W nowej rzeczywistości, o jakiej marzą katoliccy fundamentaliści, połączone komórki rozrodcze męskie i żeńskie nazywane byłyby „dzieckiem poczętym”. Ci zaś, którzy doprowadziliby do jego uśmiercenia, napotkaliby drastyczne konsekwencje karne.

Jeśli tak pomyślane zapisy wejdą w życie, lekarz działać będzie pod olbrzymią presją. Dwa razy się zastanowi, czy lepiej dla niego osobiście przeprowadzić ryzykowny zabieg i narazić się na posądzenie o przekroczenie uprawnień, czy nawet kosztem życia matki doprowadzić do porodu (choć śmierć matki w ciąży często i tak oznacza śmierć jej dziecka).

Podobne wątpliwości pojawią się przed wykonaniem badań prenatalnych. Bo może lepiej dla lekarza (a kosztem matki i dziecka) nie przeprowadzać inwazyjnych badań tego typu, skoro mogą one nieść za sobą ryzyko powikłań.

Widać, jak wielkiemu osłabieniu ulega tu pozycja matki, zdanej wyłącznie na sumienie lekarza.

Nie dziwi więc, że taka postawa pro-lifersów kojarzy się z bezdusznością i brakiem empatii (o wyobraźni nie wspominając). Pro-lifersi w swym ideologicznym zacietrzewieniu zapominają o zwykłym człowieku i jego dramacie. Sprawiają wrażenie, jakby nie liczyło się dla nich dobro kobiet, ich rodzin, tylko statystyczny bilans żywych i umarłych.

„Rzecznicy nienarodzonych” wybierają ideologiczną wojnę i proste, chwytliwe hasła oraz zdjęcia zdeformowanych płodów wyeksponowane na ulicach polskich miast. Idą na łatwiznę, bo nie pokazują rodzicom, samotnym matkom i ojcom, jak sobie radzić w nowej, trudnej rzeczywistości, gdy na świat przychodzi dziecko ciężko chore, poczęte w wyniku gwałtu albo istota zdolna do życia przez kilka godzin po opuszczeniu organizmu matki. Zamiast tego bezdusznie chcą wymusić zmianę postaw społecznych za pomocą restrykcyjnego prawa.

Skoro ideolodzy pro-life tak się palą do działania, niech organizują kluby wsparcia dla samotnych matek, fundusze dla rodziców niepełnosprawnych dzieci, sesje terapeutyczne dla kobiet, które mimo gwałtu zdecydowały się urodzić. Niech włączą się w kampanię na rzecz aktywnego tacierzyństwa, ściągalności alimentów, a nie krzyczą o penalizacji aborcji i wsadzaniu kobiet oraz lekarzy ratujących życie do więzienia.

„Obrońcy życia”, lobbyści bez serca – im nie zależy na zbudowaniu takich instytucji i wsparciu takich mechanizmów społecznych, które nie pozostawiłyby kobiet na lodzie już po urodzeniu dziecka. Które ojcom umożliwiłyby w większym stopniu współdzielenie obowiązków opiekuńczo-wychowawczych, a matkom ułatwiły powrót do aktywności zawodowej po ciąży.

Inicjatorzy jednego z projektów chcą co prawda nałożyć na administrację rządową i samorządową obowiązek zapewnienia środków materialnych dla rodzin wychowujących dzieci upośledzone i poczęte w wyniku czynu zabronionego. Jest to zrozumiałe i konieczne, choć dla samych pro-lifersów na tyle wygodne, że aktywność w tym obszarze przerzucają na państwo, a sami umywają ręce.

Na koniec jeszcze słowo o debacie, której temperatura nad Wisłą jak zwykle sięga zenitu. To hasła aktywistów pro-life prowadzą do gwałtownej polaryzacji stanowisk w tym sporze, do podkręcania emocji wokół nie do końca rozstrzygalnych dylematów moralnych. Efekt ich działań jest taki, że w Sejmie pojawił się kolejny projekt, tym razem środowisk lewicowych, daleko bardziej liberalizujący obecny stan prawny.

Pro-lifersom nie zależy jednak na dialogu. Dla nich liczy się ich jedynie słuszna wizja świata z kobietą przywiązaną do kuchni i otoczoną gromadką dziatek.

Z drugiej strony jeśli polskie feministki kwestie aborcji ograniczać będą wyłącznie do kobiecego stanowienia o własnym brzuchu, to zbyt wiele nie wskórają. Jeśli sięgną po zgraną antykościelną kartę, utrwalą przypiętą im łatkę radykałek. Jeśli z dyskusji o aborcji wykluczą mężczyzn, pozostaną same w obrębie skłóconej w tym temacie grupy innych kobiet. Wśród pań nie brakuje przecież zwolenniczek zaostrzenia aborcyjnego prawa.

Ciąża jest sprawą kobiety – to truizm. Ale nie zawsze jest sprawą wyłącznie kobiety. Zwłaszcza jeśli kobietę łączy trwała więź z drugą osobą, z którą wspólnie dzień po dniu podejmuje decyzje tak w błahych, jak i fundamentalnych kwestiach. W tym gorącym sporze takie oczywiste stwierdzenia giną z pola widzenia.

Tomasz Mincer – publicysta, redaktor naczelny Miesięcznika Ewangelickiego

Numer 2-3(34-35)/2016