Megaproblem | Renata Kim

Kiedy w Seulu zapada zmrok, oczom zaskoczonego cudzoziemca ukazuje się niezwykły widok: setki, tysiące podświetlonych na czerwono krzyży ustawionych na dachach budynków. To kościoły, w większości protestanckie. A Seul nie jest wcale wyjątkiem. Podobne neonowe krzyże zdobią dachy we wszystkich południowokoreańskich miastach.

neonykoscielne

A przecież Korea Południowa nie jest krajem tradycyjnie chrześcijańskim. Przez wieki rząd dusz sprawował tam buddyzm i szamanizm. Pierwsi chrześcijańscy misjonarze dotarli na półwysep dopiero pod koniec XVIII wieku. A mimo to wpływy chrześcijaństwa są tam dziś widoczne na każdym kroku.

Politycy, w tym prezydenci, otwarcie przyznają się do pełnienia funkcji diakonów w zborach. Aktorzy i celebryci chętnie opowiadają prasie i telewizji o swoim życiu religijnym. Także w Korei znajduje się aż pięć z dziesięciu największych na świecie kościołów, tzw. megachurches. Każdy z nich odwiedza w niedzielę ponad 10 tysięcy wiernych, a największy, podobno także na świecie – Yoido Full Gospel Church – chwali się milionem członków.

W sumie w liczącym 40 milionów obywateli kraju jest blisko 9 mln protestantów i ponad 5 mln katolików.

Jeszcze kilka lat temu prasa na całym świecie zachwycała się tym, jak szybko przybywa protestantów w Korei Południowej. Pisano, że liczba wiernych podwaja się tam co dekadę. Z podziwem mówiono o niezwykłej religijności Koreańczyków: o ich legendarnej wręcz pobożności, która każe im wstawać o świcie i spotykać się na porannych modlitwach albo pościć całymi dniami w jakiejś intencji. Zachwycano się też samozwańczymi kaznodziejami, którzy głosili Dobrą Nowinę w wagonach metra i wprost na ulicy, na zakorkowanych skrzyżowaniach.

megakościół w Korei

Dziś po tamtej euforii nie ma śladu. Coraz częściej prasa, zarówno światowa, jak i miejscowa, pisze za to o rozczarowaniu protestantów Kościołem instytucjonalnym, i o tym, że odchodzą ze zborów. Może jeszcze nie na masową skalę, ale jednak licznie. Szacuje się, że w ostatnich kilku latach zbory protestanckie straciły kilkaset tysięcy wiernych, zniesmaczonych rozlicznymi, przede wszystkim finansowymi skandalami, w jakie zamieszani byli pastorzy.

Niektórzy sprzeniewierzyli pieniądze Kościoła. Inni podejmowali kluczowe decyzje finansowe bez zgody całej wspólnoty, a jeszcze inni zmuszali wiernych do pokrywania astronomicznych kosztów budowy coraz większych kościelnych budynków. Kilku prominentnych duchownych oskarżono o molestowanie seksualne, a wobec wielu parafii wysuwane są zarzuty o zbyt jawne sprzyjanie partii rządzącej.

Czarę goryczy przelała informacja, że założyciel megakościoła Yoido Full Gospel Church, wielebny Cho-Yong-gi, „pożyczył” sobie około 20 mln dolarów z parafialnych funduszy, by ratować skórę synowi, który stracił fortunę na nietrafionych giełdowych transakcjach. Wielebny oczywiście wszystkiemu zaprzecza, ale jego reputacja doznała poważnego uszczerbku.

Przy okazji oszacowano, że całkowite wpływy protestanckich Kościołów wynoszą ponad 340 mln dolarów, ale tylko 3 procent tej sumy wykorzystuje się później w celu pomocy słabszym i biedniejszym. Coraz głośniej słychać też opinie, że skoro przynależna organizacjom wyznaniowym ulga podatkowa jest wykorzystywana głównie po to, by budować coraz bardziej okazałe budynki kościelne, a nie wspierać dobroczynność, to może należałoby ją zlikwidować. Zwłaszcza, że wiele wskazuje na to, że to właśnie dzięki podatkowym przywilejom pokusie przekształcenia zboru w dobrze prosperujący biznes uległo zbyt wielu pastorów. A co gorsza, wielu wiernych uwierzyło, że biedny chrześcijanin to kiepski chrześcijanin.

Dobrym, choć smutnym przykładem jest właśnie „megawielebny” z megakościoła Yoido. Cho Yong-gi założył kongregację na wyspie w centrum Seulu w roku 1958, a dziś do jego rodziny należą uniwersytety i gazety. Pastor tak bardzo dbał o swoje interesy, że pewnego dnia poprosił członków zboru, by modlili się w intencji lepszej sprzedaży jego tytułów prasowych.

Nic dziwnego, że jak powiedział kiedyś zastrzegający anonimowość pastor niewielkiego, bo liczącego „zaledwie” 60 tysięcy członków seulskiego zboru, Yoido i jemu podobne kościelne giganty „stały się tak wielkie i bogate, że coraz większą rolę w ich działaniu zaczęła odgrywać zwykła ludzka chciwość”. Pastorzy – zamiast o modlitwie – myślą o kupowaniu markowych, piekielnie drogich zagranicznych samochodów. Zatrudniają w swoich domach liczną służbę i wysyłają dzieci na zagraniczne studia. I sprytnie uzasadniają swoją chciwość twierdzeniem, że ich bogactwo to widomy znak Bożej łaski. Ba, niektórzy traktują kościoły jak swoją własność i – tak jak wielebny Cho Yong-gi – przekazują je swoim synom, dając tym samym podwalinę pod budowę kościelnej dynastii.

Byłoby jednak skrajną niesprawiedliwością powiedzieć, że Kościoły protestanckie w Korei to jaskinie wielbicieli mamony. Większość zborów to maleńkie zgromadzenia, gdzie wierni spotykają się, by studiować Biblię i oddawać cześć Panu. Gdzie ludzie troszczą się o chorych współbraci, niedzielną kolektę przeznaczają dla potrzebujących, wysyłają pieniądze ofiarom kataklizmów i pomagają uchodźcom z Korei Północnej. I nadal spotykają się o świcie, by wspólnie się pomodlić jeszcze przed pójściem do pracy.

Renata Kim – dziennikarka „Newsweek Polska”, wcześniej „Wprost” i „Dziennika”. Przez wiele lat pracowała także w różnych rozgłośniach radiowych, m.in. w Polskiej Sekcji BBC.

Fotografie: archiwum prywatne autorki.

Numer 3(3) 2013, 04.12.2013