Nasz gender w liturgii | Kazimierz Bem

Latem odwiedziłem parę znajomych w ich mieszkaniu w Warszawie. W trakcie przygotowywania kolacji jeden z gospodarzy pochwalił mi się swoją kolekcją ewangelickich modlitewników. Jednym z nich był luterański modlitewnik dla Serbołużyczan.

Moją uwagę zwrócił fakt, iż do Boga zwracają się per „Kneź” (polski „książę). W języku polskim w modlitwach używamy słowa „Pan”. Wydźwięk tego słowa jest jednak dużo wyraźniejszy w języku serbołużyckim – Bóg jest kojarzony z księciem, Panem i władcą.

Przypadek ten jest wymowną ilustracją starego łacińskiego powiedzenia lex orandi – lex credendi. Czyli: pokaż mi jak się modlisz, a powiem ci, w co wierzysz. Sposób w jaki opisujemy Boga, słowa których używamy, mają znaczenie. I to duże.

Po pierwszym roku praktyk w Center Church w New Haven moja przełożona zauważyła w raporcie, iż bardzo często rozpoczynając modlitwę używam przymiotnika „wszechmogący”, podczas gdy większość moich rówieśników woli przymiotniki takie jak „dobry”, „łagodny” czy „współczujący”. Czy oznacza to, że uważam, iż Bóg nie jest dobry, łagodny i współczujący? Nie, broń Boże. Ale bardzo szybko się zorientowałem, że moje modlitwy wynikają z polskiego pochodzenia. Proponuję policzyć, ile razy podczas polskiego ewangelickiego nabożeństwa właśnie ten przymiotnik jest używany.

Teologia feministyczna bardzo wcześnie i dobitnie wskazała nam, iż używanie tylko i wyłącznie męskich form podczas mówienia o Bogu jest nie tylko wypaczeniem teologicznym. Jest czymś niebiblijnym. W Starym Testamencie Bóg jest często określany właśnie jako Mądrość (greckie Sophia), a w Nowym Testamencie Duch Święty (Pneuma) wcale nie jest rodzaju męskiego.

Jan Kalwin pisał, iż jest rzeczą oczywistą, iż możemy mówić o Bogu jako o Matce, gdyż tak jak matka karmi swoje dzieci, tak samo Bóg karmi nas swoim Słowem i swoimi sakramentami. Katolicka teolożka Elizabeth A. Johnson w świetnej książce „She Who is” (1992) zauważyła: „Symbol Boga działa. Mówienie o Bogu za pomocą żeńskich obrazów nie tylko podważa dosłowność naszego przywiązania do męskich obrazów mowy o Bogu (…) ale także daje życie nowym ideom poprzez to, iż podważa dominujące struktury patriarchatu” (1).

Jak to może wyglądać w praktyce? Odwołam się do wyznania, w którym służę. Także dlatego, iż przez wielu jest postrzegane jako dość awangardowe w podejściu do wspomnianych kwestii.

W 1977 roku Synod Generalny Zjednoczonego Kościoła Chrystusa (UCC) nakazał przygotować wspólną liturgię dla Kościoła, używając inkluzywnego języka nie tylko dla określenia Boga, ale i wiernych. Po wielu poprawkach i rewizjach projekt zrealizowano w 1986 roku jako „UCC Book of Worship”. Książka ta jest owocem nie tylko ruchu panprotestanckiej liturgicznej odnowy w drugiej połowie XX wieku, ale także eksperymentem w systematycznym używaniu inkluzywnego języka w liturgicznym życiu Kościoła.

Za wyjątkiem formuły chrzcielnej, gdzie w imię ekumenicznej wspólnoty i solidarności zachowano formułę „Chrzczę cię w imię Ojca, i Syna i Ducha Świętego”, we wszystkich innych liturgiach język mówiący o Bogu unika nie tylko przymiotników męskich, ale także tych, które sugerują władzę. Trynitarna formuła ma teraz brzmienie: „W imię Stworzyciela, Zbawcy i Ducha Świętego” („Creator, Redeemer, Sustainer”). W Wielkiej Modlitwie Dziękczynnej i w obu „Porządkach Komunii” słowa „Pan zastępów” zamieniono na „Bóg miłości i majestatu”.

Przykłady można mnożyć. Kontynuacją tego trendu był wydany w 1995 roku całkowicie nowy śpiewnik kościelny „New Century Hymnal”, w którym podobnemu zabiegowi poddano wiele starych i dobrze znanych pieśni.

Reakcje były – delikatnie rzecz biorąc – mieszane. Piszący na temat nowej liturgii w świetnym zbiorze esejów („Theology and Identity. Traditions, Movements, and Polity in the United Church of Christ”, 2007) dwaj autorzy podkreślali ekumeniczny charakter nowej liturgii: jej ugruntowanie w dokumencie z Limy „Baptism, Eucharist, Ministry” (BEM), zbliżenie do współczesnych liturgii prezbiteriańskich i luterańskich w USA oraz właśnie dbałość o inkluzywny język.

Podobnie i w tej samej pracy chwaliła liturgię profesorka Sharon Ringe. Z kolei krytycy, m.in. prof. Donald G. Bloesch zarzucali mojemu Kościołowi popadnięcie albo w modalizm, albo w unitarianizm. Cenzurowanie modlitw wziętych z Biblii – jak wyżej przytoczonej Wielkiej Modlitwy Dziękczynnej – uznano za feministyczną obsesję i skrajny przypadek poprawności politycznej.

Z własnego doświadczenia wiem, że „Book of Worship” jest dużo popularniejsza wśród duchownych niż wiernych. Śpiewnik „The New Century Hymnal”z 1995 roku używa się dość często, ale zazwyczaj na zmianę z wcześniejszymi, by uniknąć „zmasakrowanych”, starych pieśni. Sam korzystam – zamiast „Book of Worship” – z przygotowanej w 1993 roku prezbiteriańskiej „Book of Common Worship”, nie aż tak radykalnej w modlitwach, za to dość inkluzywnej.

Jak zatem ocenić wpływ „włączającego” języka na liturgię?

Rację miał prof. Bloesch, gdy wskazywał, iż stwierdzenie, że „Chrystus jest Panem” niekoniecznie musi mieć patriarchalny wydźwięk. Paradoksalnie może ono być niezwykle pomocne w walce z patriarchatem, ale także z nieokiełznanym kapitalizmem i innymi ideologiami, które biją się o naszą wobec nich uległość.

Rację mają także ci krytycy, którzy wskazują, że zastępowanie męskich form mówienia o Bogu żeńskimi nie jest wcale inkluzywne. Jest tylko zamienianiem jednej płci na drugą.

Ale rację mają też zwolennicy zmian w sposobie mówienia o Bogu. Jeśli 2000 lat chrześcijaństwa pozwoliło na stworzenie takich określeń, jak pan, władca, król, zwycięzca, wódz, mocarz, to chyba kilka nowych, żeńskich określeń Boga – które nie wiążą się z przemocą i są zupełnie biblijne, jak Matka, Mądrość, Dobroć, Miłość, Łono – nie przyniesie Bogu żadnej ujmy.

Tematem na inną dyskusję jest fakt, że na określenie Chrystusa, który odrzucał przemoc, zaakceptowaliśmy tytuły w rodzaju wodza czy hetmana.

Współczesne teolożki, czerpiąc m.in. z gender studies, przypominają, że Bóg chrześcijaństwa, a więc Bóg w Trójcy jedyny, nie jest spotkaniem „dwóch mężczyzn i ptaka” (Sandra Schneider). Objawiony nam Trójjedyny Bóg jest Tym, który w najgłębszej swej istocie jest Bogiem we wspólnocie i w jedności. Wspólnocie między osobami Trójcy, ale także Bogiem, który chce być we wspólnocie z nami.

Stąd w Królestwie Bożym, które zwiastuje Jezus – jak pisze teolożka Catherine LaCugna – „mężczyzna nie panuje. Bóg panuje razem z nami, w solidarności z ubogimi, niewolnikami, grzesznikami. Mężczyzna i kobieta są równymi partnerami w nowym domostwie Boga. Żyd i Grek, niewolnik i wolny, obrzezany i nieobrzezany należą tak samo do Bożego panowania” (2).

Autorka prowadzi myśl do następującej konkluzji: „Wyniesienie do władztwa jednego z nich jako panowania Boga jest bałwochwalstwem”.

Jeśli zatem rzeczywiście wierzymy w owego Trójjedynego Boga, jeśli rzeczywiście Jej panowania wyczekujemy, jeśli Ona nas wspiera na co dzień – w takim razie nasze liturgie i modlitwy muszą tę prawdę odzwierciedlać. Nie okazjonalnie, nie podczas nabożeństw dla kobiet, ale w każdą niedzielę, przy sprawowaniu Sakramentów, przy nauce konfirmacyjnej i podczas studiów biblijnych.

Jej – Boga – wezwanie do tańca, jak to pięknie określiła (3) teolożka Karen Baker Fletcher – jest ciągle aktualne. I ciągle żywe, wciąż pociągające.

Ks. dr Kazimierz Bem – prawnik, teolog, pastor Zjednoczonego Kościoła Chrystusa (UCC, USA), członek redakcji Miesięcznika Ewangelickiego

(1) Elizabeth A. Johnson, She who is. The Mystery of God in Feminist Theological Discourse, The Crossroad Pulblishing Co., New York 1992.

(2) Catherine Mowry LaCugna, God for Us: The Trinity and Christian Life, Harper San Francisco Press, San Francisco 1991.

(3) Zob. Karen Baker Fletcher, Dancing with God. Trinity from a Womanist Perspective, Chalice Press, St. Louis, Mo. 2006.

Numer 4(4) 2013, 21.01.2014