Protestanckie niedoskonałości | Kazimierz Bem

Pamiętam jak podczas studiów teologicznych na Yale Divinity School na zajęciach musieliśmy powiedzieć, z której tradycji kościelnej się wywodzimy. Następnie zaś podać jej główną wadę.

Braki w tradycji

Początkowo chciałem obrócić pytanie w żart i powiedziałem, że my ewangelicy reformowani niewystarczająco dobitnie krytykujemy luterańską herezję. Profesor się roześmiał, ale kazał mi odpowiedzieć na poważnie. Nie wiem dlaczego i skąd (Duch Święty?), ale po chwili wahania odparłem, że zasadniczą wadą kalwinizmu była zbyt pochopna rezygnacja z idei życia monastycznego w Kościele.

A przecież protestantyzm niekoniecznie musiał oznaczać rozbrat z życiem monastycznym. Luteranie – choć jego fanami nie byli – rezygnowali z niego bardzo powoli, często zamieniając żeńskie klasztory w zgromadzenia szlachetnie urodzonych panien. Niektóre z nich jak np. Kloster Lüne w Dolnej Saksonii czy Kloster Medingen w tej samej okolicy istnieją do dziś.

Reformowanych w tym zakresie cechowała mniejsza cierpliwość. Gdy w 1598 roku w Niderlandach odbito z rąk Hiszpanów prowincję Drenthe, tamtejszy klasztor benedyktyński w Dikninge zamknięto, nakazując mnichom i mniszkom opuszczenie jego murów (rekompensując to dożywotnią pensją). Ostatni zakonnik wraz ze swoją konkubiną prowadził w nim browar i umarł dopiero w 1655 roku. Członkiem Holenderskiego Kościoła Reformowanego nigdy nie został.

Owa niechęć reformowanych do życia monastycznego jest łatwo dostrzegalna w naszym najbardziej rozpowszechnionym symbolu wiary – w „Drugiej Konfesji Helweckiej”, znanej w Polsce (z drobnymi, acz istotnymi zmianami) jako „Konfesja Sandomierska”. W jej art. XVIII „O sługach Kościoła Bożego, o ich ustanowieniu i o ich obowiązkach” czytamy: „I o mnichach nic innego nie rozumiemy, jak że więcej przeszkadzają jak pomagają Kościołowi. Bo ani ich Chrystus Pan nie ustanowił, ani Apostołowie. A chociaż w pierwszych wiekach, dopóki w pustyniach mieszkali, i z pracy żyli, dosyć między niemi było dobrych ludzi Chrześcijańskich, to dziś już bardzo trudno znaleźć pracowitego mnicha (…) Dlatego takich nie możemy cierpieć w swoich zgromadzeniach, i słusznie istnieć nie mają w Kościele Powszechnym”.

A zatem czy rzeczywiście Kościoły reformowane słusznie zrezygnowały z tego aspektu życia wspólnotowego?

Po pierwsze, należy zauważyć, że pomimo jędrnej polszczyzny, sytuacja opisana w „Konfesji Sandomierskiej” (1570) jest zupełnie inna niż w XXI wieku. Trudno dziś na świecie znaleźć leniwych mnichów i zakonnice żyjących tylko z majątków ziemskich i kapitałów i niewiele wnoszących do życia kościelnego. Jeśli jedynym wyznacznikiem ma być pracowitość i wizja Kościoła, a nie trwanie i zadowolenie ze status quo, to raczej w niektórych znanych mi Kościołach protestanckich należałoby dziś zlikwidować funkcje superintendentów, naczelnych prezbiterów czy biskupów. Mnisi i mniszki już dawno przestali być problemem Kościoła. Dużo większym są za to karierowicze w jego strukturach.

Kult pracy

Po drugie, powinniśmy sobie postawić pytanie, czy rzeczywiście praca winna być jedyną miarą życia w Kościele? Owszem, to protestantyzm był ruchem, który po wielu wiekach znów dowartościował pracę jako powołanie chrześcijanina. Jest to jego niezaprzeczalną zasługą. Szczególnie w tradycji reformowanej, sumienna i uczciwa praca miała być codziennym sposobem okazywania wdzięczności Bogu i pobożności. Ale znów, w XXI wieku sytuacja jest radykalnie różna od tej z Sandomierza z roku 1570.

Jako pastor obserwuję, że dla wielu moich parafian i sąsiadów praca jest nie tyle środkiem, ale celem samym w sobie. Pochłania coraz więcej czasu, energii i talentów. Ilustruje to słynne pytanie z końca lat 90. XX wieku zadane jednej z kobiet starającej się o zatrudnienie w amerykańskim banku. Brzmiało ono mniej więcej: czy gdyby dobro instytucji finansowej tego wymagało, usunęłaby pani ciążę? Koniec końców pracownik banku stracił pracę, choć szefowie początkowo go bronili. Jednak to pytanie obnażyło, czym dla kultury i społeczeństwa stała się praca. I czym stali się sami pracodawcy.

Po trzecie wreszcie, reformowani stale według Słowa Bożego się reformujący powinni zadać sobie pytanie, czy rzeczywiście modlitwa nie jest pracą? W końcu nasza coniedzielna liturgia – a więc wspólna modlitwa, słuchanie i lektura Biblii oraz sprawowanie Sakramentów – jest pracą ludu Bożego. Dlaczego zatem nie miałaby nią być modlitwa osób żyjących i „pracujących” modlitwą? W końcu nawet „Konfesja Sandomierska” przyznała, że w pierwszych wiekach chrześcijaństwa istnieli pobożni mnisi.

Żyjemy w kulturze, która zupełnie zatraciła poczucie czasu i powoli traci poczucie wspólnoty. Cykle wyborcze stają się coraz krótsze (referenda o odwołanie burmistrzów, skracanie kadencji parlamentów etc.). Nasz czas jest wyraźnie rozbity, mamy problemy ze skupieniem uwagi na dłużej niż 10-12 minut (zazwyczaj nie dłużej niż odstęp między reklamami telewizyjnymi). Niechęć, z jaką ludzkość zabiera się do walki z globalnym ociepleniem, którego skutki dotrą do nas w ciągu zaledwie 20 lat, pokazuje jak trudno nam planować i myśleć o dalszej perspektywie. Nic dziwnego więc, że gdy Kościół mówi o wieczności, na twarzach wielu osób pojawia się drwiący uśmieszek. W końcu liczy się tu i teraz – nie wieczność.

Zanika również poczucie wspólnoty – w Polsce zresztą nigdy szczególnie niewykształcone. Raz za razem badania socjologów dowodzą, że ludzie tęsknią jednak za prawdziwą wspólnotą. Jej brak próbują wypełniać setkami przyjaciół na portalach społecznościowych czy nowymi aplikacjami na smartfonach. Tymczasem nasze miasta zamieniają się w pustynie, a przedmieścia w wysepki bogactwa i indywidualizmu z domkami z katalogów i wielkimi płotami. Wspólna przestrzeń taka jak parki czy place zabaw albo biblioteki zupełnie tam nie istnieje.

Chrześcijaństwo miało i ma od zawsze na to odpowiedź: modlitwa nakierowana nie tylko na nasze codzienne potrzeby (a więc niedzielne nabożeństwo i liturgia), ale także wspólnoty monastyczne. Wspólnoty, które modlą się ciągle i bez ustanku o dobro powszechne; zgromadzenia, które życiem we wspólnocie dóbr, trosk i radości pokazują temu światu tak przeżartemu indywidualizmem i pogonią za pieniądzem, że współpraca dla dobra wszystkich jest możliwa. Wspólnoty, gdzie dobrowolne śluby czystości przypominają, że seks nie jest wyznacznikiem wszystkiego i nie wszystko winno się wokół niego obracać. Wreszcie wspólnoty, które żyjąc wiernie i innym rytmem niż wiadomości w radiu, e-maile czy tweety tłumaczą ludzkości, iż nasze życie tutaj jest wpisane w większy plan. I że jesteśmy powołani do troszczenia się zarówno o życie doczesne, jak i wieczne.

Gdzie miałby powstać klasztor?

Rok temu pojechaliśmy z grupką parafian do ekumenicznego zgromadzenia monastycznego Community of Jesus. Jest to wspólnota ekumeniczna, działająca w ramach Kościoła Episkopalnego, ale skupiająca prezbiterianów, kongregacjonistów, baptystów, luteranów i innych. Mieszkają tam zarówno bracia i siostry, którzy złożyli śluby czystości, wspólnoty i modlitwy, ale także całe rodziny, żyjące codziennym rytmem życia monastycznego. Wzięliśmy udział w ich regularnych modlitwach we wspaniałym Kościele Przemienienia Pańskiego. Zgodnie z tamtejszą tradycją śpiewaliśmy psalmy po angielsku i łacinie. Modliliśmy się razem, osobno, pomagaliśmy w przygotowaniu posiłku. I choć dane nam było zostać tylko jeden dzień, prawie wszyscy parafianie byli pod ogromnym wrażeniem miejsca, w którym centrum życia stanowi wspólna modlitwa. Żadne z nas co prawda nie odczuło powołania, by się do tej wspólnoty przyłączyć, wszyscy jednakże byliśmy wdzięczni za ten ogromny dar dla Kościoła.

Oczywiście, protestancki monastycyzm w Polsce musiałby odpowiedzieć na kilka trudnych pytań. Gdzie miałby powstać? Czy w zagłębiu polskiego protestantyzmu (Śląsk Cieszyński), czy gdzieś na uboczu jako daleka przystań także wobec naszego życia kościelnego (Bieszczady, Białostocczyzna, Pomorze Zachodnie). Jaki byłby jego charyzmat? Czy – podobnie jak Community of Jesus – byłby otwarty na rodziny (co wydaje mi się właściwym podejściem)? Czy tylko na osoby samotne? Nie jestem przekonany do idei, by była to opieka nad starszymi i kolejne zgromadzenie do prowadzenia domów opieki. Być może mógłby to być dar regularnych rekolekcji i nauczania teologii protestanckiej. Niestety, w Polsce to ostatnie jest dramatycznie potrzebne.

Wreszcie, jak być ekumenicznym zgromadzeniem monastycznym w rzymskokatolickiej albo postchrześcijańskiej Polsce? Przykład Community of Jesus służy pomocą, ale Polska ma swoje, specyficzne uwarunkowania, które należałoby mieć na uwadze.

Reasumując: od ponad 1800 lat w życiu chrześcijaństwa mężczyźni i kobiety dobrowolnie rezygnują z niektórych aspektów ziemskiego życia, by swoją modlitwą świadczyć o Tym, który przyjdzie sądzić żywych i umarłych, a królestwu Jego nie będzie końca. I od ponad 1800 lat ich pieśni i modlitwy po łacinie, grece, aramejsku wznoszą się do nieba i pomagają temu pękniętemu i umierającemu światu. Nie ma powodów, by nie wsparły ich też głosy śpiewające psalmy genewskie.

Ks. dr Kazimierz Bem – prawnik, teolog, pastor Zjednoczonego Kościoła Chrystusa (UCC, USA), członek redakcji Miesięcznika Ewangelickiego.

Numer 3(3) 2013, 04.12.2013