Grzech islamofobii | Joanna Szczepankiewicz-Battek

Od dłuższego czasu narasta w Europie fala islamofobii. Czy słusznie obawiamy się islamu jako religii?

Znakomita większość osób poddających się nastrojom antymuzułmańskim przyznaje, że nigdy w życiu nie czytała Koranu i nie ma żadnej wiedzy na temat doktryny islamu, a jedynie „nie podoba im się to, co robią muzułmanie”. Wśród Polaków deklarujących wrogość lub obawę wobec islamu prawie nikt nie zna osobiście ani jednego muzułmanina, ale nie przeszkadza to w deklarowaniu nienawiści do nich. Podobnie jak od wielu lat w Polsce mamy do czynienia z antysemityzmem bez Żydów…

W Polsce muzułmanów jest kilkakrotnie mniej niż protestantów, czyli poniżej 0,25 proc. ogółu społeczeństwa. Spośród 30-40 tysięcy mieszkających w Polsce wyznawców islamu kilka tysięcy stanowią polscy Tatarzy – liberalni i dobrze zintegrowani kulturowo ze społecznością Podlasia, gdzie większość z nich mieszka.

Drugą grupę stanowią przybysze z krajów islamskich, którzy ukończyli w Polsce studia, założyli rodziny i zdecydowali się pozostać na stałe. W większości są to ludzie zamożni, cieszący się prestiżem społecznym, jak lekarze, inżynierowie, przedsiębiorcy. Są to osoby religijne, ale dalekie od fanatyzmu.

Trzecia grupa to uchodźcy (90 proc. z nich pochodzi z Czeczenii), którzy często spotykają się w Polsce z wrogością. Zwykle traktują nasz kraj jedynie jako przystanek w drodze na Zachód. Polska nie jest i długo jeszcze nie będzie krajem atrakcyjnym do osiedlania się dla muzułmanów z racji wysokiego bezrobocia i silnej ksenofobii znacznej części mieszkańców.

W maju 2013 roku sondaże wykazały, że „groźbę islamizacji Europy” odczuwa ponad połowa Niemców, 60 proc. Hiszpanów. W krajach pozaeuropejskich podobne obawy deklaruje 75 proc. mieszkańców Izraela i 40 proc. mieszkańców USA.

Hasła nienawiści do islamu, wzywające do przemocy wobec muzułmanów, można znaleźć na wielu portalach internetowych także w Polsce. Większość z nich – lub grup na portalach społecznościowych – już na pierwszy rzut oka nie budzi wątpliwości co do bliskich związków z ugrupowaniami nacjonalistycznymi czy wręcz nazistowskimi. Spirala nienawiści, „nakręcana” z obu stron, narasta i może się to skończyć tragicznie.

Czy jednak obawy przed muzułmanami są całkowicie pozbawione podstaw?

Od tygodni w mediach cytowany jest artykuł Ruuda Koopmansa, profesora Uniwersytetu Humboldta w Berlinie i pracownika niezależnego berlińskiego Instytutu Badań Społecznych, specjalisty w zakresie socjologii politycznej, od wielu lat badającego środowiska imigrantów w Europie Zachodniej. Koopmans stawia niepokojącą tezę, że w grupie tej w ostatnich latach w alarmującym stopniu wzrastają wpływy fundamentalizmu islamskiego.

Respondentami w przeprowadzonym w 2008 r. badaniu była grupa 9 tys. muzułmanów pochodzących z Turcji i Maroka – a zatem krajów nie kojarzących się z fundamentalizmem – typowych imigrantów ekonomicznych, zamieszkujących Austrię, Belgię, Francję, Holandię, Niemcy i Szwecję. Co pokazały wyniki?

96 proc. przebadanych zadeklarowało, że wyznaje islam. Z badania wynika także, że aż 55 proc. respondentów odpowiedziało twierdząco na wszystkie trzy pytania definiujące fundamentalizm (według Boba Altermeyera i Bruce’a Hunsbergera): jako konieczność powrotu do „pierwotnych źródeł wiary”, istnienie tylko jednej „prawidłowej” wykładni Koranu, oraz przeświadczenie o wyższości praw religijnych nad prawem państwa, w którym się mieszka.

W grupie kontrolnej, złożonej z rdzennych mieszkańców wymienionych krajów (70 proc. z nich zadeklarowało się jako chrześcijanie), kryterium to spełniło mniej niż 4 proc. respondentów.

W drugiej części badania zadawano pytania dotyczące ksenofobii. 60 proc. muzułmanów zadeklarowało niechęć do osób homoseksualnych (w grupie kontrolnej – 12 proc.), do Żydów 45 proc. muzułmanów i 9 proc. grupy kontrolnej. Dalej: 54 proc. muzułmanów było zdania, że „cywilizacja zachodnia chce zniszczyć islam”, podczas gdy w grupie kontrolnej 22 proc. uznało, że „islam chce zniszczyć cywilizację zachodnią” (tzw. okcydentofobia).

Koopmans zauważa wyraźną korelację między fundamentalizmem religijnym a poziomem ksenofobii. Tezy te jednak trudno uznać za odkrywcze. Za pomocą metodologii nauk społecznych potwierdzono to, co od dawna wszyscy wiedzieli…

Badania Koopmansa, od dawna krytykującego „miękką” politykę rządów znacznej części krajów UE wobec imigrantów – nie tylko muzułmańskich – potwierdzają porażkę przyjętego systemu „multi-kulti”. Przyznała to zresztą publicznie sama kanclerz Niemiec Angela Merkel. Mało kto wie jednak, że przyczyną decyzji o ograniczeniu programów pomagających imigrantom w integracji z krajem, w którym zdecydowali się zamieszkać (nauka języka, zapoznanie z obowiązującym systemem prawnym, egzekwowanie od imigrantów przestrzegania tego prawa), były względy finansowe.

Zbyt szybko uznano, że imigranci – zwłaszcza spoza Europy – dobrowolnie dążą do integracji i związane z tym problemy z czasem rozwiążą się same. Kryzys ekonomiczny, od kilku lat oddziałujący na Europę, sprzyja postawom radykalizmu, ksenofobii, nastrojom niechęci wobec „obcych”, którzy mają rzekomo zabierać pracę miejscowej ludności. Choć przecież większość imigrantów wykonuje prace, od których „miejscowi” stronią.

Inne popularne przekonanie głosi, że imigranci usiłują narzucać otoczeniu swoją, tzn. „obcą”, kulturę. Nie dotyczy to wyłącznie muzułmanów – premier Wielkiej Brytanii David Cameron skrytykował decyzję poprzedniego rządu o „nazbyt szybkim” otwarciu brytyjskiego rynku pracy na imigrantów z Polski i krajów bałtyckich.

Partie populistyczne i nacjonalistyczne, zdobywające sobie coraz większe poparcie w wielu krajach Europy, otwarcie głoszą hasła usunięcia z kraju nie tylko imigrantów, ale wszystkich uznanych za „obcych”. W Europie Zachodniej z największą wrogością spotykają się muzułmanie. W Europie Środkowej i Wschodniej zaś – Romowie oraz osoby LGBT.

Koopmans kwestionuje tezę, by przyczyną wzrastającego wśród imigrantów muzułmańskich poparcia dla idei fundamentalizmu religijnego było „poczucie odrzucenia” ze strony kraju, w którym mieszkają. Jako argument wymienia fakt, że w Niemczech gdzie muzułmanie mają relatywnie mniej praw, odsetek respondentów deklarujących poparcie dla fundamentalizmu był o kilka procent niższy niż w Holandii, deklarującej całkowity liberalizm.

Sęk w tym, że Niemcy od wielu lat prowadzą dobrze przemyślaną politykę wewnętrzną. Poddają ścisłej kontroli służb specjalnych ekstremizmy polityczne i religijne – zarówno wszelkich fundamentalistów religijnych, jak i neonazistów. Nasi sąsiedzi prowadzą także szeroko zakrojoną edukację własnego społeczeństwa (i imigrantów) na rzecz tolerancji. Tymczasem Holandia de facto toleruje w przestrzeni publicznej zarówno akty nienawiści nacjonalistów wobec muzułmanów, jak i vice versa.

Należy też zauważyć, że dla grup imigrantów muzułmańskich czynnik religijny odgrywa silną rolę więziotwórczą względem rodziny oraz „klanu”. Rodziny muzułmańskie są połączone silniejszą więzią emocjonalną niż występujące w kulturach europejskich. Równocześnie izolacja religijna (fundamentalizm nakazuje traktować jako „obcych” nie tylko innowierców, ale także liberałów w obrębie własnej religii) zapobiega uznaniu przez członków „klanu” kultury „tubylczej” za atrakcyjną. W końcu jest ona postrzegana jako stanowiąca zagrożenie dla prawowiernych muzułmanów. Z punktu widzenia grupy imigranckiej jest to zjawisko korzystne, bo gwarantuje większą lojalność jej członków wobec całej grupy.

Uprzedzenia i stereotypy chrześcijańskiej Europy oraz świata islamskiego są więc wzajemne. Czy możliwe jest ich przełamanie?

Staje się to koniecznością, bo kontynuacja spirali nienawiści może doprowadzić do wojny religijnej w Europie. W tym miejscu otwiera się pole do działania dla tych europejskich chrześcijan, którzy słowa głoszone przez Jezusa Chrystusa nadal traktują poważnie, a każdą nienawiść do „inności” uważają za grzech i zaprzeczenie Jego nauczaniu.

Dodać w tym miejscu wypada, że muzułmanie Jezusa, czyli Issę, otaczają wielkim szacunkiem i uważają Go za przedostatniego przed Mahometem proroka. Koran zaś bynajmniej nie zalicza chrześcijan, ani Żydów, do „niewiernych”. Prawdziwie religijny muzułmanin przeważnie nie obawia się prawdziwie religijnego chrześcijanina, który nie boi się przyznać do swej wiary. Jako zagrożenie traktuje natomiast ludzi niewierzących.

Umiarkowani muzułmanie, nadal stanowiący ponad połowę mieszkających w Europie wyznawców islamu, stanowczo się od fundamentalizmu odcinają. Deklarują to chociażby przywódcy większości islamskich związków religijnych w badanych krajach. Daje to szansę, by wierzący chrześcijanie i wierzący muzułmanie, pozbawieni nienawiści i uprzedzeń do drugiej strony, wznowili dialog. I dali dobry przykład tym, którzy tych uprzedzeń nie potrafią się póki co pozbyć.

W takich konfliktach bowiem naprawdę nieistotne jest to, kto pierwszy „zaczął”. O wiele ważniejsze jest, kto pierwszy skończy.

Joanna Szczepankiewicz-Battek – dr hab., prof. nadzw. w Katedrze Turystyki i Rekreacji Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu, specjalistka z zakresu geografii historycznej, kultur i religii. Ewangeliczka reformowana.

Numer 4(4) 2013, 21.01.2014