„Ideologia gender” – demon na miarę naszych czasów | Ada Rutkowska

Widmo krąży nad Kościołami, widmo „ideologii gender”. Jak to widmo ma w zwyczaju, wiele o nim słychać, jeszcze więcej osób je widziało, ale nauka na ten temat milczy.

Jednakże wiara cuda czyni. Oto według informacji dostępnych na stronie internetowej Katolickiej Agencji Informacyjnej, „Kościoły będą wspólnie przeciwdziałać ideologii gender”. Tak przynajmniej głosi tytuł notki, na plan dalszy spycha za to sprawy w niej poruszone (wydarzenia w Syrii rozpatrywane w kontekście cierpienia chrześcijan).

Zbitka majstersztyk

„Ideologia gender” – genialny twór wyobraźni prawicowych publicystów, polityków i polskich hierarchów Kościoła rzymskokatolickiego – rozpala serca i umysły w coraz to większym stopniu. Księża i świeccy prześcigają się w wysnuwaniu oskarżeń pod adresem „wyznawców genderyzmu”. I zarzucają im – z grubsza rzecz ujmując – iż są winnymi upadku cywilizacji (białego człowieka, by była jasność, i wbrew pozorom nie cytuję tu tylko słów jednego z posłów, lecz odnoszę się do „lapsusu” arcybiskupa Marka Jędraszewskiego).

Na płaszczyźnie walki z „ideologią gender”dochodzi nawet do trudnych do wyobrażenia wcześniej sojuszy: między Episkopatem Polski a rosyjską Cerkwią prawosławną.

Czym tak naprawdę jest i nie jest gender? Na pewno nie jest ideologią, jak błędnie starają nam się wmówić niektórzy publicyści, politycy czy hierarchowie (kolejność dowolna). Jeśli już, to można w wypadku gender mówić o teorii lub nawet o metodologii.

Skąd w takim razie aż taka popularność „ideologii”? Z przyczyn czysto politycznych. Ideologia w dyskursie publicznym ma znaczenie pejoratywne. A zatem wszystko opatrzone taką etykietką będzie traktowane jako zjawisko złe, kojarzone głównie z totalitaryzmami XX wieku i zarazem nie mające wystarczających podstaw naukowych.

Z tego właśnie powodu nazwałam tytułową zbitkę słów czymś politycznie genialnym, gdyż nie da się tego właściwie „odczarować”. Ideologia w powszechnym mniemaniu nie może być zjawiskiem czy też pojęciem pozytywnym. Albo chociażby neutralnym, mimo iż tak właśnie wynika z naukowego punktu widzenia.

Ten czarny PR, by nie powiedzieć propaganda i nie zadziałać wedle zasady twórców „ideologii gender”, jest wyjątkowo skuteczny. Wyrył się w świadomości społecznej na tyle, że nawet osoby uznające stwierdzenie za absurd używają tych samych, błędnych z definicji słów. I tak to, co w założeniu miało być ironią, tylko legitymizuje istnienie paranaukowego tworu.

Gender pomaga zrozumieć człowieka

W gender chodzi o badanie funkcjonowania kobiet i mężczyzn w obrębie danego społeczeństwa i kultury (człowiek jako jednostka społeczna, a nie tylko istota biologiczna). Dlatego też najprostszym i najpopularniejszym, wręcz publicystycznym, tłumaczeniem gender jest „płeć kulturowa”.

Jest to oczywiście coś zupełnie innego niż płeć biologiczna, którą stosunkowo łatwo określić, i o której mówimy, że jest niezmienna w czasie. Czego z kolei o gender powiedzieć nie można. Nie ma cywilizacji, która nie wytworzyłaby związanych z płcią wzorców kulturowych: innych dla kobiet, innych dla mężczyzn. Nie trzeba mówić, iż role te różnią się między sobą nie tylko na gruncie międzycywilizacyjnym, ale także gdy patrzymy na jeden obiekt badawczy przez pryzmat zmian w czasie.

Przykładowo jeszcze niedawno, bo w XIX wieku, kobiety w Europie właściwie nie mogły podjąć studiów wyższych. A o karierze politycznej, tak jak to dziś rozumiemy, nie było mowy. Teraz fakt, że w parlamencie zasiadają posłanki, a wykład na uniwersytecie prowadzi kobieta mająca tytuł profesora, uznajemy za stan naturalny. Nie poddajemy go nawet refleksji, zapominając o tym, że jeszcze sto lat temu, powołując się na „prawo naturalne”, zakazywano kobietom wyżej wymienionych aktywności.

Gender jest więc tylko (i aż) kategorią naukową, pozwalającą lepiej poznać społeczeństwo, kulturę, tożsamość; odpowiedzieć na pytania dotyczące m.in. stratyfikacji społecznej.

W tym kontekście histeria, jaką wywołuje gender wśród hierarchów Kościoła rzymskokatolickiego, nie może być ani zrozumiana, ani podzielana. I to niezależnie od poglądów politycznych.

Niestety skuteczność zbitki słów „ideologia gender” jest wyjątkowa. I – o czym już wspominałam – weszła do języka jako stwierdzenie w pełni poprawne. Czyli również takie, z którym można, a nawet należy się utożsamiać, bądź je kontestować. W końcu jak pozostać obojętnym wobec ideologii?

Co znamienne gender ma być zjawiskiem nie tylko złym (aksjologiczny punkt widzenia), ale także narzucanym przez wrogie Polsce, rodzinie, Kościołowi siły zewnętrzne. Czytaj: przez szeroko rozumiany Zachód. Dla tracącego gwałtownie wpływy w Polsce, w dużej mierze z własnej winy, Kościoła rzymskokatolickiego, „ideologia gender” jest wrogiem idealnym. Wszak to pojęcie niezwykle pojemne, dające „podciągnąć” pod siebie wszystko, co tylko dusza zapragnie.

Można w tym miejscu zadać pytanie, czemu instytucja taka, jak Kościół chrześcijański, zamiast pokazać swoją dobrą stronę oraz odpokutować za grzechy, których w pewnym momencie się dopuścił, zachowuje się niczym państwo totalitarne? Państwo które by istnieć, potrzebuje odpowiednio skrojonego wroga – wyraźnie określonego i absolutnego zarazem.

Razem na wroga

Współpraca Kościołów w walce z wrogiem jest na razie stosunkowo luźna, niezobowiązująca. Jednakże dla wspólnot mniejszościowych, a w szczególności ewangelickich, to co się dzieje, powinno już być sygnałem przynajmniej niepokojącym. Szczególnie że – jak wynika ze wspomnianego na początku materiału prasowego – pojęcie „ideologii gender”, a więc idącego za tym pewnego konstruktu myślowego, zostało przyjęte bez zastrzeżeń. Wraz z wizją, że gender jest narzucane, ontologicznie obce.

Wspominam o Kościołach ewangelickich nie bez powodu. Światowa Federacja Luterańska – powstała w Lund w 1947 roku kontynuacja istniejących od XIX wieku konwentów, konfederacji luterańskich, które miały służyć zacieśnianiu współpracy w dziedzinie teologii, ale też i wzajemnej pomocy – do której należy znamienita większość kościołów tradycji luterańskiej, przyjęła w tym roku Politykę Sprawiedliwości Genderowej. Polityka ta ma na celu „zakończenie nierówności między kobietami i mężczyznami”.

Dokument traktuje również o problemie ordynacji kobiet. Od drugiej połowy lat 70. XX w. jest to jeden z priorytetowych tematów ŚFL. Według dokumentu – cytuję za KAI – „sprawiedliwość genderowa wyraża się w równości i w zrównoważonych relacjach władzy między kobietami i mężczyznami, jak również eliminacji instytucjonalnych, kulturowych i międzyosobowych systemów przywilejów i ucisku, które podtrzymują dyskryminację (…) Ma być też kluczową strategią wsparcia kobiet w położeniu kresu nierównej dystrybucji zasobów i w zapobieganiu przemocy opartej na różnicy rodzaju (gender)” (1).

Jest to oczywiście podejście zgodne z duchem teorii gender, ale także i z chrześcijaństwem, tu w ujęciu ewangelickim. Kiedy to w Dar-es-Salaam w Tanzanii w 1977 roku na VI Zgromadzeniu Ogólnym Światowej Federacji Luterańskiej podjęto pierwsze na tak szeroką skalę próby sformułowania teologicznej podstawy partnerstwa kobiet i mężczyzn. I kiedy, opierając się na słowach z księgi Rodzaju: „I stworzył Bóg człowieka na obraz swój. Na obraz Boga stworzył go. Jako mężczyznę i niewiastę stworzył ich.; Listu do Galatów 3,28: „Nie masz Żyda ani Greka, nie masz niewolnika ani wolnego, nie masz mężczyzny ani kobiety; albowiem wy wszyscy jedno jesteście w Jezusie Chrystusie”, przystąpiono do stopniowego upowszechniania praw kobiet wewnątrz wspólnot tej tradycji chrześcijańskiej.

Stwierdzono wówczas że: „urzeczywistnienie nowej wspólnoty, w której mężczyźni i kobiety mają równe prawa i równą godność winno mieć dla Kościołów członkowskich ŚFL wielkie znaczenie”. Nie wiem jak złą wolą trzeba się wykazać, by uznać powyższe postulaty za haniebne i niechrześcijańskie.

Nie będę przytaczać tu całej i długiej historii walki kobiet o swoje prawa w Kościołach ewangelickich. Byłoby to zbyteczne. Szczególnie że do osiągnięcia postulatów wymienionych w uchwałach ŚFL jeszcze daleka droga. Jednakże według dokumentu – znów za KAI – „udział kobiet w posłudze kościelnej związanej z ordynacją jest zasadniczym krokiem w tworzeniu »włączającej komunii«”.

Polityka Sprawiedliwości Genderowej zawiera również „wezwanie do pełnego uczestnictwa kobiet i mężczyzn z gremiach podejmujących decyzje”.

W Polsce w Kościele ewangelicko-augsburskim wiele jest jeszcze do zrobienia. Zwłaszcza po fatalnie zakończonym Synodzie z października 2010 roku, kiedy to po raz kolejny sprzeciwiono się postanowieniom ŚFL i nie dopuszczono kobiet do ordynacji, odsuwając sprawę w mglistą przyszłość. I utrzymując przy tym sprzeczne z teologią oraz krzywdzące z humanistycznego punktu widzenia prawo.

Gender a ordynacja

Nieprzypadkowo kładę nacisk na problem ordynacji kobiet. Dziś, kiedy docierają do nas sygnały, że KEA w jakimś stopniu mogło zaangażować się (?) w inicjatywę walki z „ideologią gender”, trzeba uświadomić sobie konsekwencje takiej ewentualnej decyzji.

Światowa Federacja Luterańska, jak napisałam powyżej, od lat wspiera promocję zgodnej w pełni z luterańską teologią ordynacji kobiet. Teoria gender jest tu oczywiście przydatnym narzędziem naukowym, gdyż na jej podstawie bardzo łatwo wykazać (i obalić) argumenty domorosłych przeciwników kobiet-księży.

Tymczasem bycie przeciwko „ideologii gender” może zarazem być też argumentem przeciwko ordynacji kobiet. Nie jest to wniosek zaskakujący. Ciekawe jest natomiast to, jak opisana sytuacja zaważy na relacjach ŚFL-KEA.

Nie pierwszy to raz, kiedy luteranie w Polsce sprzeciwiają się decyzjom podjętym na łamach Światowej Federacji Luterańskiej w aspekcie miejsca kobiet w Kościele. W grudniu 2003 roku biskupi spotkali się na konferencji i wydali kuriozalne oświadczenie, w którym stwierdzali, że ordynowane kobiety-pastorki w KEA mogą sprawować tylko funkcje dozwolone diakonom. Wezwano też wiernych, by nie uczestniczyli w nabożeństwach komunijnych sprawowanych przez kobiety.

Skandaliczne oświadczenie poszło w świat wraz z niesamowitym wręcz stwierdzeniem bp. Tadeusza Szurmana o tym, że kobiety nie tylko nie nadają się do pełnienia funkcji pastora czy biskupa, to jeszcze „pójście drogą Zachodu” (czytaj: ordynacja kobiet) oznacza ateizację i islamizację Europy (2).

Żeby było jeszcze zabawniej, nikt właściwie się do postanowień zawartych w tekście nie zastosował. Chociaż oczywiście ordynacji kobiet jak nie było, tak nie ma, mimo iż wizerunek KEA za granicą jest ewidentnie prokobiecy.

Tymczasem w 2004 roku w Kościele ewangelicko-reformowanym ordynowano (wreszcie!) pierwszą kobietę, ks. Wierę Jelinek, która następnie pełniła posługę w parafii w Zelowie.

Reasumując: groteska i to na dodatek sprzeczna z podpisanymi przez KEA zobowiązaniami wynikającymi z Konkordii Leuenberskiej, której sygnatariuszami są trzy tradycyjne Kościoły protestanckie w Polsce.

Nie ma co się dziwić, że Kościoły zrzeszone w Światowej Federacji Luterańskiej zareagowały, delikatnie rzecz ujmując, głębokim zdziwieniem na takie oświadczenie, z którego trzeba się było wycofywać na forum międzynarodowym rakiem. Na swoim podwórku jednak wciąż grano rolę niewinnie oskarżonego i broniącego własnej niepodległości.

Ciekawa jestem, jak teraz ze swych pomysłów będą wycofywać się wnioskodawcy głębokich przemyśleń nad nieistniejąca ideologią? O ile w ogóle podejmą takie kroki.

Ada Rutkowska – studentka Indywidualnych Studiów Interdyscyplinarnych na kierunku politologia w Collegium Civitas, pochodzi z rodziny ekumenicznej

(1) Światowa Federacja Luterańska z Polityką Sprawiedliwości Genderowej, KAI, dostęp: 20.01.2014.

(2) Marek Piewka, O kopalniach, Piusie IX i kobietach, czyli biskupich igraszek ciąg dalszy, Ekumenizm.pl, dostęp: 20.01.2014.

Fotografia: sxc.hu/kikashi

Numer 4(4) 2013, 21.01.2014