O co znów chodzi z tą religią w szkole? | Jakub Cupriak

Na początku września 2013 r. byliśmy świadkami kolejnej odsłony sporu o pozycję lekcji religii w szkole. Zaczęło się od tego, że biskupi katoliccy zauważyli zmiany w strukturze rozporządzenia ministra edukacji w sprawie ramowych planów nauczania w szkołach publicznych. Rozporządzenie to obowiązuje od 1 września 2012 roku, więc czasu na dostrzeżenie zmian było sporo.

Ramowe i szkolne plany

Hierarchów zaniepokoiło przesunięcie religii z tej części rozporządzenia, która mówi o ramowym planie nauczania, do części poświęconej szkolnemu planowi nauczania. Ramowy plan nauczania to – w skrócie – spis przedmiotów obowiązkowych na każdym etapie nauki, z podziałem na klasy i godziny. Obowiązuje on wszystkich uczniów i stwierdza, że np. w klasach I-III gimnazjum należy zrealizować 6 godzin historii i 4 godziny geografii.

Szkolny plan nauczania to szczegółowy plan zajęć dla każdej szkoły, uwzględniający jej specyfikę, życzenia rodziców i zajęcia dodatkowe, układany przez jej dyrektora. To ten plan mówi na przykład, że w danym gimnazjum w pierwszej klasie uczniowie powinni mieć dwie godziny geografii tygodniowo w poniedziałki, a w drugiej i trzeciej już tylko jedną, do tego w środy.

Przeniesienie postanowień dotyczących religii z jednej części rozporządzenia do drugiej miało charakter redakcyjny i nie zmieniło faktycznej pozycji tego przedmiotu. W reakcji na krytykę katolickich biskupów, m.in. abpa Gądeckiego, ministerstwo wielokrotnie wyjaśniało, że obecność religii w szkolnych planach zajęć nie jest zagrożona. Opiera się ona zresztą na odrębnej podstawie prawnej – rozporządzeniu ministra edukacji z dnia 14 kwietnia 1992 r. w sprawie warunków i sposobu organizowania nauki religii w szkołach publicznych.

Realny wybór

O co zatem chodzi? W dłuższej perspektywie Ministerstwo Edukacji Narodowej dąży do zmiany obecnego stanu, w którym uczeń ma do wyboru trzy sytuacje: może chodzić na religię, na etykę lub nie chodzić na żaden z tych przedmiotów. W przyszłości etyka stanie się przedmiotem obowiązkowym dla uczniów, którzy nie będą chcieli chodzić na religię. To właśnie te plany ministerstwa są prawdopodobną przyczyną krytyki części hierarchów katolickich. Dlaczego?

Wydawałoby się przecież, że z punktu widzenia jakiejkolwiek doktryny religijnej lepiej zapewnić uczniom choćby świeckie wychowanie etyczne, niż pozostawić ich w tej sprawie samym sobie. Żeby dobrze odpowiedzieć na to pytanie, wystarczy przyjrzeć się szczegółowym planom lekcji w szkołach.

W obecnym stanie prawnym dyrektor szkoły ma zupełną swobodę w układaniu tygodniowego planu lekcji. Może umieszczać przedmioty dodatkowe – w tym religię – w środku dnia, choćby między geografią a polskim. Powoduje to, że uczniowie nie chodzący na religię mają wtedy przymusową przerwę w zajęciach. Oczywiście szkoła jest zobowiązana zapewnić im w tym czasie opiekę, ale w praktyce to często fikcja. Uczniowie siedzą na korytarzach i się nudzą albo są wysyłani „na przechowanie” do szkolnej biblioteki.

Powyższa sytuacja powoduje, że wielu rodziców niezwiązanych z Kościołem decyduje się na posyłanie swoich dzieci na religię, bo te w tym czasie i tak nie miałyby co robić. A przy okazji „przynajmniej się czegoś dowiedzą”. Dla uczniów to też dobre wyjście, bo przecież ocena z religii od kilku lat wlicza się do średniej na koniec roku szkolnego. Wielu myśli pewnie: „Skoro i tak muszę siedzieć w tym czasie w szkole, to czemu nie chodzić na te lekcje, z których tak łatwo dostać szóstkę?”.

Te wszystkie drobne zjawiska przyczyniają się do wzrostu frekwencji na lekcjach religii. A wyższa frekwencja to więcej grup zajęciowych, czyli więcej pracy dla księży i katechetów, którzy otrzymują pensje od państwa, tak jak pozostali nauczyciele. Są też objęci państwowym systemem ubezpieczeń społecznych.

Wprowadzenie obowiązkowej etyki zatrzyma ten mechanizm podnoszący frekwencję. Na religię nie przyjdą już, tak jak dotychczas, uczniowie-oportuniści, ale tylko ci, którym rzeczywiście na tym zależy.

Liczba uczniów chodzących na zajęcia z religii z pewnością zmaleje. W dużych miastach spadek ten może być znaczny. Dla największego z polskich kościołów – Kościoła rzymskokatolickiego – bardziej kłopotliwa od kwestii finansowych może być związana z tym nieuchronna porażka wizerunkowa.

Poza kontrolą

Można twierdzić, że Kościół katolicki będzie sam sobie winien, bo to w końcu on jednostronnie ustala programy nauczania religii w szkołach. W obowiązującym systemie prawnym państwo nie ma tu nic do powiedzenia – ono jest tylko od zapewnienia bazy organizacyjno-materialnej, czyli przyjęcia lekcji religii pod dachy szkół i opłacenia nauczycieli. Ani Ministerstwo Edukacji Narodowej, ani kuratoria oświaty nie mają żadnego wpływu na treści nauczane na tych lekcjach. Skoro więc uczniowie po wprowadzeniu obowiązkowej etyki przestaną przychodzić tak tłumnie jak dotychczas, to spadek frekwencji będzie wyłącznie winą Kościoła.

Czy tak jest w istocie? Państwo też będzie temu winne, bo to ono swego czasu, na początku lat dziewięćdziesiątych, dopuściło, by Kościoły nauczały w szkołach czego tylko chcą, bez żadnej ministerialnej kontroli. Teraz trudno byłoby od tego odejść.

Zdarza się, że uczniowie mają problemy z zestawieniem informacji wyniesionych z lekcji religii z tym, czego nauczyli się na geografii, historii lub biologii. Bywa też, że elementy doktryny religijnej podawane są im „w przebraniu” wiedzy. Teoretycznie może się też zdarzyć, że podczas lekcji religii uczniowie usłyszą treści sprzeczne z porządkiem konstytucyjnym państwa, na przykład kwestionujące prawa człowieka lub ustrój demokratyczny.

Może zatem w ogóle nie powinno być miejsca w szkole dla religii?

Sam system, w którym lekcje religii nie są neutralną nauką o różnych wyznaniach i światopoglądach zbliżoną do religioznawstwa, ale katechezą, gdzie uczy się doktryny jednej tylko grupy religijnej, niekoniecznie musi być zły. System taki występuje w wielu państwach Europy, choćby w większości krajów związkowych Niemiec. Tam jednak państwo zachowało minimalną możliwość wpływania na nauczane treści.

W Niemczech programy lekcji religii podlegają zatwierdzeniu przez ministerstwa oświaty poszczególnych krajów związkowych pod względem zgodności z prawami podstawowymi i demokratycznym porządkiem konstytucyjnym. Być może nie trzeba wylewać dziecka z kąpielą i rozpoczynać bitwy o usunięcie religii ze szkoły. Warto natomiast objąć nauczanie religii nadzorem państwa w takim zakresie, w jakim to konieczne, czyli w zakresie zgodności nauczanych treści z konstytucją i prawami człowieka.

Od wprowadzenia religii do szkół w roku szkolnym 1991/92 mogliśmy obserwować stopniowe zrównywanie pozycji tego przedmiotu z pozycją przedmiotów obowiązkowych. W drugiej połowie lat 90. państwo zaczęło wynagradzać katechetów tak jak pozostałych nauczycieli. Następnie, w 2007 r., po kontrowersyjnej decyzji ówczesnego ministra edukacji Romana Giertycha i przychylnym wyroku Trybunału Konstytucyjnego, religię zaczęto wliczać do średniej ocen.

Kilka miesięcy temu biskupi katoliccy sformułowali postulat wprowadzenia matury z religii, któremu ministerstwo stanowczo się przeciwstawiło. Część nauki prawa wyznaniowego od jakiegoś czasu głosi pogląd, że katechetów należałoby całkowicie zrównać w prawach z pozostałymi nauczycielami i umożliwić im przyjmowanie obowiązków wychowawcy klasy.

Ten ostatni pomysł wydaje się nietrafiony z wielu względów.

Nie dla wychowawcy-katechety

Po pierwsze, uczeń ma kontakt z wychowawcą klasy nie tylko podczas godziny wychowawczej, ale także podczas pozostałych lekcji, które ten nauczyciel prowadzi. W praktyce wychowawca często poświęca godzinę wychowawczą na dalsze omawianie materiału uczonego przez niego przedmiotu. I odwrotnie – bywa, że poświęca godziny swojego przedmiotu na omawianie spraw wychowawczych, w zależności od aktualnych potrzeb. Uczeń niechodzący na religię miałby zatem ograniczony dostęp do swojego wychowawcy w porównaniu z pozostałymi uczniami ze swojej klasy.

Po drugie, uczeń niechodzący na religię z reguły nie uczęszcza na nią z tego powodu, że nie wyznaje danego światopoglądu religijnego, reprezentowanego przez katechetę. Sytuacja, w której katecheta jest jednocześnie wychowawcą, stawia ucznia w niezręcznej sytuacji: może on racjonalnie oczekiwać, że jeśli zwróci się do swojego wychowawcy z jakimś problemem, sprawa zostanie rozpatrzona przy znaczącym uwzględnieniu światopoglądu religijnego, którego sam uczeń nie podziela.

Po trzecie wreszcie, należy pamiętać, że stosunek pracy między szkołą a katechetą cechują pewne odrębności: katecheta pracuje w szkole na podstawie tzw. misji kanonicznej, czyli skierowania od odpowiednich władz kościelnych (z reguły od biskupa). Szkoła może zatrudnić tylko takiego katechetę, który posiada misję kanoniczną. Cofnięcie misji kanonicznej skutkuje rozwiązaniem stosunku pracy. Władze kościelne mogą więc odwołać katechetę ze szkoły w każdej chwili, nawet w trakcie roku szkolnego, bez konieczności porozumienia z dyrektorem szkoły. Gdyby katechecie umożliwić objęcie funkcji wychowawcy klasy, jego nagłe odwołanie przez władze kościelne mogłoby spowodować, że klasa zostałaby bez wychowawcy w trakcie roku szkolnego.

Religia w szkołach, pod warunkiem…

Ministerstwo Edukacji Narodowej idzie dobrą drogą. Wprowadzenie obowiązkowej etyki dla uczniów niechodzących na religię pozwoli wyeliminować sytuacje patologiczne, takie jak ta, w której uczniowie zapisują się na religię dla podniesienia sobie średniej ocen. Albo dlatego, że inaczej musieliby siedzieć na korytarzu i się nudzić.

Sprzeciw wobec postulatu wprowadzenia matury z religii to też bardzo dobry krok. Kościół katolicki czasem wydaje się zapominać, że nie jest sam. Oprócz niego istnieją też inne Kościoły i związki wyznaniowe, większe i mniejsze, których mamy w Polsce obecnie ponad sto dziewięćdziesiąt. Co prawda na razie tylko kilka z nich organizuje nauczanie religii w szkołach, a kolejne kilka w punktach katechetycznych, ale zgoda na maturę z religii katolickiej oznaczałaby również zgodę na maturę z każdej innej religii nauczanej w systemie szkolnictwa publicznego. Niepodobna oczekiwać, by ministerstwo tworzyło nowy egzamin maturalny i uzgadniało treści egzaminacyjne z każdym kolejnym zainteresowanym Kościołem. Mielibyśmy wtedy do czynienia z jednym egzaminem maturalnym z języka polskiego, jednym z geografii, po jednym z każdego innego przedmiotu i kilkunastoma egzaminami z różnych religii.

Dobrze też, że obecnie ministerstwo nie myśli poważnie o umożliwieniu katechetom obejmowania wychowawstwa klas, chociaż takie postulaty już się pojawiają. Oczekiwana przez niektóre środowiska całkowita zmiana systemowa, polegająca na wyprowadzeniu nauki religii ze szkoły, byłaby bardzo trudna do osiągnięcia. Należałoby renegocjować konkordat i zawrzeć stosowne porozumienia z wieloma Kościołami mniejszościowymi. Niekoniecznie byłaby ona też rozwiązaniem najlepszym.

Na razie warto skorzystać z wzorców innych krajów i objąć lekcje religii choćby minimalnym nadzorem państwa. Tak, aby wyeliminować możliwość nauczania treści sprzecznych z prawami człowieka i obowiązującym porządkiem konstytucyjnym.

Jakub Cupriak – prawnik, doktorant Uniwersytetu im. Fryderyka Wilhelma w Bonn oraz Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie; członek warszawskiej parafii ewangelicko-augsburskiej Św. Trójcy. Stały współpracownik Miesięcznika Ewangelickiego.

Numer 3(3) 2013, 04.12.2013