Sprawa namaszczenia niewierzącego | Łukasz Cieślak

Jakiś czas temu przez media przetoczyła się dyskusja na temat udzielenia osobie niewierzącej sakramentu. Czyn ten mógł naruszać jej swobody światopoglądowe.

Sprawa stała się głośna z powodu wyroku Sądu Najwyższego z dnia 20 września 2013 r. (sygn. akt II CSK 1/13), o którym napisano nawet, że jest to „piekielnie niebezpieczne” orzeczenie.

Tytułem wyjaśnienia – rzecz dotyczy pozwu J.R., który został poddany namaszczeniu olejami gdy był w stanie śpiączki farmakologicznej po zabiegu kardiologicznym. Po kilku miesiącach pacjent znalazł w dokumentacji medycznej zaświadczenie kapelana szpitalnego, że udzielono mu sakramentu. W niewierzącym pacjencie, który formalnie pozostawał w Kościele rzymskokatolickim, wywołało to szok, załamanie nerwowe oraz pogorszenie stanu psychicznego i fizycznego.

Pacjent pozwał szpital, w którym się leczył, o zapłatę 90 tys. zł z tytułu naruszenia dóbr osobistych. Orzekające w sprawie sądy obu instancji oddaliły powództwo. Argumentowały, że nie doszło do naruszenia dóbr, bowiem sprawa sakramentu udzielonego niewierzącemu jest drobna i sakrament ten nie mógł naruszyć niczyich dóbr osobistych. Sąd Najwyższy wyraził pogląd przeciwny i nakazał sprawę rozpoznać ponownie.

Dobra osobiste człowieka, w tym swoboda sumienia, pozostają pod ochroną prawa cywilnego niezależnie od ochrony przewidzianej w innych przepisach (art. 23 Kodeksu cywilnego). Natomiast w razie naruszenia tych dóbr można żądać, ażeby osoba, która tego czynu się dopuściła, dopełniła czynności potrzebnych do usunięcia jego skutków. Można także domagać się zadośćuczynienia pieniężnego lub zapłaty na wskazany cel społeczny (art. 24 § 1 Kodeksu cywilnego).

Wobec takiego brzmienia przepisów w niniejszej sprawie nie ulegało wątpliwości, że swoboda wyznania – w tym swoboda niewyznawania żadnej religii – należy do dóbr osobistych danej osoby. I jako taka podlega ochronie. Sądy zmierzały jednak do wykazania, że swobody tej szpital nie naruszył, ponieważ kapelan działał z usprawiedliwionych pobudek. Na dodatek skoro J.R. jest niewierzący, to i tak namaszczenie olejami nie mogło mieć dla niego żadnego – w tym negatywnego – znaczenia.

Również w niektórych komentarzach prasowych wskazano, że gdyby J.R. był „naprawdę” niewierzący, to nie pozywałby szpitala. Bo obrzęd, któremu go poddano, nie miałby dla niego żadnego znaczenia. Poglądowi temu nie można odmówić pewnej dozy słuszności. Jednak sfera dóbr osobistych związana jest z wrażliwością każdego człowieka. Kwestia „prawdziwości” ateizmu pacjenta nie ma z prawnego punktu widzenia znaczenia dla tego, że w jego ocenie doszło do naruszenia swobody sumienia.

Natomiast teza o zupełnej obojętności chrześcijanina na, dość frywolnie podsunięte przez jednego katolickiego publicystę namaszczanie sosem spaghetti, musi pozostać argumentem kabotyńskim i wyłącznie retorycznym (1). Również Sąd Najwyższy podważył ten tok myślenia, zwracając uwagę, że osoba niewierząca ma prawo odrzucać niektóre formy zachowań jako sprzeczne z jej światopoglądem. Nawet gdyby ich wymiar był tylko symboliczny.

Trzeba się zgodzić ze stanowiskiem Sądu Najwyższego, że naruszenie swobody wyznania jako dobra osobistego ma miejsce także w razie narzucenia komuś obowiązku wykonywania pewnych praktyk religijnych. Sąd Najwyższy wskazał również, że stwierdzenie naruszenia swobody sumienia nie zależy od intencji sprawcy, ale od skutku, który jego działanie spowodowało. Wobec tego jako nieuprawniony oceniam pogląd rzecznika polskich muzułmanów, że „gdyby namaszczenia dokonano muzułmaninowi, odradzałabym mu jakiekolwiek roszczenia. Ten ksiądz działał przecież w dobrej wierze, dla wsparcia duchowego” (2).

Powyższa opinia nie bierze pod uwagę, że w tej sprawie nikt nie pozwał księdza, który udzielił namaszczenia, ale szpital. Ten ostatni miał dopuścić do naruszenia dóbr osobistych pacjenta. Natomiast w konkluzji swojego orzeczenia Sąd Najwyższy stwierdził, że ponowne rozpoznanie sprawy będzie zmierzać do oceny, czy żądanie J.R. wysunięte wobec szpitala zasługuje na uwzględnienie. Tego jak dotąd sądy nie zbadały, a Sąd Najwyższy w swoim wyroku wcale nie przesądził. Ocenie będzie więc podlegać zarówno wysokość roszczenia, jak i okoliczność, w jakim stopniu pozwany szpital był winny naruszenia dóbr osobistych pacjenta.

W kontekście powyższej sprawy w komentarzach prasowych można było wyczytać, że udzielenie sakramentu „bez wyraźnej woli tej osoby (…) to pewna forma dominacji, molestowania”, jak powiedział na antenie TVN24 filozof i etyk prof. Jan Hartman (3). Stąd już krok do tezy Tomasza P. Terlikowskiego: „już wkrótce może się bowiem okazać, że (…) do sądów trafią sprawy przeciw rodzicom czy księżom, którzy ochrzcili niemowlęta. One także nie wyraziły zgody, więc jakiś »rozgrzany sędzia« może uznać, że naruszyło to ich wolność religijną” (4).

W mojej ocenie ta ostatnia opinia ignoruje ugruntowane rozumienie naruszenia dóbr osobistych w kontekście cytowanych przepisów Kodeksu cywilnego. Jest zupełnie oczywiste, że swoboda wyznania jest dobrem osobistym, które nie jest przyrodzone, ale powstaje w pewnym czasie. W czasie, w którym człowiek jest w stanie świadomie „gospodarować sferą swojego światopoglądu”. Nie jest więc możliwe naruszenie nieistniejącej w istocie swobody wyznania niemowlęcia, które jest chrzczone z woli rodziców.

Niezależnie jednak od dalszych losów sprawy J.R. rodzi się zasadnicze pytanie, dlaczego przytoczony wyrok Sądu Najwyższego wzbudził tak emocjonalne reakcje niektórych środowisk. Trzeba podkreślić, że orzeczenie to nie ocenia roli i znaczenia sakramentu namaszczenia chorych. Tak naprawdę dotyczy organizacji pracy szpitala, przez którą prawdopodobnie doszło do naruszenia dóbr osobistych pacjenta.

Należy bowiem spojrzeć na ten wyrok, wiedząc, że polski Sąd Najwyższy – w przeciwieństwie do na przykład amerykańskiego – nie kreuje norm prawnych i nie jest powołany do tworzenia prawa. Jego orzeczenia cieszą się przeważnie zasłużoną estymą. Ale zawsze zapadają w konkretnej sprawie, a nie dla rozstrzygnięcia abstrakcyjnych kwestii.

SN słusznie zasugerował, że skoro szpital jest zobowiązany na podstawie szczególnych przepisów do zapewnienia chorym opieki duszpasterskiej, to nic nie stoi na przeszkodzie, by personel szpitala był świadomy, jakiej opieki żądają poszczególni pacjenci.

Skoro bowiem szpital nie jest organem władzy publicznej, to nie dotyczy go konstytucyjny zakaz pozyskiwania danych o wyznaniu religijnym obywateli. Ponadto dla realizacji prawa do opieki duszpasterskiej nieodzowne jest ujawnienie wyznania. A to okazuje się dość oczywiste, gdy nad szpitalnym łóżkiem staje ksiądz, pastor czy rabin. I chociaż wyrok Sądu Najwyższego te kwestie porusza na marginesie, można mieć nadzieję, że stanie się on zachętą do wprowadzenia dobrych praktyk w placówkach służby zdrowia.

Nie ma przeszkód, by przy okazji informowania pacjenta o jego prawach dawać mu możliwość wyrażenia życzenia co do duchownego, z którym chciałby się skontaktować. Z pewnością niczyja swoboda wyznania i sumienia nie ucierpi od tego, że leżącym w śpiączce ateistom nie będzie się udzielać sakramentów jakiegokolwiek Kościoła. Jednak do bronienia tej tezy nie potrzeba wcale wyroków Sądu Najwyższego.

Łukasz Cieślak – prawnik, doktorant na Wydziale Prawa, Administracji i Ekonomii Uniwersytetu Wrocławskiego, członek parafii ewangelicko-augsburskiej we Wrocławiu.

(1) Tomasz P. Terlikowski, Wyrażam zgodę na namaszczenie sosem bolognese! Albo w co wierzy Jerzy?, Fronda.pl, dostęp 02.01.2014.
(2) Marek Domagalski, Sakramentalna krzywda, Rzeczpospolita (wyd. internet.), dostęp: 02.01.2014.
(3) Ateista żąda 90 tys. zł za ostatnie namaszczenie. „To molestowanie” , Onet.pl, dostęp: 02.01.2014.
(4) Piekielnie niebezpieczny wyrok. Kiedy zaczną się pozwy za chrzest dzieci?, Fronda.pl, dostęp: 02.01.2014.

Numer 4(4) 2013, 21.01.2014