Kryzys wielokulturowości | Krzysztof Czyżewski

Polityka wielokulturowości nie polega na tym, żebyśmy tworzyli jakiś skansen ze słodkim wizerunkiem wzajemnej i nieustannej miłości – z Krzysztofem Czyżewskim rozmawia Maja Jaszewska.

Maja Jaszewska: Leszek Kołakowski w książce Czy diabeł może być zbawiony i 27 innych kazań napisał o duchu krytycyzmu europejskiego, chwaląc jego siłę twórczą. Cytuję:

Nie jest ta dwuznaczność paradoksalna, ponieważ wśród tej konfuzji utwierdzamy wyróżniającą cechę kultury europejskiej w jej formie dojrzałej, mianowicie jej zdolność do kwestionowania samej siebie, do porzucenia ekskluzywności własnej, jej wolę spoglądania na siebie samą oczami innych. (…) wolno twierdzić, że w tej samej epoce, kiedy Europa, być może dzięki zagrożeniu tureckiemu, doszła do jasnej świadomości swojej identyczności kulturalnej, zakwestionowała ona wyższość swoich własnych wartości i uruchomiła proces nieustającej samokrytyki, który miał stać się źródłem zarówno jej siły, jak rozmaitych jej słabości i jej podatności na zranienia.

Mam wrażenie, że dzisiaj ten krytycyzm przeżywa kryzys, przede wszystkim ze względu na narastające obawy przed wartościowaniem. Paradoksalnie trauma wojennych doświadczeń XX wieku przyczyniła się do tego, że staliśmy się nadmiernie ostrożni w ocenach, co jest dobre, a co złe. Długo by mówić o przyczynach wyrugowania aksjologii z publicznych debat, ale efekt tego jest taki, że z jednej strony mamy do czynienia z europejską tolerancją wobec różnorodności obyczajów, kultur czy religii. Z drugiej, narasta ciemna fala nacjonalistycznych resentymentów. Przy czym tego ostatniego uporczywie nie chcemy dostrzec.

Krzysztof Czyżewski: Dotykamy tutaj czegoś bardzo istotnego i trudnego zarazem. Cierpimy dziś na zanik ducha krytycznego, który jest jednym z fundamentów etosu pogranicza. Polega on na mądrym dystansie przede wszystkim do własnego podwórka, do swojej kultury. Podstawą tego dystansu jest autorefleksja i autoironia. Niebezpiecznym jest, kiedy ten duch krytyczny skierowany jest tylko na zewnątrz. Wówczas siłą rzeczy gloryfikujemy siebie i swoją grupę. Nie chodzi mi jednak o krytykę nihilistyczną, którą dziś w Europie można spotkać najczęściej. Najłatwiej bowiem zdeprecjonować wszystko i zmieszać z błotem wszelkie wartości.

Brak wartościowania oznacza brak odpowiedzialności. Problemy, jakie przeżywamy dziś z wielokulturowością, są świadectwem słabości aksjologii we współczesnym świecie. Tymczasem nie da się życia wyabstrahować z jego kontekstu historycznego, moralnego, z doświadczenia konkretnych ludzi, ich cierpienia i radości. To oczywiste, że trudno jest zdobyć się na krytykę, która nie wynika z nienawiści czy na dystans nieoznaczający niechęci i obojętności. Dlatego tak bardzo boimy się krytyki.

Straciliśmy ducha krytycznego, który miałby w sobie humor i życzliwość. W jego miejsce pojawił się duch promocji, kultura stała się towarem rządzącym się prawami popytu i podaży. Uczestnicząc w spotkaniu Europejskiego Parlamentu Kultury w Genui obserwowałem prezentacje różnych działań kulturowych. Niektóre z nich były dobre, ale większość mierna, standardowa i nijaka. Nie było jednak nikogo, kto by wypowiedział się krytycznie, podjął konfrontacji. Wszyscy klepali się po plecach. Taka jest właśnie kondycja europejskiej elity kulturowej. Już na tym poziomie nie potrafimy się konfrontować i rozmawiać ze sobą życzliwie, a co dopiero na poziomie drastycznych sytuacji, kiedy trzeba podjąć o coś walkę.

Brak odwagi w ocenie zjawisk społecznych i kulturowych jest wyraźnym problemem współczesnej Europy. Widać to nie tylko w obliczu takich tragedii jak ostatnia wojna na Bałkanach, totalitaryzm na Białorusi, pomarańczowa rewolucja czy obecne wydarzenia na Ukrainie, ale też wobec problemów związanych z wielokulturowością, kiedy to członkowie innych grup narodowych czy etnicznych przychodzą do nas ze swoją obyczajowością, tradycją, nieraz zupełnie nam obcą.

Przez długi czas Europa próbowała się z tą odmiennością uporać za pomocą tzw. multi-kulti. Niby coś się robiło, odbywały się festiwale, pokazy, prezentacje folkloru, ale tak naprawdę przepaść między społecznościami narastała. Wbrew hurraoptymistycznym deklaracjom o europejskiej tolerancji okazuje się, że bardzo dużo rdzennych obywateli państw Europy Zachodniej nie chce mieć na co dzień nic wspólnego z obywatelami wywodzącymi się z mniejszości.

Wiele osób z przyjemnością i ciekawością wybierze się na koncert muzyki romskiej, ale Romów za sąsiadów nie chce mieć.

Niestety, to częsta postawa. Nie należy jednak zapominać o tym, że koncepcja czystej rasy Hitlera wzięła się z jego ucieczki od wielokulturowego Wiednia, o którym pisał – jak ja nienawidzę całej tej mieszaniny Żydów, Słowian, Cyganów.

Przygotowany trzy lata temu przez brytyjski ośrodek Demos raport dowodzi, że wzrasta poziom nacjonalizmu, ksenofobii, antysemityzmu i antyislamizmu. Skrajna prawica nie jest już dziś skansenem politycznym, ale wyraźnie słyszanym głosem o rosnącym poparciu. Ucieczka od wielokulturowości ma się coraz lepiej…

I będziemy mieć takich ucieczek coraz więcej. Jest nią chociażby nieporadne zakazywanie noszenia chust muzułmańskich. Nie ustala się obyczajów nakazem czy zakazem prawnym. A to, co zabronione i tak będzie dochodziło do głosu, tylko znacznie bardziej radykalnie. Z drugiej strony nie możemy udawać, że w wielu sytuacjach bardzo trudno jest o tolerancję. Nie możemy też zakłamywać rzeczywistości i mówić, że nie ma konfliktów, napięć, resentymentów i problemów w obszarze różnic kulturowych i religijnych, bo to przynosi więcej szkody niż pożytku. Polityka wielokulturowości nie polega na tym, żebyśmy tworzyli jakiś skansen ze słodkim wizerunkiem wzajemnej i nieustannej miłości.

Nie ma co ukrywać, różnorodność kulturowa jest miejscem wielu napięć i trudności politycznych, obyczajowych i kulturowych. Na pograniczu nie chodzi o unifikację, ale o wspieranie odrębności i jednoczesne tworzenie przestrzeni, w której mogą one wspólnie egzystować. Na tym właśnie polega działalność Ośrodka „Pogranicze” w Sejnach. Kultura dialogu wymaga agory, ale nie ma jednego na nią pomysłu. W każdym miejscu będzie wyglądała inaczej. Budowanie jej to jest długofalowy i złożony proces, którego nie da się osiągnąć jednorazowym edyktem, filmem, warsztatem czy jakimś biesiadnym festiwalem. Niestety takiej długofalowej perspektywy, budowania rozłożonego w czasie bardzo dziś w Europie brakuje.

Kultura agory to kultura dnia codziennego a nie święta?

Agora nie jest jedynie przestrzenią zgody i wiecznego prawienia sobie komplementów. To jest również miejsce na kłótnie, rywalizację, zwalczanie swoich poglądów, krytykę oraz wyrażanie pretensji i złości. Tyle, że w granicach nie zagrażających egzystencji. Brak agory to również brak miejsca na wyrażenie trudnych emocji, odmiennych poglądów, żalu i złości za doznane krzywdy. Momentem, w którym uświadomiłem sobie brak takiej przestrzeni, było pierwsze zorganizowane przez nas w Sejnach spotkanie poświęcone tolerancji – chłopiec, który wygrał konkurs na pracę o współistnieniu Polaków i Litwinów w momencie wręczenia nagrody powiedział, że tak naprawdę uważa Litwinów za nacjonalistów i ich nienawidzi.

Ten moment miał siłę egzorcyzmu. Sztuką jest tworzenie kultury, która wydobywa nienawiść na światło dzienne, tworzy przestrzeń uwolnienia a jednocześnie oczyszczenia, katharsis, bo tylko wtedy jest szansa, że skumulowana nie eksploduje z siłą niszczącą wszystko dookoła. Tymczasem najpierw komunizm nie pozwalał nam mierzyć się z tymi problemami, a obecnie podobnie jak w krajach Europy Zachodniej tłumi nas polityczna poprawność i lęk przed oskarżeniem o nietolerancję.

Agora to nie jest seminarium akademickie, gdzie w wyrafinowany sposób dyskutuje się pewne kwestie. Jedni uważają, że wystarczy powiedzieć o trudnych, bolesnych sprawach, bo już w tym jest moc oczyszczająca. To prawda, ale nie można na tym poprzestać. Ludzie wyobrażają sobie agorę na wzór debat telewizyjnych – kurnik, w którym każdy krzyczy swoje, a potem wszyscy rozchodzą się zadowoleni, że nie dali się przekonać. Nawet ktoś kiedyś mi powiedział, że właśnie telewizja jest wspaniałą współczesna agorą. Ale to nieprawda. Agora nie może być miejscem, gdzie możemy się jedynie wykrzyczeć. Ona wymaga przede wszystkim długofalowego działania, które osadza w miejscu i wspólnocie esencję etosu pogranicza – sztuki życia różnych ludzi razem.

Co dziś mogłoby być tą agorą?

W każdym miejscu co innego. W Sejnach jest to Dom Pogranicza i przestrzeń dawnego kwartału żydowskiego z Białą Synagogą. Agora, jak już mówiłem, to środowisko wytwarzające pewien etos. Ale jest to również kategoria przestrzenna, nie tylko ideowa. Więc jest ona również wyzwaniem dla architektów.

Tymczasem współczesne miasta to szeregi prywatnych posesji przy niekończących się ulicach. Albo blokowiska, w których często jedyne wspólnoty tworzą subkultury, swoją tożsamość budujące na wrogości wobec innego. We współczesnej architekturze brakuje przestrzeni spotkania. Potrafi ona szokować formą, wielkością, ekstrawagancją, ale nie zapewnia podstawowej rzeczy dla zbiorowości – miejsca do spotkania.

Europa bardzo się chlubi powtarzanym często sloganem – unity in diversity.

W czasie wojny na Bałkanach zobaczyłem nie tylko dramat rozpadającej się Jugosławii, ale również słabość całej współczesnej Europy. I już wtedy wiedziałem, że ten dramat, którego nie chcieliśmy spostrzec i się z nim zmierzyć, przyjdzie również do nas i zapuka do drzwi w Paryżu, Amsterdamie, Londynie czy Warszawie. I tak się dziś dzieje, bo jesteśmy jak naczynia połączone. Nic nie dzieje się w oderwaniu od pozostałych części tego samego organizmu, jakim jest Europa. Na budowanie gett jest już za późno, ale jednocześnie brakuje narzędzi do tworzenia kultury dialogu.

Jedność, o której wspominasz, to raczej postulat i iluzja na poziomie biurokratycznym. Brak jej na poziomie realnego życia. Owszem, panuje dzisiaj moda na różnorodność, na jej podkreślanie, fascynujemy się egzotyką. Ale tak naprawdę najbardziej na tym korzystają wszelkiej maści separatyści, którzy dzięki temu trendowi odbudowują miejscowe nacjonalizmy i partykularyzmy. Największe środki finansowe przeznaczane są na programy kultury narodowej. Najsilniejsze organizacje kulturowe, a więc Instytut Cervantesa, Instytut Goethego, British Council wydają olbrzymie sumy na rodzime projekty, na popularyzację kultury hiszpańskiej, niemieckiej, angielskiej.

Niewiele jest instytucji budujących ośrodki wspólnej kultury europejskiej, uniwersalnej. Zdaję sobie sprawę, jak ważne jest, aby mówić, że jakaś kultura przetrwała, nie uległa homogenizacji, tak jak np. u nas w Sejnach staroobrzędowcy, którzy pielęgnują swoją tradycję. Ale jeżeli będziemy pielęgnować tylko odmienności, nie budując pomiędzy nimi mostów, jest to niebezpieczne. Dlatego tak bardzo zwracam uwagę na kulturę agory, która jest dziś w zaniku i w naszym wspólnym interesie leży jej odbudowanie.

Ivan Čolović, serbski antropolog i etnolog, specjalista w zakresie tożsamości etnicznej i kulturowej mieszkańców krajów Europy Środkowej i Południowej powiedział, że obserwując kraje byłej Jugosławii, ale też i inne w Europie można zauważyć, że politycy w swoich projektach bardziej zajmują się polityką symboli aniżeli jakąś pragmatyczną polityką w sferze gospodarki, kultury, praw człowieka, zdrowia, a więc tym, czym władza w państwie powinna się zajmować. Szczególnie mocno w ostatnich latach politycy manipulują narodowymi mitami i kultami. Można odnieść wrażenie, że dziś zadaniem polityków jest prowadzenie mitycznego dyskursu, a nie konkretna praca w powierzonych im obszarach życia społecznego. A gdy o sprawach narodowych mówi się językiem religii, wówczas otrzymują one sens przynależny świętym sprawom religii. Czy Twoim zdaniem doświadczamy dziś kryzysu wielokulturowości?

Jeżeli chcemy mówić o budowaniu globalnego świata i współistnieniu ze sobą kultur, to musimy wytworzyć modele adekwatne do dzisiejszej sytuacji i zdać sobie sprawę z kryzysu, w jakim tkwimy. Uważam, że Europę czeka trudne wyzwanie, bo będziemy mieli do czynienia ze słabnącymi granicami państw narodowych, a jednocześnie z coraz większymi podziałami wewnątrz społeczeństwa. Ludzie będą coraz radykalniej określać się narodowo, religijnie i kulturowo. Będą rosły podziały budowane na odrębnościach kulturowych. Pojawia się więc silna potrzeba wytworzenia kultury dialogu na miarę tej sytuacji.

Dziś zróżnicowanie religijne czy kulturowe jest znacznie większe niż kiedyś. Tym bardziej będzie więc narastała potrzeba zakorzenienia i intymności w obrębie małych ojczyzn. Wielkie miasta takich potrzeb nie zaspokajają. W osiedlach, dzielnicach ludzie na nowo odtwarzają swoje wioski i miasteczka. W dobie globalizacji człowiek ma potrzebę odnalezienia małego świata dla siebie. W naszej części Europy po komunistycznym spustoszeniu trzeba czasu na odbudowanie swojej tożsamości. Narodowcy bazując na tej potrzebie i demonizując trudności, czy wręcz głosząc niemożność utrzymania tożsamości, generują silny lęk wobec innych. Lęk, który powoduje chęć obudowania się murem obronnym przed całym światem. A nam dziś trzeba uświadomienia, że każdy ma potrzebę tożsamości, że nie jesteśmy w tym względzie żadnym wyjątkiem. Współcześnie w Europie dominuje separujące rozumienie kultury i jeśli nie znajdziemy dla niego przeciwwagi, to coraz bardziej będzie narastała wzajemna agresja.

Europa nie jest monolitem, wspominane przez Jana Pawła II dwa płuca Europy – wschodnie i zachodnie – nadal oddychają inaczej…

Ale jednocześnie świat islamu postrzegamy jako monolit, nie dostrzegając w nim żadnych różnic. Oskarżając innych o nietolerancję, nie zauważamy własnej. Europa wytwarza dziś model separacji a nie dialogu. Bliżej nam do podziału i zamknięcia się w gettach niż do zjednoczenia. Tymczasem od innych oczekujemy naśladowania naszych wzorców. Coraz większa jest dysproporcja między tym, co uważamy za europejskie, a tym, co ludzie z zewnątrz patrząc na nas odczytują jako europejskie.

Mieszkańcy Mostaru czy Sarajewa, którzy wyjechali ze swoich miast w czasie wojny i znaleźli się w Europie Zachodniej, nie byli kompletnie rozumiani ze swoim etosem codziennego współżycia różnych nacji i religii. Wiem, że w Europie nadal jest wielu wspaniałych ludzi, którzy bronią etosu wspólnej cywilizacji i wspólnej codzienności, ale Europa odchodzi od tego modelu kulturowego. Owszem mamy pluralizm, różnorodność, wielowyznaniowość i tolerancję dla różnic, ale pod warunkiem, że żyjemy obok siebie a nie ze sobą.

Czyli dialog międzykulturowy będzie często przypominał dzisiejszą ekumenię, która w dużym stopniu sprowadza się do organizowanych wciąż przez te same osoby cyklicznych imprez na szczycie, nie przekładających się na codzienne życie parafii?

Mimo swojego ograniczenia imprezy na tym szczeblu w pewien sposób mobilizują i inspirują. My jednak musimy myśleć o podróży w głąb, pod powierzchnię owego ceremonialnego a jednocześnie już przecież zdesakralizowanego świata. Mieszkańcy Sejn biorący udział w organizowanych przez nas przedsięwzięciach mówią: już wcześniej czuliśmy potrzebę takiego działania, ale nie wiedzieliśmy, w jaki sposób to robić.

Nasza praca jest pewnego rodzaju „akuszerowaniem” gotowości do spotkania. Bez niej nic byśmy nie wskórali. Dlatego musimy bacznie wsłuchiwać się w miejsce, do którego przybywamy. Obserwować, do czego gotowi są jego mieszkańcy, czego pragną, nawet jeśli wprost o tym nie mówią. Wszystko po to, żeby nie zaniechać jakichś możliwości. Ale też żeby nie wymuszać zachowań, na które jest za wcześnie. Przedwczesny poród jest niebezpieczny dla zdrowia i życia.

Ojciec Laurence Freeman kierujący Światową Wspólnotą Medytacji Chrześcijańskiej powiedział, że korzenie gospodarczego i kulturowego kryzysu, który dotyka dziś Zachód, sięgają kryzysu duchowości, a więc i jego rozwiązania siłą rzeczy trzeba szukać w duchowości. Za przykład wyjścia z impasu daje tych ludzi biznesu, dla których działalność zawodowa nie stoi w sprzeczności z rozwojem duchowym. Co więcej, jest z nim nierozłącznie związana.

Zapaść, w której się obecnie znajdujemy, panujące powszechnie niepokój i dezorientacja, zwiastują przełom. Z całą świadomością i odpowiedzialnością trzeba ten czas wykorzystać do budowania kultury dialogu. Niewykluczone jednak, że wszystko może się potoczyć inną drogą i jeszcze niejeden kataklizm będziemy musieli przeżyć, zanim te idee, o których mówimy, zaczną być realizowane. Paradygmat dialogu może spotkać jeszcze niejedno wyzwanie, ale coraz bardziej widać, że nie ma wobec niego alternatywy.

Jakie największe wyzwania stoją dziś przed ludźmi działającymi w obszarze kultury?

Doświadczamy dziś porażki konceptu wielokulturowości na Zachodzie, czyli budowania społeczeństwa zróżnicowanego kulturowo, które stworzyło bardzo silne odrębności i to nie tylko w kwestii narodowościowej, wyznaniowej, ale też społecznej i obyczajowej. Często próbuje się sugerować, że jedynym źródłem konfliktów we współczesnym świecie jest podłoże narodowe czy różnice wyznaniowe, a tymczasem nie mniejszą rolę odgrywa podłoże społeczne. Rozwarstwienie socjalne, rosnąca ilość osób biednych i zmarginalizowanych żyjących w gettach obok tych, którzy korzystają z przywilejów współczesnej demokratycznej cywilizacji, często rodzi konflikty przybierające charakter narodowościowy. Stają się one wentylem dla animozji wynikających z narastającej przepaści między bogatymi a biednymi. Nadawanie im miana zderzenia kultur czy cywilizacji jest przykładem szukania kozła ofiarnego.

Niektórzy politycy dochodząc do władzy potęgują mit złych imigrantów i czystości kulturowej jako antidotum na wszystkie bolączki współczesnego świata. Mit ten łatwo się rozprzestrzenia i zaczyna żyć swoim życiem. Odwoływanie się do fundamentalistycznych ideologii narodowych jest trwalsze od kadencji polityków i musimy być tego świadomi. Żyjemy w świecie, gdzie politycy zbierają głosy wyborców na frustracjach i resentymentach. Jeżeli kryzys ekonomiczny i kulturowy będzie się pogłębiał, jeżeli nie wypracujemy wspólnej płaszczyzny wartości z odniesieniem do uniwersalizmu i humanizmu, sytuacja ta zagrozi naszemu bezpieczeństwu. Nie możemy wobec tych zagrożeń pozostać obojętni. Wyzwaniem dla ludzi zajmujących się tego rodzaju działaniem, co my w „Pograniczu”, jest przerodzenie naszych praktyk w pewien rodzaj wspólnych działań, bardziej zintegrowanych, które stworzą podwaliny nowego ruchu potrafiącego stawić czoła współczesnym problemom na różnych poziomach życia społecznego. Analogicznie do ruchu praw człowieka, który przybrał charakter ponadkrajowy i ponadregionalny.

Interkulturowe działania na pograniczach widzę jako równoległy ruch, który dopełnia ochronę praw człowieka o odbudowę wspólnotowości. Uczy ludzi nie tylko tolerancji i walki o prawa innych do różnicowania się, ale również buduje tkankę łączną pomiędzy społecznościami. Jest to krok dalej w stosunku do regulacji prawnych zapewniających wszystkim równość wobec prawa. Uświadomienie ludziom, że są jak naczynia połączone uczy empatii i współodpowiedzialności.

Dlaczego tak trudno multikulturowość przerodzić w międzykulturowość, a więc doprowadzić do tego, żeby sąsiadujące ze sobą kultury zaczęły żyć ze sobą a nie obok siebie?

Główną trudność widzę w rozszerzającej się skali konfliktów kulturowych. Mam świadomość, że nacjonalizmy mają się dobrze również na bogatym Zachodzie i że nie jest od nich wolna Unia Europejska. Ale niepostrzeżenie w naszą sferę życia wchodzą napięcia kulturowe, odmienne wartości, problem z budowaniem tej warstwy uniwersaliów, do której wszyscy się możemy na równi odnieść. Dylemat ten ma swoje korzenie w odmiennościach kulturowych i będzie narastał. Tym bardziej, że kultura staje się orężem w tych zmaganiach, produkując olbrzymią ilość amunicji poprzez partykularne działania podejmowane w interesie narodowym czy regionalnym. Odejmuje się dziś kulturze wymiar scalający, uniwersalistyczny, upatrując w tym zagrożenie dominacją czegoś, co jest wspólne, a za czym stoi siła kapitału, państwa czy siła imperium. Takie doświadczenie mają przecież nie tylko Europejczycy, ale też cały świat postkolonialny, więc dzisiejszy człowiek boi się scalającej kultury i ma do tego powody. Tym ważniejsze jest rozbrojenie tej prochowni tworzonej w obrębie kultury.

Nadal więcej inwestuje się w militaria niż w dialog międzykulturowy. Coraz bardziej jednak czujemy, że inwestycje te prowadzą donikąd, przedłużając tylko w czasie konflikty i nierozstrzygnięte sprawy. Nie potrafimy jednak przejść do innych środków działania, doinwestować edukacji i praktyk kulturowych – narzędzi służących dialogowi. Ciągle obawiamy się, że okażą się one nieskuteczne, za mało radykalne. Podejście takie jest dowodem słabości ludzi, którzy lękają się o to, że postawa dialogu może szkodzić ich interesom. Czują się zagrożeni budowaniem kulturowej tkanki łącznej i rosnącymi kompetencjami międzykulturowymi. Uważają tak nie tylko militaryści, przygotowani do zbrojnego rozwiązywania konfliktów, ale również pracownicy Unii Europejskiej, którzy nauczyli się rozwiązywania sporów w oparciu o stare narzędzia, które nie mają nic wspólnego z dialogiem międzykulturowym. Instytucje i społeczeństwa ciągle preferują zachowania spektakularne, jednorazowe, nie wymagające czasu. Łatwiej przecież zorganizować festiwal, jednorazowy panel, zebrać bazę danych czy przeprowadzić szkolenie wojskowe.

Wspominasz czasami o zagrożeniu turyzmem kulturowym. Na czym ono polega?

Doświadczamy dzisiaj niespotykanej wcześniej łatwości przemieszczania się. Powiązani jesteśmy całą arterią sieci komunikacyjnej. Miliony ludzi podróżuje, ale nie przekłada się to na większą kompetencję porozumiewania się ze sobą czy umiejętność bycia razem. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że ta łatwość poruszania się coraz częściej utwierdza antykulturę dialogu, skrajne nacjonalizmy czy uprzedzenia.

Najbardziej zagorzali fundamentaliści, których spotkałem w Indonezji, bardzo często byli absolwentami Oksfordu albo innych zachodnich uniwersytetów. Stamtąd przywieźli radykalną interpretację islamu, która lokalnym ludziom wcześniej była obca. Jak to?! Jesteście muzułmanami, a wasz teatr cieni opowiada Mahabharatę?! Jako muzułmanie nie możecie odgrywać hinduskich eposów albo modlić się w świątyniach buddyjskich czy hinduistycznych! To zdrada własnej tożsamości! A tymczasem dla wielu Indonezyjczyków wszystkie świątynie są miejscami świętymi, tak jak Mahabharata pozostała dla nich świętym eposem, pomimo że są muzułmanami. I nie ma to nic wspólnego z powierzchownym synkretyzmem.

Będąc w Singapurze w trakcie chińskiego Nowego Roku zaobserwowałam tłumy Chińczyków maszerujących modlić się po kolei do świątyń buddyjskich a potem hinduistycznych. W tamtej rzeczywistości nikt nie oceniał ich jako pozbawionych religijnej tożsamości zwolenników New Age. W tym uroczystym dniu składali hołd we wszystkich świętych miejscach, do których dotarli, nie omijając świątyń swoich sąsiadów Hindusów. Nasza europejska religijność dużą wagę przywiązuje do czystości doktryny. Nieustannie stawiamy pytania o ścisłe granice wyznawanej wiary. Pieczołowicie chronimy to co nasze od zewnętrznych, obcych wpływów.

Przy czym nie jesteśmy świadomi, że ta wykluczająca się tożsamość często przychodzi właśnie z Zachodu, z nowożytnego rozumienia tożsamości, która jest budowana na odrębności i wykluczeniu. Transplantacja różnych powierzchownych idei nie idzie w parze z rozwojem tolerancji i otwartości na Innego. Przemysł turystyczny oferuje dobra konsumpcyjne w postaci wycieczek a nie możliwości autentycznego spotkania z ludźmi i kulturą.

Turystyka realizuje w jakimś stopniu tęsknotę człowieka za podróżą, za spotkaniem z egzotyką i innym światem, ale tak naprawdę daje mu jedynie iluzję poznawania innej rzeczywistości. Proponuje wycieczki a nie wyprawy, zamiast podróży w głąb oferuje przechadzkę po powierzchni. Możliwość przebicia się do serca odwiedzanego miejsca wymaga czasu, pokory i otworzenia się na spotkanie z tubylcami. Tego turystyka nie zapewni.

Najgorsze jednak, że cały ten przemysł zwodzi ludzi obietnicą autentycznej wyprawy. To jest poważny problem w dzisiejszym świecie, jeśli mówimy o dialogu międzykulturowym. Ten model – łatwo, szybko, powierzchownie – nie kończy się jedynie na turystyce, przenika on do kultury, czyniąc z niej towar. Coraz więcej mamy książek pisanych stylem kulturowej turystyki. Większość festiwali propaguje ten konsumpcyjny styl. Co chwila wybuchają kolejne mody kulturowe. Niestety niewielki procent zainteresowanych ma szansę zgłębić temat, pozostaje nam zewnętrzna, kolorowa powierzchnia a i to często kiepskiego formatu, czego jako amatorzy nie potrafimy ocenić.

Wspomniany Čolović w eseju Narodowe Świętości i tolerancja napisał:

Polityczna moc oparta na monopolu władzy nad świętościami narodowymi, których na użytek władz strzegą i utrzymują w stanie gotowości bojowej nasi narodowi mandaryni, narodowi duchowni, jest – tak jak i moc religijna – rządzeniem w imię świętości i w imię owych uświęconych spraw narodu. Podstawą polityki jest tutaj utrzymanie systemu zezwoleń i zakazów, konsekracja i ekskomunika, walka z heretykami oraz innowiercami w kraju i za granicą. Ta polityka nie zna tolerancji – dla tolerancji jako zasady demokratycznego modelu polityki opartej na dyskusji i kompromisie nie ma miejsca w narodzie – świętości. Narodowi mandaryni, strażnicy pieczęci świętego narodu mogliby o tolerancji powiedzieć to, co powiedział o niej Claudel: Tolerancja – jej miejsce jest w domu publicznym.

A gdzie Twoim zdaniem jest miejsce na tolerancję i czym ona w ogóle powinna być?

Słowo tolerancja jest dziś niemodne i deprecjonowane. Jej krytycy utożsamiają ją ze specyficznym, postmodernistycznym relatywizmem, co jest znacznym nadużyciem. W tolerancji ważne jest rozumienie drugiego, umiejętność spojrzenia z jego perspektywy, ale konieczne jest jednoczesne krytyczne spojrzenie na siebie. Od ludzi pogranicza nauczyłem się, że człowiek pogranicza nigdy nie dowierza swojej tolerancji. Wie, że może się w życiu wydarzyć taka sytuacja, że jego tolerancja zostanie wystawiona na próbę. I dlatego trzeba nad nią pracować całe życie. Mówi o tym mądrość huculska, przywołana za pewnym starym Żydem z Podkarpacia przez Czesława Miłosza w Zniewolonym umyśle:

Jeżeli dwóch kłóci się, a jeden ma rzetelnych 55 procent racji, to bardzo dobrze i nie ma się, co szarpać. A kto ma 60 procent racji? To ślicznie, to wielkie szczęście i niech Panu Bogu dziękuje! A co by powiedzieć o 75 procent racji? Mądrzy ludzie powiadają, że to bardzo podejrzane. No, a co o 100 procent? Taki, co mówi, że ma 100 procent racji, to paskudny gwałtownik, straszny rabuś, największy łajdak.

To, że mogę się mylić a moja prawda nie musi być absolutna, nie jest relatywizowaniem. Bo jeśli ja będę absolutyzować swoją rację, to ryzykuję, że mój sąsiad zrobi podobnie i jak wtedy rozmawiać? Wtedy już tylko krok do walki na śmierć i życie. Trzeba rozróżnić tolerancję od tolerowania, bo tu rzeczywiście zgadzam się z Janem Pawłem II, że tolerować to za mało. Tolerancja to dla mnie pewna tradycja europejska wywodząca się z oświecenia. Jest dynamiczna i ciągle podlega zmianom, bo to, co pisał o tolerancji Wolter dzisiaj już nie wystarcza. Jemu chodziło przede wszystkim o wolność wyznania. Dużo w tym jednak było obojętności, bo walka o prawa dla ludzi inaczej myślących nie oznaczała chęci ich poznania i zrozumienia. Niewątpliwie był to jednak fundament i dlatego bronię pojęcia tolerancja przed dzisiejszą próbą zredukowania go do relatywizmu i usunięcia poza nawias myśli humanistycznej.

Krytycy tolerancji proponują w jej miejsce konstytucjonalizm i prawa człowieka. Ale w moim odczuciu obrona praw człowieka jest tylko elementem tolerancji. Jeśli zaapeluje do mieszkańców Sejn, żeby zaangażowali się w obronę praw człowieka albo realizowali wytyczne konstytucji, to dla nich będą to puste i martwe słowa. Wiedzą za to, co znaczy wychować dziecko w duchu tolerancji. Wyparcie pojęcia tolerancja z przestrzeni pogranicza, takiej jak Sejny, jest rzeczą groźną, z czego akademiccy myśliciele i filozofowie nie zdają sobie sprawy. To, że bronisz praw jakiegoś człowieka, nie oznacza, że zbudujesz do niego most. Równolegle do organizacji broniących praw człowieka na świecie (które uważam za jeden z największych dorobków po II wojnie) konieczna jest praca kulturowa, która będzie budowała tkankę łączną na pograniczach. A to nie jest zadanie dla prawników czy pracowników administracji państwowych, tylko dla ludzi kultury.

Krzysztof Czyżewski – praktyk idei, eseista i animator działań międzykulturowych. Twórca Fundacji „Pogranicze” i Ośrodka „Pogranicze – sztuk, kultur, narodów” w Sejnach. W 2011 r., wraz z zespołem „Pogranicza” otworzył Międzynarodowe Centrum Dialogu w Krasnogrudzie. Inicjator programów dialogu międzykulturowego w Europie Środkowej, na Bałkanach, Kaukazie, Azji Środkowej, Indonezji, Bhutanie i innych pograniczach świata. Wykładowca wielu uniwersytetów w Europie i USA. Odznaczony Krzyżem Oficerskim Odrodzenia Polski, laureat Medalu św. Jerzego, nagród A. Gieysztora i J. Giedroycia oraz Nagrody Dana Davida.

Fotografia: archiwum autora.

Numer 8(14) 2014, 23.09.2014