Na ulicach znów słychać szabat szalom | Tanya Segal

Każdy potrzebuje w życiu jasności. Mając różne wyobrażenia Boga, tworzymy różne tradycje przeżywania zwycięstwa światła nad ciemnością – z rabin Tanyą Segal rozmawia Maja Jaszewska

Cafe Młynek w zacisznej części krakowskiego Kazimierza od wczesnych godzin rannych pachnie dobrą kawą. Kiedy rabin Tanya Segal wchodzi energicznym krokiem, wszyscy witają ją z uśmiechem jak dobrą znajomą. Zamawia herbatę i przeprasza, że nie wyłączy telefonu, ale ma dziś mnóstwo spraw do załatwienia i kilka ważnych spotkań.

Tanya Segal: Proszę mi wybaczyć, ale jest jeszcze wcześnie i trudno mi się na tyle skoncentrować, żeby poprawnie mówić po polsku. Dlatego będę go trochę mieszała z hebrajskim, angielskim i rosyjskim.

Maja Jaszewska: W Beit Kraków taką mieszankę językową nazywacie beitisz. A w jakim języku pani śni?

Po hebrajsku. To nie jest mój pierwszy język, ale za to jest mi najbliższy.

Od trzech lat mieszka pani w Krakowie. Jak się pani w nim czuje?

Tutaj na każdym kroku odczuwa się historię. Na dodatek panuje w tym mieście o wiele wolniejszy niż gdzie indziej rytm życia. Dzięki temu można spokojnie pomyśleć i znaleźć czas na rozmowę.

Natomiast Kazimierz, gdzie spotyka się i działa moja reformowana społeczność żydowska jest miejscem pełnym duchowej energii. Mam tu dużo znajomych i przyjaciół.

Umawiając się na rozmowę zadzwoniłam przed Jom Kipur. To czas, w którym nie należy przeszkadzać. Zrobiło mi się wstyd, że o tym nie wiedziałam. A potem pomyślałam sobie, że moja babcia mieszkająca przed wojną w Warszawie i mająca w szkole koleżanki Żydówki doskonale by wiedziała, czym jest Jom Kipur i kiedy przypada. To przykre, jak taka wiedza całkowicie się w Polsce zgubiła.

Nic dziwnego, tu wydarzyła się wielka tragedia, która zniszczyła niemal tysiącletnie doświadczenie wspólnego polsko-żydowskiego życia. Nie da się go przywrócić w dawnym kształcie, ale można próbować budować dobre sąsiedztwo na miarę dzisiejszych czasów. Z jednej strony wymaga to pracy z pamięcią. Z drugiej, systematycznego budowania codziennego żydowskiego życia, a to w dużej mierze zależy od społeczności żydowskiej. Ważne jest, żeby mogła ona pielęgnować żydowski czas liturgiczny w polskiej rzeczywistości. Zacząć trzeba od cotygodniowego szabatu, tak aby czas stopniowo odzyskiwał swój sakralny wymiar.

Coraz więcej osób wie, że w grudniu obok świąt Bożego Narodzenia przypada żydowskie święto Chanuka. Dzięki niedużej, ale aktywnej mniejszości Hindusów mieszkających w Polsce dowiadujemy się, że w zbliżonym czasie wypada święto Depavali. I choć tak różna jest geneza tych świąt, łączy je wspólna symbolika ognia.

To pokazuje, że każdy z nas potrzebuje w swoim życiu jasności. Tylko, że mając różne wyobrażenia Boga, tworzymy różne tradycje przeżywania zwycięstwa światła nad ciemnością. Dobrze, że ta różnorodność zaczyna w Polsce pomału odżywać, bo wielu moich znajomych narzeka, że czują tu brak różnorodności kultur i tradycji.

Polska była kiedyś wielonarodowym i wieloreligijnym tyglem. I nawet jeśli dzisiaj nic tego nie przypomina, w naszej pamięci pozostał po tym głęboki ślad, a wraz z nim tęsknota. Można więc mieć nadzieję, że zechcemy chociaż w części do tej tradycji powrócić. Dlatego tak ważne jest dla mnie to, co robimy w Beit Kraków. Nie tylko odbudowujemy rytm żydowskiego życia, ale dajemy też dowód, że można to zrobić. To świadectwo jest ważne nie tylko dla osób o żydowskich korzeniach, ale dla wszystkich, którzy pragną pielęgnować swoją duchową, historyczną, kulturową czy religijną tożsamość.

Czy spotyka się pani z przejawami antysemityzmu?

Osobiście nie, ale słyszałam o tego typu zachowaniach. Bywa, że na naszym pięknym Beit Midrasz na Kazimierzu pojawiają się obraźliwe graffiti. Jest to dla mnie bolesne, ale z drugiej strony otrzymuję tyle dowodów wsparcia i sympatii, że mam nadzieję, że to one bardziej obrazują stosunek Polaków do Żydów. Kiedy przyjechałam do Polski, byłam zaskoczona, jak dużo jest tu różnych festiwali i koncertów poświęconych żydowskiej kulturze.

Jest ich coraz więcej, ale z drugiej strony były ambasador Izraela Szewach Weiss wielokrotnie powtarzał – nas już tu nie ma…

Zgadzam się po części z tą opinią. Festiwale kultury żydowskiej są pojedynczymi wydarzeniami, a sama kultura żydowska nie jest stałym elementem współczesnej polskiej rzeczywistości. Ale pan ambasador stan obecny ocenia z perspektywy rzeczywistości przedwojennej. Nic dziwnego, że jego diagnoza jest tak kategoryczna.

Mogę powiedzieć, że społeczność żydowska, choć niewielka, systematycznie się rozrasta. W ciągu trzech lat mojego pobytu w Krakowie obserwuję jej dynamiczny rozwój na Kazimierzu, gdzie po wielu latach przerwy znów słychać na ulicach „szabat szalom!”.

Izabela Cywińska w swoim filmie „Cud purymowy” pokazała, jak trudne i bolesne bywa budzenie się tożsamości żydowskiej. Czy często tak to właśnie wygląda?

Ten film pokazuje szok, złość i bezradność wobec niespodziewanie odkrytej przez bohaterów prawdy o ich żydowskim pochodzeniu. Nie spotkałam się bezpośrednio z takimi sytuacjami, bo do naszego Beit Kraków przychodzą osoby, które już odkryły tę tożsamość i szukają pomysłu na jej kształtowanie i pogłębienie. Odkrycie żydowskich korzeni to dopiero początek budowania swojej tożsamości. I nie jest ono łatwe, bo zazwyczaj dana rodzina dawno już odeszła od celebrowania świąt i praktykowania kultury dnia codziennego. Tak więc odkrycie tej tożsamości trafia w pustkę, którą krok po kroku trzeba od nowa zapełnić. Im człowiek starszy, tym ten proces jest trudniejszy, bo ma już przecież mocno ugruntowane nawyki, poglądy, rytm życia. Bywa więc, że pytania „kim jestem”, „jak mam dalej żyć”, nabierają dramatycznego wyrazu. Tym bardziej, że wejście w judaizm nie polega na prostym stwierdzeniu: jestem Żydem.

Judaizm przenika każdy obszar życia nadając mu nowe, głęboko sakralne znaczenie. Chcąc praktykować judaizm, trzeba się też zmierzyć z wyzwaniami zewnętrznych okoliczności. Spotkałyśmy się w pierwszym miesiącu żydowskiego roku, w którym przypadają święta Rosz ha- Szana i Jom Kippur. Miesiąc ten jest bogaty w autorefleksję, jest czasem głębokiego duchowego namysłu i pytań o to, jak naprawić popełnione błędy. Wymaga to skupienia i ciszy. Ale jak osiągnąć ten stan, skoro w tym momencie nie wypadają w Polsce żadne święta, za to życie pędzi hałaśliwie z codzienną gwałtownością? Jak pogodzić oba te rytmy?

Pamiętam, jak czułam się wyobcowana będąc na Ukrainie w dniach, kiedy umierał papież Jan Paweł II. Pojawiały się na ten temat jedynie króciutkie informacje w głównych wiadomościach…

Dlatego tak ważna jest wspólnota, która pozwala poczuć przestrzeń sakralną i tworzyć zwyczaje umożliwiające jej przeżywanie. Prawdziwą głębię własnej tożsamości odczuwa człowiek dzieląc z innymi swoje radości, myśli, skupienie czy uwznioślenie.

Pochodzę z rodziny niepraktykującej, ale nasza żydowska tożsamość zawsze była głęboko ugruntowana. W Rosji było pod tym względem inaczej niż w Polsce. Co prawda zdarzało się, że ludzie zmieniali imiona i nazwiska, ale rzadko kiedy fakt żydowskich korzeni był głęboko ukrywany czy wręcz wypierany.

Czy tęskni pani za Moskwą?

Tęsknię za Izraelem, za słońcem, językiem hebrajskim, synem i przyjaciółmi. Do Rosji mam ambiwalentny stosunek. Z jednej strony jest to miejsce, w którym moja rodzina żyła od pokoleń. Poza tym zawdzięczam Rosji wspaniałą edukację, która w latach mojej wczesnej młodości była dostępna dla każdego. Nawet w zwykłych domach kultury zajęcia prowadzili wybitni artyści.

Niestety mój sentyment do Rosji jest osadzony w bolesnym kontekście. Wyjeżdżając stamtąd dwadzieścia lat temu doświadczyłam wielu upokorzeń ze strony radzieckiej biurokracji. Osoby emigrujące do Izraela spotykało wiele szykan, między innymi konieczność zrzeczenia się obywatelstwa. A przecież każdy człowiek powinien mieć niezbywalne prawo do pielęgnowania tożsamości i wybrania swego miejsca na Ziemi.

Pani już to miejsce znalazła?

Nie patrzę na swoje życie w kontekście geograficznym. Moim domem jest Izrael, ale Polska a konkretnie Kraków są teraz moją przystanią. Nie planuję, jak długo tu pozostanę i gdzie będę mieszkała potem. Jestem całkowicie skupiona na współtworzeniu bardzo jeszcze młodej reformowanej społeczności żydowskiej na Kazimierzu. Mam świadomość, że to praca na długie lata.

Jest w Traktacie Avot (2:21) powiedzenie „Lo alecha ha-m’lacha ligmor (Nie do ciebie należy ukończenie pracy)…”, które znaczy, że chociaż na człowieku nie spoczywa obowiązek całkowitego ukończenia zadania, to nie wolno mu go unikać. Czerpiąc siły z duchowych źródeł, mogę uporać się z chwilami zwątpienia. A te się zdarzają, bo w mojej działalności nie ma natychmiastowych i spektakularnych efektów.

Obszar ducha był chyba dla pani zawsze bardzo istotny. Przed studiami religijnymi zajmowała się pani sztuką, która jest niereligijną formą duchowości.

Jak sięgam pamięcią obszar sztuki był dla mnie prawdziwym domem, przestrzenią w której czułam się bezpieczna i szczęśliwa. Kiedy miałam pięć lat zobaczyłam przedstawienie w Teatrze Bolszoj. Do dziś pamiętam, że poczułam jakbym znalazła się w jakimś innym, cudownym świecie, którego język gorąco zapragnęłam poznać. Komunizm nie pozwalał, aby religia była stałym elementem codziennego życia. Na szczęście obszar sztuki stwarzał możliwość stawiania fundamentalnych pytań o sens, cel i nadrzędne wartości.

Czy dzisiaj będąc rabbą nadal czuje się pani artystką?

Sztuka i religia to obszary ducha, ale w sztuce nie ma miejsca na teologię. Dziś oba te różne, ale w jakiś sposób komplementarne światy, udało mi się połączyć. Wiem już, że prawdą jest to, co powiedział Rav Kook – sztuka to trening na przyjęcie świętości. Dzięki sztuce nasza dusza kwitnie. Bez duchowości nasze życie staje się jałowe. Duchowe doświadczenia ukazują nam sakralny wymiar materialnego świata.

Wracając do pani pytania, nie uważam, że kiedyś byłam artystką, a teraz jestem rabbą (rabinem). Oba te doświadczenia przeplatają się tworząc całość. Niektórzy znajomi dziwią się, dlaczego porzuciłam drogę artystyczną, a weszłam na religijną? A przecież to, co dzisiaj robię w Beit Kraków, jest kontynuacją moich wcześniejszych artystycznych poszukiwań. Nadal stawiam sobie pytania, kim jestem, co robię, dokąd idę i co to wszystko znaczy dla mojej duszy.

Wyreżyserowany przez panią spektakl „Tajemnice mojej babci” jest efektem tego splotu – artystyczne środki wyrazu w połączeniu z prawdziwą historią, ale również w oparciu o midrasz Eicha z Księgi Zohar. Dwie młode aktorki grające dwie tożsamości tej samej osoby w przejmujący sposób pokazują, jak trudno uporać się z polsko-żydowskim splotem w polskiej rzeczywistości.

Pracując nad tym spektaklem pragnęłam nie tylko przełożyć dramat ludzkiej egzystencji na język sztuki, ale również umieścić tę jednostkową historię na uniwersalnym tle. Posłużył mi do tego piękny, choć tragiczny, midrasz z kabalistycznej księgi Zohar. Mówi on o zniszczeniu świątyni w Jerozolimie. Ta paralela między tym, co jednostkowe a tym, co uniwersalne, pozwoliła ukazać w przedstawieniu, że za zniszczeniem materialnym idzie zniszczenie ducha. Ale jakkolwiek głębokie by ono nie było, cały czas rozbrzmiewa wezwanie Boga Izraela, jak zapisano w Torze: „I wystawią Mi świątynię, abym zamieszkał pośród nich” (Exodus 25:8).

Zadaniem współczesnej sztuki jest szokowanie, a pani wraca do antycznej tradycji sztuki jako duchowego misterium?

Jesteśmy dziś mistrzami rozdzielania i specjalizacji. Oddzieliliśmy naukę od sztuki, ciało od duszy. Oczywiście teatr nie jest świątynią, zaś świątynia nie jest teatrem. Ale musi być jakaś spójność pomiędzy różnymi obszarami życia.

Zależy mi na tym, aby sztuka była osadzona w głębszym kontekście niż tylko intelektualne wyzwanie czy estetyczne przeżycia. Pragnę żeby ludzie spotykali się z prawdziwą, żywą żydowską kulturą i sztuką, a nie ckliwą cepelią, która tylko utwierdza stereotypy. Jeżeli festiwale kultury żydowskiej sprowadzimy do egzotyki, to wyobrażenie o tej kulturze zatrzyma się na poziomie pokracznej drewnianej rzeźby przedstawiającej chasyda. Jakiś czas temu wystarczył sam fakt organizowania imprezy poświęconej kulturze żydowskiej, bo warto było chociaż przypomnieć, że ta społeczność tu kiedyś żyła. Ale dziś trzeba czegoś więcej. Czegoś, co nie będzie jedynie sentymentalną aluzją, lecz wytworem laboratorium życia.

Taki właśnie cel mają laboratoria midraszowe w Beit Kraków?

Tak, studiujemy wybrany z Tory fragment, zapoznajemy się z jego tradycyjnymi komentarzami, ale jednocześnie staramy się znaleźć artystyczny środek wyrazu dla tego religijnego przekazu. Podczas „Dnia Otwartych Drzwi Muzeów Krakowskich” (20 listopada) prezentowaliśmy w muzeum „Stara synagoga” obrazy Agaty Nowak, będące impresją na temat księgi Koheleta.

Chcemy żeby działania Beit Kraków były rozpoznawalne w szerszym gronie. Dlatego na spektakl „Tajemnice mojej babci” zaprosiliśmy gimnazjalistów z Kazimierza. Tożsamość polska i żydowska są nierozerwalnie posplatane jak korzenie olbrzymiego drzewa. To przecież na tej ziemi narodził się chasydyzm. I choć tragiczna historia i lata przemilczeń zniszczyły wiele, to głęboko wierzę, że nawet nasza nieobecność pełna jest utajonej energii.

Rabin Tanya Segal – pracuje w Polsce od grudnia 2007 roku. Początkowo jako rabin pomocnicza Beit Warszawa, obecnie w Beit Kraków. Urodziła się Moskwie, gdzie ukończyła wydział teatralny Uniwersytetu Moskiewskiego. W 1990 roku wyemigrowała do Izraela. W 2004 r. podjęła studia rabinackie na Hebrew Union College-Jewish Institute of Religion w Jerozolimie. Trzy lata później została ordynowana na rabina.

Fotografia: Rabin Tanya Segal podczas Szabatu Beitu Kraków w Żydowskim Muzeum Galicja, źródło: Wikipedia, licencja GNU, CC 3.0, Beitkrakow.

Numer 4(4) 2013, 21.01.2014