Utracona wrażliwość | Piotr Oszczanowski

Przez wieki na Śląsku współtworzono artystyczny dialog luterańsko-katolicki. Była to jedna z najpiękniejszych rywalizacji: na dzieła sztuki – mówi dr hab. Piotr Oszczanowski w rozmowie z Martą Bigdą

Marta Bigda: W przypadku protestantyzmu trudno chyba mówić o uwielbieniu sztuki…

dr hab. Piotr Oszczanowski: Luter, Melanchton, Kalwin – ojcowie protestanckiego Kościoła – faktycznie trzymali sztukę na dystans. Szczególnie kościelną. Standardem miało być nie złoto spływające obficie ze ścian, a człowiecze próby nawiązania relacji z Bogiem. O wadze przeżycia religijnego decydowała wszak intensywność wiary, a nie mury kościołów i ich ozdoby. Wspólna refleksja, lektura Biblii – oto główne punkty nabożeństwa.

Podziwianie dzieła rąk ludzkich miało drugorzędne znaczenie. Bo doskonałość i bezmiar Boga trudno zwizualizować dziełem jakby nie było zawsze ułomnych, bo ludzkich, rąk artysty-śmiertelnika. Tak naprawdę w kościele protestanckim nawet nie było za bardzo miejsca na sztukę – był tylko jeden ołtarz (1), nie było konfesjonałów, świętych nie uznawano, a więc i ich podobizny niepotrzebne… Co tu zdobić?

Słowem, protestanci kościoły mieli skromne.

Z jednej strony tak, wystarczy zobaczyć wnętrze Oude Kerk w Amsterdamie albo trochę bliżej, wrocławskiego dawnego kościoła dworskiego, czyli obecnie Opatrzności Bożej przy ulicy Kazimierza Wielkiego. Widać tam wręcz skrajną oszczędność, bo sztuka przecież rozprasza, jak uważał Kalwin. Ambona na wysokości i w miejscu ołtarza to punkt centralny – podkreśla rangę Słowa Bożego, które z tego miejsca jest upowszechniane. Z drugiej jednak strony mamy luterańskie Kościoły Pokoju w Świdnicy i Jaworze, które raczej do skromnych nie należą. Ale to jest właśnie ta wyjątkowość czy też specyfika nowożytnego Śląska.

Czyli jakieś przyzwolenie na zdobienia było? Czy też wspomniane kościoły nabrały blasku ze względu na symbolikę pokoju protestantów z katolikami, kończącego wojnę trzydziestoletnią?

Kalwin był w tym względzie surowy: wszelkie obrazy są wbrew przykazaniu o niestwarzaniu podobizn boskich. Natomiast Luter odnosił się do tego ze znacznie większą wyrozumiałością. Był świadom, że ludziom obcowanie ze sztuką jest potrzebne. Dlatego postanowił wykorzystać ją w celach dydaktycznych.

Luter uznał, że ludzie i tak będą sobie jakoś Boga wyobrażać. Taka jest ich natura. Stąd jego współpraca z Lucasem Cranachem Starszym, której owocami są prawdziwe arcydzieła – kanoniczne tematy, alegorie, a nawet postaci historyczne, jakie umieszczał w przedstawieniach chociażby „Ostatniej Wieczerzy”. W założeniu Lutra człowiek oglądając lepiej zrozumie. Był wierny zasadzie sola scriptura, jednak z drugiej strony zdawał sobie sprawę z ludzkich słabości. Nie odrzucił sztuki w walce o człowieka i jego drogę do zbawienia.

Może raczej w walce o rząd dusz?

Jak najbardziej. Kunsztowność i bogactwo artystyczne kościołów katolickich robiły wrażenie na wiernych. Dzisiaj, w dobie przekazu masowego, tego nie rozumiemy. Luter postanowił jednak, że jeżeli już ma użyć tego narzędzia – sztuki w formie obrazu – skupi się na wartości merytorycznej. To znaczy, że obrazy mają nauczać, tłumaczyć i utwierdzać w wierze. Nawet martwa natura nie jest jedynie popisem malarskich umiejętności.

Oddanie prawdy jest niezwykle istotne, więc taki obraz będzie w szczegółach odzwierciedlał rośliny z wręcz naukową precyzją. Zadając sobie trochę trudu możemy je zidentyfikować, tak wiernie są oddane! Fantazyjny bukiet przypomni patrzącemu jednak także o vanitas, o przemijaniu. Piękno urzeka i fascynuje, ale przemija, jest czasowe. Człowiek, tak jak roślina – rozwija się, dojrzewa i obumiera. Osiąga swoje apogeum piękna i urody, ale z czasem je traci. Podobne znaczenie miały na przykład motyle czy inne owady w kompozycji martwych natur – chociaż także piękne, to niczym jak ćma lecą do ognia ku swemu zatraceniu. Ustawicznie przypominać nam mają o naszej znikomości. O tym, że jesteśmy li tylko epizodem w historii świata.

Wygląda na to, że aby zrozumieć malarstwo inspirowane protestanckim podejściem do świata, trzeba być odpowiednio wyedukowanym.

Jeżeli miało się kontakt z Biblią na co dzień, jak zakładał Luter, powinno się być w stanie zrozumieć przekaz tych dzieł. W końcu nie chodziło tu tylko o wartości wizualne czy emocje albo wyrafinowanie, ale o źródło idei, jakim jest Biblia.

Tak naprawdę najbardziej ukochaną przez protestantów sztuką była literatura. Przecież Luter przetłumaczył Biblię na swój język narodowy. Narracja była podstawą, a erudycja – wartością. Do tego potrzebna była wiedza, a jakże, a także intelekt. Takim też podejściem musiał odznaczać się malarz, który chciał czerpać inspirację z protestantyzmu. Sam Luter powiedział, że jeżeli na fasadach domów malowano by biblijne przypowieści, to by temu przyklasnął. Według niego obcowanie ze sztuką o wartości dydaktycznej wzbogaca człowieka. Pobudza go do refleksji.

Czyli sztuka reformacji opierała się na sile i mądrości opowieści biblijnej. Co jeszcze się zmieniło?

To bardziej zasługa renesansu, ale protestantom wielce to odpowiadało. Rzecz dotyczy zmiany proporcji pomiędzy Bogiem a zwykłym śmiertelnikiem. W średniowieczu była to zawsze relacja hierarchiczna – postaci Boga, Chrystusa czy też świętych dominowały nad sylwetkami ziemian, ich wielkość była wręcz dowodem boskiego pochodzenia. W XVI wieku już tego unikano. A z racji, iż w luteranizmie daje o sobie znać duch demokracji, to coraz częściej ukazywano zwykłego człowieka jako partnera Boga. Stąd też na luterańskich ołtarzach czy epitafiach w postaci ewangelistów czy apostołów wcielali się zwykli śmiertelnicy. Inna rzecz, że byli to z reguły reprezentanci elit danej społeczności – książęta, rajcy, wybitni teolodzy.

Czy jakieś dzieło inspirowane myśleniem protestanckim szczególnie utknęło panu w pamięci?

Trudno mówić tu o jednym dziele. Jednym z nich jest „Powrót syna marnotrawnego” Rembrandta. Dramat rysujący się na tym obrazie naprawdę robi wrażenie. Ale trudno mówić o jednym obrazie, ponieważ zaraz przypominają mi się inne. Przecież sztuka zupełnie inaczej wyglądała we Francji, Holandii, Polsce czy w Niemczech… A we wszystkich tych krajach można znaleźć dzieło, którego nie uda się potem zapomnieć.

A co z Wrocławiem, pańskim rodzinnym miastem?

I znów trudno mówić tu o pojedynczym artyście i jego dziele. Tym bardziej, że jeszcze trudniej mówić o protestantach malujących tylko dla protestantów. Wrocław ma swój genius loci, a przez swoją „przygraniczną” otwartość i status tygla kulturowego już wtedy odznaczał się sprzyjającą aurą dla wymiany wszelkich światopoglądów. Reformacja nie była tutaj żadnym przypadkiem, a wręcz koniecznością dziejową. W XVI-XVIII stuleciach działali na tych terenach malarze, których można nazwać protestanckimi, ale jeszcze bardziej miejskimi. Miasto było wówczas luterańskie.

Nie oznacza to jednak, że nie pracowali też dla katolików. Właśnie w tych wiekach wyznający nauki Marcina Lutra rzeźbiarze czy też złotnicy (np. Gerhard Hendrik z Amsterdamu, Caspar Pfister czy też Fabian Nitsch) wypełnili swoimi znakomitymi realizacjami najważniejszy katolicki kościół Śląska, czyli wrocławską katedrę! I chociaż katolicy skupili się głównie wokół Ostrowia Tumskiego, nie znaczy to, że nagle wyrósł wielki mur oddzielający ich od reszty miasta. Jeśli katolicki biskup, prałat czy nawet zwykły ksiądz zamawiający i płacący za dzieło sztuki, dostarczyli jego program ideowy, protestanci tym chętniej dla nich pracowali.

Można powiedzieć, że protestanci i katolicy nie bali się dialogu.

Przez wieki na Śląsku współtworzono jedyny w swoim rodzaju artystyczny dialog luterańsko-katolicki. Była to jedna z najpiękniejszych „rywalizacji”, jaką sobie można wyobrazić – na dzieła sztuki, na siłę ich oddziaływania na człowieka. To był spór, nieraz zażarta polemika, wizualna perswazja. Ale czy nie można powiedzieć z perspektywy czasu, iż „pięknie się różnili”? Niestety, dzisiaj ta czytelność czy też obecność dawnej sztuki luterańskiej na terenie Śląska jest doprawdy mocno ograniczona. Śladów kultury protestanckiej jest bowiem doprawdy niewiele.

Gdy w 1945 roku w śląskich miastach, miasteczkach i wsiach zastawano najczęściej po dwa kościoły – protestancki i katolicki – ci, którzy tutaj przybyli, nie byli w stanie, bo najzwyczajniej w świecie nie mieli takiej możliwości i potrzeby, aby wykorzystać także te pierwsze. Nieraz miały miejsce próby ich przystosowywania. Usuwano ołtarz ambonowy, na miejscu którego pojawiał się obraz kultowy. Wiele z tych kościołów popadło jednak w ruinę. Gdzie ci luteranie, którzy mogli roztoczyć nad nimi opiekę? Ich po prostu tutaj już w tej liczbie nie było. Mała ich garstka przybyła po wojnie ze wszystkich stron dawnej Rzeczypospolitej i mogła zaopiekować się tylko nielicznymi świątyniami. I taki stan rzeczy pozostaje do dzisiaj.

Wiemy już jak się sprawa miała z obrazami. Co jednak z muzyką?

Jak mawiał Luter, „Kto śpiewa, modli się dwa razy”. Dla niego była bardzo ważna, i to zarówno w przypadku kameralnego zacisza domowego, jak i w publicznej liturgii protestanckiej. Muzyka w swej uniwersalności to medium wręcz doskonałe, idealne, pozbawione tak dużych – jak w przypadku sztuk plastycznych – podtekstów konfesyjnych.

Jednym chyba z najlepiej znanych twórców jest oczywiście Jan Sebastian Bach, którego kompozycje organowe wspaniale dopełniały nabożeństwa. Ponieważ jednak muzyka nie jest moją specjalnością, pozwolę sobie zakończyć stwierdzeniem, że szkoda, iż mamy dzisiaj – niestety – o wiele słabszą wrażliwość zmysłów w porównaniu do naszych przodków. Oni chyba łatwiej znajdowali radość w obcowaniu ze sztuką, bogactwem koloru, wirtuozerią kompozycji, erudycją treści czy też z wyrafinowanym brzmieniem dźwięku.

dr hab. Piotr Oszczanowski – adiunkt w Zakładzie Historii Sztuki Renesansu i Reformacji Instytutu Historii Sztuki Uniwersytetu Wrocławskiego

Czytaj także: Reformacja a obrazy

(1) Ołtarz bądź Stół Pański – przyp. red.

Fotografia: archiwum autora.

Numer 3(3) 2013, 04.12.2013