Dlaczego protestantyzm nie jest atrakcyjny dla Polaków | Tomasz Mincer

Kościół katolicki wydaje się doskonale odpowiadać potrzebom i zapatrywaniom Polek i Polaków. Nie znaczy to jednak, że podążają oni ślepo za jego wykładnią Ewangelii. A tym bardziej, że zgadzają się z wszystkim tym, co powiedzą i napiszą polscy biskupi. Ale – takie odnoszę wrażenie – żaden inny Kościół nie da moim rodakom tyle wolności, łącznie z tą, by mimo groźby ekskomuniki się z nim fundamentalnie nie zgadzać i mu przeczyć całym swoim życiem.

Czy to znaczy, że tak kontrolna z natury instytucja, jaką jest Kościół rzymskokatolicki, nie potrafi… kontrolować? Czy świadczy to może o jej wielkoduszności i ponadprzeciętnej wyrozumiałości dla słabości ludzkiej? Czy o wygodnictwie, lenistwie duchowym jej wiernych, a może zdrowym rozsądku, mądrości umiaru w egzekwowaniu własnych przepisów, przykazań, praw jej liderów? Pozostawię te wątpliwości bez odpowiedzi.

Można jednak spróbować nakreślić odpowiedź na inne pytanie. Dlaczego Kościół katolicki jako religijna instytucja najbardziej Polakom odpowiada? Otóż jest to Kościół duży, w którym – jeśli nie mieszkasz na wsi – zapewniono ci anonimowość. W którym jesteś tylko jednym z wielu milionów, a zatem prawie nic nie musisz. Nie masz żadnych poważniejszych obowiązków. Nic od ciebie nie zależy, nie jesteś na świeczniku. Możesz w nim wegetować od kołyski aż po grób. Przecież nie jesteś papieżem, zwłaszcza św. Janem Pawłem II, który za całą resztę wspólnoty rzymskokatolickiej niósł wielkie brzemię „bycia prawdziwym katolikiem”. On już tego dokonał. Tobie wystarczy być.

Dlatego właśnie protestanci nie będą dla większości katolików żadną „perspektywą”. Powód jest prosty i brzmi jak marketingowy komunikat. Zostając protestantem nad Wisłą, stajesz się od razu kimś, i to kimś w rodzaju ambasadora czy polityka. Masz zadania do wykonania, wszyscy cię widzą, oceniają. Czasem musisz się też podobać innym jak polityk. Nawet jeśli wcale nie masz na to ochoty. Jeśli politykami i sposobem ich zachowania gardzisz.

Stąd też trudno napisać tego typu tekst, bo tak łatwo spotkać się z zarzutem atakowania czy szydzenia z katolików i katolicyzmu. I niełatwo w Polsce trzymać się maksymy Kalwina: „szukajmy prawdy nie unosząc się afektem, bo tylko tak można ją znaleźć”. Jak pisał Pikardyjczyk, a słowa to aktualne, „i za naszych czasów widzimy pewne indywidua opanowane pasją szaleństwa, kąsania innych i pomiatania nimi, a skoro tylko tknie się je palcem, wszczynają krzyk, że rozrywa się jedność Kościoła i gwałci wolność”. Żaden chrześcijanin nie chce być posądzony o rozrywanie jedności Kościoła powszechnego. I żaden nie chce być oskarżony o sączenie jadu.

Idźmy dalej. Kościół katolicki jest w Polsce tak wielki i tak wielu w nim ludzi, instytucji, inicjatyw, że nawet jeśli ktoś popełnił przestępstwo czy nadużył zaufania albo zaczął głosić dziwne poglądy, zawsze znajdzie się tych kilka poczciwych dusz, jak Tischner czy Życiński, Boniecki czy Gużyński. Dusz, które wykorzystasz do zapewnienia sobie komfortu i poczucia słuszności trwania we wspólnocie rzymskiej. Mimo że w tej wspólnocie wypowiedzi skrajnie odmienne duchem muszą współistnieć ze sobą pod egidą pozornej jedności doktryny.

Na koniec owego samoupewnienia pozostaje jeszcze argument praktyczny. Czy myślącym, otwartym katolikom nie lepiej jest robić ferment w największym Kościele? Kościele, który ma największy wpływ na społeczno-polityczną rzeczywistość? Bardziej to racjonalne, a przede wszystkim pragmatyczne, niż zajmowanie się życiem efemerycznych wspólnot.

Tak, protestantyzm w Polsce, choćby nie wiem jak był fajny, to wcale mu ta „fajność” w misji nie pomaga. Protestantyzm, w tym ewangelicyzm, jest za bardzo konkretny, mimo często teologicznej wolności i niejednoznaczności. Jest za bardzo uczciwy, mimo skażenia instytucjami i ludźmi. Jest zbyt szczery i angażujący, mimo tchórzostwa, niezborności jego elit i budzącej niesmak czy może poczucie rezygnacji aktywności niektórych zborowników.

Kościół katolicki jest za to jak duża ciepła kołdra. Otula jak łono matki. Wystarczy się nią przykryć i zapaść w głęboki sen. Poddać się i zapomnieć o woli, poglądach, niekonsekwencjach. Nic więcej nie potrzeba, by przespać błogo całe życie. Protestantyzm bardziej przypomina zgrzebne posłanie młodych Spartan. Nie dość, że niewygodne, to jeszcze trzeba samemu je sobie przygotować, rwąc trawę nad brzegami duchowego Eurotasu.

Dlatego właśnie protestantyzm nie jest atrakcyjny dla obywateli naszego kraju. Ale to jeszcze nie znaczy, że taki stan musi trwać wiecznie.

Tomasz Mincer – redaktor naczelny Miesięcznika Ewangelickiego

Ilustracja: (c) Kru

Numer 7-8 (27-28), 22.07.2015