O problemach z rocznicami | Kazimierz Bem

Rocznice od początku wpisane są w istotę chrześcijaństwa. W sakramencie Wieczerzy Pańskiej wspominamy (choć nie tylko) mękę i śmierć naszego Zbawiciela. Z czasem do tej pierwszej pamiątki dodaliśmy inne święta kościelne, potem rocznice świętych. Do XVI wieku tak się ich namnożyło, że rok liturgiczny przypominał jedne wielkie wypominki: jeśli nie Jezusa, to Marii, jeśli nie matki Jezusa, to świętej Praksedy, świętego Malachiasza, Morfeusza. Upraszczając – Kościół Jezusa Chrystusa zamienił się w organizację sprawnie obchodzącą rozmaite rocznice.

Reformacja próbowała z tym zerwać i w wielu Kościołach tradycje świętych zarzucono w ogóle. Jednak rzeczywistość nie znosi próżni. W 1617 roku przy okazji setnej rocznicy wystąpienia Marcina Lutra uroczyście wspominano zakonnika-buntownika. Katolicy ciskali gromy na luteranów, luteranie na książąt, którzy licznie przy tej okazji przechodzili na kalwinizm (np. Hohenzollernowie w Prusach, Piastowie w Brzegu i Legnicy).

100 lat później obchody 200-lecia reformacji odbywały się w atmosferze zagrożenia już nie kalwinizmem, a katolicyzmem. Elektor Saksonii, kolebki protestantyzmu, znany nam jako August II właśnie nawrócił na katolicyzm swojego syna i następcę (Augusta III). Obawiano się, że August II nosił podobne zamiary co do reszty Saksonii i obchody przybrały wyraźnie antykatolicki charakter.

Kolejne okrągłe rocznice (1817, 1917) miały charakter bardziej stonowany: Europa albo zakończyła, albo toczyła krwawe wojny. Do obchodów brakowało chęci i energii.

W 2015 roku Zjednoczony Kościół Kanady – jeden z największych i najskuteczniejszych eksperymentów ekumenicznych XX wieku – obchodził swoje 90-lecie. Z kolei w 2016 roku moja parafia Zjednoczonego Kościoła Chrystusa (USA) wspomina 350-lecie swojego istnienia i misji. W 2017 roku wielu duchowych potomków Lutra, Melanchtona, Kalwina i Zwingliego świętować będzie 500-lecie reformacji.

Po co nam rocznice?

Postawmy sobie pytanie: po co te wszystkie obchody? Ludzie na ogół lubią świętować i nawet gdy się starzeją, celebrują urodziny, czasami wręcz z narastającą, a nie słabnącą werwą. Wspominamy lepsze, młode lata, pełne zapału, nieraz naiwności, miłości, pasji i przede wszystkim nadziei. Choć na chwilę staramy się wykrzesać z siebie miniony zapał, entuzjazm. Podobne motywacje przyświecają nam, gdy pragniemy uczcić ważne wydarzenie z historii Kościoła.

Kiedy w 1925 roku powołano w Toronto Zjednoczony Kościół Kanady jako unię metodystów, prezbiterianów oraz kongregacjonistów liczył on ok. 25 proc. populacji kraju i miał ponad 600 misjonarzy na całym świecie. Uważano, że powstanie ZKK będzie pierwszą z wielu unii kościelnych, które zagoją rany dawnych podziałów, a sam ZKK doprowadzi do urzeczywistnienia ideału chrześcijańskiej Kanady.

Gdy minionego lata Kościół ten zebrał się na swoim 42. synodzie nastroje były raczej minorowe. Co tydzień zamykane są dwie parafie; liczba wiernych spadła z 1,5 miliona do ok. 450 tys. członków, a z Kościołem identyfikuje się tylko 5,7 proc. kanadyjskiego społeczeństwa. Jak na ironię (gorzką) w czasie obrad synodu na emeryturę przeszła ostatnia para zagranicznych misjonarzy tego Kościoła i obecnie pracuje już tylko jedna misjonarka. W tym samym czasie obradowano wokół tematu: czy można pozbawić urzędu pastorkę, która nie wierzy w osobowego Boga i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa.

Zanim rzucimy się ciskać kamienie na liberalny Kościół w Kanadzie i w ogóle na „zgniły Zachód”– zapytajmy sami siebie, co też my w Polsce będziemy obchodzić w 2017 roku? Struktury administracyjne naszych ewangelickich Kościołów przypominają zarówno ustrojem, jak i biurokracją te z XIX wieku. Różnica jest taka, że wówczas ewangelików reformowanych było ok. 10 tys., a ewangelików augsburskich 300 tys. Dziś zaś jest ich odpowiednio 1,5 tys. i 60 tys.

W kwestii rocznic kościelne czasopisma nie próżnują i często przypominają opatrzone zdjęciami jubileusze ordynacji, objęcia urzędu, złożenia urzędu, wreszcie: rocznice rocznic ordynacji. Pobieżna lektura stron internetowych ewangelickich parafii sprowadzi osobę nic o nas nie wiedzącą do wniosku, że oprócz nabożeństw Chrystus kazał nam studiować Biblię, urządzać koncerty organowe oraz obchodzić rocznice duchownych.

Jak świętować?

Przed wspomnianym 42. synodem Kościoła Kanady historyczka Kościoła i jego zaangażowana członkini Phyllis Airhart opublikowała świetny artykuł: „Czy wciąż wierzymy, że coś istotnego jest przed nami?” (1). Bez pudru, bez niepotrzebnej nostalgii spokojnie opowiedziała o tym, jak tworzono jej Kościół. U jego zarania znaleźli się ludzie głęboko wierzący w misję i nauczanie Jezusa Chrystusa. Dla tego nauczania prezbiterianie, metodyści i kongregacjoniści zrezygnowali ze swoich struktur, by razem tworzyć coś nowego, w nowej rzeczywistości, i by w niej głosić Dobrą Nowinę.

Dziś po 90 latach Kościół znów znalazł się w innej rzeczywistości. Stoi przed nowymi wyzwaniami. I przestrzega, że zamiast przeżywać, czy tym bardziej celebrować, swój nieuchronny zanik i wymarcie (w polskiej wersji jest to słynna, acz zupełnie nonsensowna bajka o „dobrych perfumach, których jest mało, ale są świetne”), odważyć się znów na coś nowego. Zamiast z nostalgią wspominać przeszłe dni, zwrócić się do Tego, którego rzekomo głosimy od 500 lat, a który powiedział, że będzie z nami aż do końca świata.

Perfumy, nawet najlepsze, zwietrzeją. Budynki, nawet najpiękniejsze, obrócą się w pył. Królestwa upadną, a dynastie wymrą. Jeśli obrócimy 500-lecie reformacji w obchody przeszłej chwały, święto nostalgii czy – co widzę często w polskim protestantyzmie – okazję do teologicznego, cywilizacyjnego czy intelektualnego wywyższania się nad katolicyzmem – to stracimy szansę daną nam od Boga. Będzie to raczej inauguracja obchodów wymierania naszych Kościołów.

Ale jeśli uwierzymy, że coś istotnego jest ciągle przed nami – coś, co nie sprowadza się do czarnej togi i białych befek, superintendentów w randze biskupa, dorocznej fotki z prezydentem czy premierem, koncertem organowym – coś, do czego powołał nas Chrystus nie przed 500, ale przed 2000 lat, to wówczas i tylko wówczas nasze obchody 500-lecia reformacji będą coś warte.

Warto popracować nad sobą. Warto obchodzić właściwie rocznicę reformacji.

(1) Phyllis Airhart, „Do we still believe that something vital is in the making?”, ucobserver.org, dostęp 01.03.2016.

Kazimierz Bem – doktor prawa, pastor ewangelicko-reformowany w USA, absolwent Uniwersytetu Yale

Numer 12/2015-1/2016(32-33), 26.03.2016