Pokusa antykatolicyzmu i protestancki sen o potędze | Tomasz Mincer

Są ludzie i środowiska, które chętnie przykleiłyby nam łatkę antykatolików. Ot, wystarczy napisać coś krytycznego o największym Kościele w Polsce i już wiadomo, że to jacyś zakompleksieni sekciarze chcą podreperować poczucie własnej wartości.

Trzeba jednak umieć odróżnić rzeczową krytykę od pieniactwa. Na takie rozróżnienie stać jedynie tych, którzy zachowują dystans do siebie i własnej sprawy. Wierzę, że środowisko Miesięcznika Ewangelickiego na taki dystans i autokrytycyzm stać.

Nie oznacza to jednak, że jesteśmy ślepi na zjawisko, które można by nazwać protestancką pokusą antykatolicyzmu. Mimo wieków, które upłynęły od wojen religijnych i burzliwych sporów w łonie zachodniego chrześcijaństwa, mimo dialogu ekumenicznego i gestów – pięknych, acz często pustych – w głowach tzw. statystycznych protestantów znaleźć można »wykwity« pogardy wobec innych chrześcijan. Chowają się one niekiedy pod płaszczykiem kąśliwych żartów. Ale ta odmiana antykatolicyzmu jest stosunkowo niegroźna.

To, co jest faktycznie groźne, to autentyczna pogarda, która bywa że pozostaje niewypowiedziana. I po cichu rozplenia się po ciele jak nowotwór. Rak duszy.

Nie bez znaczenia są przyczyny tej choroby. I motywacje, które powodują, że chory nie decyduje się na leczenie.

Z czego więc ta choroba duszy wynika? Sądzę, że z niespełnionego snu o potędze protestantyzmu w Rzeczypospolitej. Z jego niezaistniałej kulturowej dominacji.

Czyż nie jest bliska niejednemu ewangelikowi opinia, że „Polska byłaby piękniejsza i bogatsza, gdyby nie ten straszny, zaściankowy katolicyzm, który zdusił nad Wisłą reformę Kościoła”? Albo jeszcze bardziej ahistorycznie: „nie doszłoby do zaborów, gdyby istniał Polski Protestancki Kościół Narodowy”.

A przecież ta nieznośna „ciężkość” bytu protestanta – owo poczucie porażki – nie może brać się ze wspomnień jakichś niesamowitych prześladowań. Przy całym szacunku dla faktycznych ofiar przemocy na tle wyznaniowym odnotowywanej w dziejach I Rzeczypospolitej, nie da się porównać naszego „państwa bez stosów” do zachodniej Europy z doby wojen religijnych.

Reformacja w Polsce przegrała nie z powodu jakichś rzezi i tortur. Przegrała, bo – jak w przypowieści o siewcy – ziarno padło na miejsce skaliste, gdzie ziemi dobrej i głębokiej było niewiele. Liczyły się szlacheckie urzędy, awanse, a nade wszystko święty spokój. Co konkurencja – jezuici – skrzętnie wykorzystała. Szacunek należy się więc przede wszystkim tym, którzy własne kariery gotowi byli poświęcić na rzecz wierności przekonaniom. Ich ziarno wydało plon – może nie stokrotny, ale wystarczający, żeby ewangelicyzm w Polsce przetrwał mimo rozmaitych przeciwności i zawirowań dziejów.

Co pozostaje więc zgorzkniałym i lubującym się w sennych marzeniach? Na osłodę przywołać mogą szlachetne jednostki, wybitnych przedstawicieli polskiej reformacji, humanistów, społeczników i ich duchowych następców z późniejszych epok. Tylko czy ci nabożnie wspominani rycerze słusznej wiary byliby nam wdzięczni za to, że wykorzystujemy pamięć o nich w sposób czysto instrumentalny? Że wielkimi nazwiskami brukujemy sobie drogę do ideologicznego piekła? A ujmując rzecz wprost: czy należy traktować bohaterów reformacji niczym oręż w walce z bliźnim chrześcijańskim?

Niezależnie jednak od (bez)sensowności wszelkich ahistorycznych opinii, traktowane jako dogmat przynieść mogą zgubne dla duchowości skutki. Wywyższanie jakiegoś partykularnego Kościoła i jednoczesne poniżanie innych Kościołów lokalnych kompletnie zniekształca uniwersalne przesłanie Ewangelii skierowane do wszystkich narodów świata.

Dlatego dobrze się stało, że tekst w duchu walki „o protestantyzm kosztem katolicyzmu” udostępnił nam jeden z naszych krytycznych czytelników, za który w imieniu redakcji dziękuję. Jego Autor, Józef Ryniowski, nie ukrywa niechęci, ujmując eufemistycznie, do rzymskiego katolicyzmu.

Głęboko się z tezami Ryniowskiego nie zgadzamy. Pewnie łatwiej takie głosy zwyczajnie zignorować, wyśmiać i pozwolić na wzrastanie resentymentu. Tak się jednak nie stanie. Rękawicę w imieniu redakcji podjął Tomasz Piątek. Osoba, która często uchodzi za antykatolika właśnie.

Tomasz Mincer – redaktor naczelny Miesięcznika Ewangelickiego

Numer 9(29) 2015, 15.09.2015