Prawo już mamy. A kiedy misja? | Kazimierz Bem

Sensem działania Kościoła, zwłaszcza tak małego jak KER, nie może być nieustanna debata o prawie wewnętrznym. Prawo wewnętrzne ma służyć misji Kościoła – z ks. dr. Kazimierzem Bemem rozmawia Tomasz Mincer

Tomasz Mincer: Od stycznia 2015 roku w Kościele ewangelicko-reformowanym w RP obowiązuje nowe prawo wewnętrzne. Prace nad nim trwały wiele lat. Jakie były Twoje pierwsze odczucia na temat tej nowelizacji?

ks. dr Kazimierz Bem: Zastanawiam się, czy to była kwestia najbardziej paląca w Kościele, szczególnie biorąc pod uwagę topniejącą liczbę wiernych i parafii. I czy dotychczasowe prawo KER zupełnie nie przystawało do rzeczywistości, tak że trzeba było poświęcić aż tyle czasu i energii na pracę nad nowym.

Druga myśl wynika z pierwszej wątpliwości – czy to, co ostatecznie otrzymaliśmy, jest tym na co – kolokwialnie mówiąc – ludzie mieli ochotę? Po pierwszej lekturze przypomniał mi się komentarz mojego profesora od prawa konstytucyjnego: w krajach, w których panuje swego rodzaju kultura prawna, konstytucje są krótkie, lakoniczne. Natomiast tam, gdzie wspomniana kultura jest niska albo tam, gdzie brak jest zaufania jednych organów do drugich, konstytucja jest zawsze długa i przegadana.

A to pewnie mówił profesor anglosaski…

Oczywiście! Ale nie zmienia to faktu, że miał rację. Tę samą uwagę można odnieść również do nowego prawa KER. Poprzednie prawo było krótsze. Obecne jest momentami niezwykle szczegółowe. Pojawia się pytanie, czy przypadkiem ta szczegółowość niektórych zapisów nie wynika z braku zaufania ludzi do siebie nawzajem. Jeżeli ta moja diagnoza jest poprawna, to czy najlepszym sposobem na wzbudzenie zaufania w Kościele jest zmiana prawa?

Warto zwrócić uwagę na fakt, że kadencje są sztucznie długie. Ewangelicy reformowani w Polsce stanowią niewielką społeczność…

…i to miała być właśnie odpowiedź na tę niekorzystną sytuację.

Ale to jest, niestety, odpowiedź najgorsza z możliwych! Wystarczy sprawdzić, kto w ciągu ostatnich dziesięciu lat zasiadał w rozmaitych gremiach kościelnych. Nie chodzi o to, że to są osoby niekompetentne, tylko że całość sprawia wrażenie rotacji tych samych ludzi na różnych stanowiskach, a nam potrzeba świeżej krwi i wymiany pokoleń.

Niesłychanie długa jest kadencja superintendenta (biskupa) – 10 lat – z możliwością wyboru na kolejne dziesięć. Zresztą czy w naszej konkretnej sytuacji – demograficznej, instytucjonalnej i teologicznej – w ogóle potrzebujemy superintendenta? Skoro chcemy zachować możliwość weryfikowania sprawującego funkcję biskupa, to nie lepiej byłoby wprowadzić kadencję 5-letnią? Dziś przy dwudziestoletniej posłudze jednego biskupa w przypadku, gdy trafi się osoba niekompetentna, może to doprowadzić Kościół do kryzysu. I zniechęcić całe pokolenie do pracy w Kościele. Dwadzieścia lat to jest de facto całe pokolenie!

Podobnie problematyczna wydaje się kadencja prezesa synodu. Teraz ma być czteroletnia, a tradycyjnie w naszym, reformowanym Kościele, była ona jednoroczna albo trzyletnia! Skoro w preambule tradycja jest mocno dowartościowana, to powinniśmy być konsekwentni. Jeśli jednak chcielibyśmy mieć dłuższe kadencje, to powinniśmy uniemożliwić ponowny wybór tych samych osób. Chyba że właśnie taki cel przyświecał prawodawcy – aby wciąż te same osoby pozostały na stanowiskach i by było „dobrze tak, jak jest”. Ale skoro jest tak dobrze i świetnie, to po co ta nowela prawa wewnętrznego?

Nowe prawo jest faktycznie dłuższe od poprzedniego. Po części wynika to jednak z uwzględnienia tych zagadnień, które dotąd w prawie nie były dostatecznie określone. Przykładowo uregulowano sytuację diaspory w Kościele, podobnie – urząd diakona.

Pytanie tylko, czy diakon jest urzędem? I czy zmiany w tej dziedzinie poprzedziła szersza debata teologiczna? Kiedy spojrzeć na historię naszego Kościoła, my reformowani tak naprawdę nie możemy się zdecydować, czy diakon to faktycznie osobny urząd.

Na posiedzeniach synodu jakaś debata się odbyła.

Zerknijmy do prawa. W artykule trzecim czytamy: „Do realizacji swych zadań Kościół ustanawia urzędy: duchownego (sługi Słowa Bożego), starszego (prezbitera), diakona”. Trzymając się klasycznej teologii reformowanej i zakładając nawet, że diakon jest osobnym urzędem przepis powinien brzmieć: „Kościół ustanawia urzędy starszego: świeckiego i duchownego oraz diakona”. Posługa starszego-duchownego różni się pewnymi cechami od starszego-świeckiego, natomiast de facto jest to jeden i ten sam urząd według teologii reformowanej! A z przepisu znowelizowanego prawa wynika, że mamy trzy urzędy. Czyli nagle po 400 latach w polskim Kościele reformowanym doczekaliśmy się „stanu duchownego”! Dziw nad dziwy!

Wrócę na moment do ogólnego kształtu nowego prawa. Pamiętam, że podczas synodalnych dyskusji ks. Krzysztof Góral zwrócił uwagę na następujący problem: czy lepiej, żebyśmy mieli wielkie, szczegółowe prawo, czy może warto, żebyśmy mieli coś w rodzaju krótszej konstytucji i do tego szereg regulaminów. Gdy patrzę na ostateczny efekt, to jednak żałuję, że nie mamy prostego, nierozbudowanego prawa wewnętrznego, które byłoby łatwiejsze do uchwycenia dla każdego wiernego Kościoła.

Moim zdaniem wystarczyło nieco znowelizować dotąd obowiązujące prawo, dostosować regulaminy i wykształcić w sobie dobrą praktykę, taką „kulturę życia w Kościele”.

Czy jednak ostateczny kształt tej nowelizacji nie pokazuje jakiejś ogólnej tendencji – inflacji prawa, wkraczania prawa w coraz bardziej szczegółowe dziedziny życia społeczności, organizacji? I że Kościół podlega również tego typu procesom?

Nasz Kościół nie żyje w próżni, również w kontekście współistnienia z innymi Kościołami chrześcijańskimi. Niemniej wydaje mi się, że Kościół jako miejsce refleksji mógłby powiedzieć, że nie ma potrzeby regulować wszystkiego w tak wielkim stopniu. W kontekście wspomnianej kultury bycia w Kościele – i w ogóle w społeczeństwie – jeśli ludzie będą wobec siebie nieuprzejmi, jeśli kłamią, mszczą się – słowem: nie okazują sobie wzajemnie szacunku, to żadne, nawet najlepsze prawo nie przyniesie oczekiwanego pożytku.

Co jeszcze zwróciło Twoją uwagę?

Preambuła jest całkiem niezła. Dobrze, że wymieniono Światową Wspólnotę Kościołów Reformowanych (art. 8).

Problematyczny jest natomiast art. 33. Okazuje się, że duchownym może być osoba, która została ordynowana przez biskupa. Powstaje pytanie, czy wszyscy duchowni Kościoła ewangelicko-reformowanego w RP zostali faktycznie ordynowani przez biskupa tego Kościoła? Wyjściem z tej trudnej sytuacji może być przyjęcie zasady, że nowe prawo nie działa wstecz – ale to wcale nie jest oczywiste. Na przyszłość jednak możliwość „transferu” duchownych z innych Kościołów – w Polsce czy za granicą – jest zamknięta. Ciekawe, po co ten przepis w ogóle się tam znalazł?

Wiemy, że prawo reguluje sposób funkcjonowania poszczególnych organów kościelnych. Jaka jest rola prawa kościelnego w życiu wiernego?

W Kościele reformowanym wskazuje się na trzy znaki prawdziwego Kościoła: Słowo Boże jest prawdziwie głoszone, sakramenty właściwie sprawowane i istnieje tzw. dyscyplina kościelna, która jest egzekwowana. Wiadomo, że prawo wewnętrzne Kościoła jest taką naszą ogólną dyscypliną kościelną.

Ksiądz superintendent Władysław Semadeni napisał kiedyś, że dyscyplina kościelna nie ma być wyłącznie środkiem, ale również celem. Z kolei według Kalwina możemy mówić o trzech sposobach rozumienia prawa i jego funkcji: przypomina nam, jakie są nasze prawa i obowiązki; dyscyplinuje innych, np. co do wypełnienia określonych zobowiązań nałożonych przez kolegium; mobilizuje nas do życia w świętości.

Jak prawo może nas dyscyplinować i mobilizować do życia w świętości?

Podam dwa przykłady wzięte z życia naszego Kościoła. Kolegium kościelne w pewnej parafii podjęło uchwałę w stosunku do jednego członka zboru. A zatem na kolegium ciąży obowiązek wyegzekwowania decyzji wynikających z tej uchwały. Może to rodzić różne problemy w relacjach z osobą, której uchwała dotyczy. Ale w żadnym wypadku kolegium nie może zaniechać działania i pozwolić, by taka osoba przed wypełnieniem wspomnianej uchwały była np. delegatem na synod.

Drugi przykład: kolegium kościelne podejmuje uchwałę dotyczącą sposobu sprawowania Wieczerzy Pańskiej – chodzi tu np. o rodzaj i ilość używanych naczyń podczas udzielania sakramentu. Wobec tego niedopuszczalna jest sytuacja, gdy jeden z duchownych oznajmia przed nabożeństwem, że on chce inaczej ten sakrament sprawować.

Przywołane sytuacje odnoszą się do dyscyplinującej funkcji prawa. A co z wezwaniem do świętości?

Prawo Boże wzywa nas do życia w świętości w ten sposób, że – odwołując się do przykładu z Wieczerzą Pańską – wspomniany duchowny zdaje sobie sprawę, że nie jest samowładcą. To nie ta teologia, nie ten ustrój! Wie, że stosowna uchwała zobowiązuje go do określonego działania. Kiedy więc kolegium proponuje mu poprowadzenie nabożeństwa według konkretnej formy, zawsze może podzielić się swoimi wątpliwościami na ten temat albo po prostu zrezygnować, a nie rozmyślnie stawiać zbór czy kolegium w sytuacji bez wyjścia w ostatniej chwili. Chodzi zatem o to, żeby ze sobą rozmawiać i żyć w szczerości. I na tym m.in. polega owo wezwanie do świętości poprzez prawo.

Szczerość i zaufanie jest ważne. Ale bez kontroli się nie obędzie…

Dlatego rozumiem doskonale, dlaczego pojawiły się przepisy finansowe. Ale patrząc na poprzednią wersję prawa wewnętrznego trudno oprzeć się wrażeniu, że zabrakło tzw. dobrej praktyki.

Z kolei w art. 10 czytamy, że „Czynności prawne w imieniu Kościoła podejmowane są przez prezesa konsystorza lub biskupa”. Warto zwrócić w tym miejscu uwagę, że w Kościele reformowanym jedna osoba nigdy nie reprezentuje prawnie Kościoła – oprócz np. moderatora w Kościele Szkocji wybieranego na dwa lata, ale decyzje finansowe i prawne nie leżą w jego gestii. Analogicznie wszelkie umowy na poziomie parafii powinni RAZEM podpisywać duchowny i prezes bądź wiceprezes kolegium – nigdy osobno.

Cały nasz demokratyczny ustrój polegał na tym, że do końca nie ufaliśmy jednej osobie, wiedząc, jaka jest natura ludzka. Zarówno szerokie prawa członków Kościoła, jak i obowiązki zostały rozłożone równo, żebyśmy się niejako wszyscy wzajemnie kontrolowali. Czyli żebyśmy się z jednej strony pouczali o dyscyplinie, a z drugiej – mobilizowali do życia w świętości.

Które przepisy nowego prawa są dla ciebie niejasne albo wzbudzają wątpliwości?

Dyskusyjna jest kwestia członkostwa w Kościele. W artykule pierwszym czytamy: „Członek Kościoła ewangelicko-reformowanego w Rzeczypospolitej Polskiej nie może być jednocześnie członkiem innego Kościoła lub związku wyznaniowego”. Tak sformułowany przepis rodzi liczne problemy.

Po pierwsze osoby, które ochrzczono w Kościele rzymskokatolickim, będące członkami naszego Kościoła, według prawa rzymskokatolickiego pozostają w Kościele rzymskokatolickim do śmierci. I co się okazuje? Przynajmniej trzech naszych duchownych to teoretycznie, w rozumieniu rzymskokatolickim, członkowie Kościoła rzymskokatolickiego. Mało tego, ci duchowni nie mogą skutecznie z niego wystąpić.

Po drugie zgodnie z art.11 „do Kościoła mogą zostać przyjęte inne parafie niż ewangelicko-reformowane, jeśli zasady wiary ich członków nie są sprzeczne z zasadami wyznania ewangelicko-reformowanego”. Przytoczony fragment artykułu powstał po II wojnie światowej, kiedy zastanawiano się nad przyjęciem niemieckojęzycznej, luterańskiej parafii w Wałbrzychu. Zgodnie z art. 11 członkami naszego Kościoła mogą być zatem osoby, które nie uznają takich samych zasad wiary. Czemu więc ma służyć art. 1 – bo ewidentnie nie teologicznej jedności? Skąd to nagłe wyeksponowanie ekskluzywizmu kościelnego?

Po trzecie dlaczego osoba, będąca członkiem KER, nie może być jednocześnie członkiem innego Kościoła ewangelicko-reformowanego za granicą? Zwłaszcza w kontekście członkostwa KER w World Communion of Refomed Churches (zwracam uwagę na drugi człon nazwy tej organizacji wyznaniowej – „komunia”). Trudno przy tym pominąć fakt, że coraz więcej członków naszego Kościoła wyjeżdża z kraju na rok czy kilka lat i przez ten czas udziela się w Kościołach w miejscu tymczasowego zamieszkania. Jednocześnie wierni ci nie rezygnują z członkostwa w KER. Wydaje się, że prawo nie uwzględnia globalnej dynamiki zjawisk społecznych. Na takie podwójne członkostwo pozwalają np. Kościół Szkocji albo Prezbiteriański Kościół USA – czyżby KER miał wyższe standardy niż te Kościoły?

Jesteś sceptyczny co do funkcji superintendenta (biskupa) w naszym Kościele. Dlaczego?

Nasz Kościół jest co do zasady wspólnotą demokratyczną. Reformowane Kościoły polski i węgierski, które zachowały superintendentów, to była swoista anomalia. Kalwin pisał co prawda, że Polacy muszą mieć superintendentów, bo szlachtą nie sposób rządzić… Jednak funkcja superintendenta generalnego zanikła na pocz. XVIII wieku. Powrót do tej godności przy okazji ks. Karola Diehla – postaci wybitnej – miał swoje uzasadnienie na początku XIX wieku w kontekście carskiego panowania. Zaborca chciał mieć jasną sytuację i wiedzieć, który superintendent odpowiada za których duchownych. W XXI wieku jest to rozwiązanie anachroniczne.

Kościół ewangelicko-reformowany w RP jest cieniem tego, czym był i zaczyna przypominać Jednotę Małopolską w ostatnim półwieczu jej istnienia. Mamy tak naprawdę siedem parafii i sześcioro duchownych (1) – po co jest nam potrzebny superintendent na 10 lat?! Jakież to dobro wnosi ta funkcja w życie Kościoła? Moim zdaniem ostatnie dwie kadencje superintendentów oraz styl wyborów na biskupa w 2012 roku to koronny argument za likwidacją tej funkcji.

Przypomnę, że w Jednocie Małopolskiej byli seniorzy generalni świeccy i duchowni (po dwóch). Ponadto byli konseniorzy świeccy i duchowni (również po dwóch każdego rodzaju). Oprócz nich byli tzw. kuratorzy świeccy. To był zalążek konsystorza. Poza tym warto przypomnieć, że na Litwie superintendent generalny od połowy XVIII wieku wybierany był z reguły na trzyletnią kadencję.

Skoro tak lubujemy się w tradycji, to można by wrócić do litewskiego rozwiązania.

Jestem za. Ale z obowiązkiem współreprezentowania Kościoła przez osobę świecką, czyli prezesa konsystorza lub prezesa synodu, a nie wyłącznie przez jednego z duchownych. I z ograniczeniem do dwóch, krótkich kadencji.

Sensem działania Kościoła, zwłaszcza tak małego jak KER, nie może być nieustanna debata o prawie wewnętrznym. Prawo wewnętrzne ma służyć misji Kościoła. Dlatego wierni KER powinni odpowiedzieć sobie na pytanie, co będzie z ich Kościołem za 10-15-20 lat? I czy nadal Kościół ten pełnić będzie misję, czy po prostu zniknie.

(1) Nie licząc dwóch emerytowanych duchownych (przyp. red.).

Kazimierz Bem – doktor prawa, pastor ewangelicko-reformowany w USA, absolwent Uniwersytetu Yale, członek redakcji Miesięcznika Ewangelickiego

Tomasz Mincer – redaktor naczelny Miesięcznika Ewangelickiego, w l. 2010-13 zastępca radcy świeckiego konsystorza Kościoła ewangelicko-reformowanego w RP

Ilustracja: (c) Kru

Ostatnia aktualizacja: 29.12.2015, godz. 23:35.

Numer 10-11(30-31), 29.12.2015