Temat numeru: Czas kobiet

Czy w Polsce mamy problem z obecnością kobiet w Kościołach protestanckich głównego nurtu? Czy kobiety na równi z mężczyznami uczestniczą w życiu swych Kościołów? Co wpływa na to, że tak trudno luterance i reformowanej – nawet jeśli prawnie czy teologicznie jest to możliwe – zostać księdzem?

A może kobieta w Kościele w Polsce jest od tego, żeby upiec ciasto, posprzątać i być żoną pastora, troskliwą matką gromadki jego dzieci? No, ostatecznie, by udzielać się w diakonii, pomagać potrzebującym, cierpiącym, chorym, prześladowanym, prowadzić lekcje religii, ale niekoniecznie głosić kazanie czy rozdawać chleb/opłatek i wino podczas Wieczerzy Pańskiej?

Hola, hola! U reformowanych kobieta jest szefem Synodu, najwyższego organu kościelnego. Jedna była nawet pastorką. Krótko, ale zawsze. Innym się już nie udało – dwie próbowały. Obie w końcu zostały „księżycami”, jak to się czasem żartobliwie mówi, tyle że za granicą. Obie serdecznie pozdrawiam.

Z kolei luteranki wydały na początku roku swoją postyllę, żywy dowód na to, że głoszą Słowo na równi z mężczyznami. O tejże Postylli przeczytacie Państwo w recenzji Łukasza Skurczyńskiego. Publicysta we wspomnianym zbiorze kazań upatruje rodzaj manifestu, głosu samych zainteresowanych w debacie wokół ordynacji kobiet na pastorki.

Dyskusję o ordynacji kobiet na księży świat luterański ma de facto za sobą. Inaczej jest jednak w Polsce. Ale trudność nie polega tylko na tym, że jednostkowe myślenie czy otoczenie społeczne, zwane czasem „katolickim morzem”, nie ułatwiają podjęcia takiej a nie innej decyzji luterańskim liderom. To kościelne struktury i sposób ich funkcjonowania być może obarczone są pewną skazą. Struktury demokratyczne i dość liberalne. A jednak gdy pojawia się konkretny problem społeczny, żadne nawet liberalnie sformułowane prawo nie jest w stanie wyznaczyć kierunku dla dobrych zmian.

Źródła tych trudności tkwią często głębiej, niż sądzimy. Jak pisze prof. Kalina Wojciechowska, omawiając postępowy dokument Światowej Federacji Luterańskiej, który propaguje politykę równościową w Kościołach członkowskich ŚFL, przyczyn i przejawów niesprawiedliwości i nierówności genderowej nie (należy – tm) szukać wyłącznie na zewnątrz (np. w strukturach społecznych, w założeniu, że sposób myślenia większości wiernych jest jednak zbyt tradycyjny i konserwatywny, w nieprzygotowaniu społeczeństwa na przyjęcie nowych, równościowych form funkcjonowania Kościołów, w sytuacji ekonomicznej wreszcie). Autorefleksja powinna rozpocząć się od rzetelnej analizy udziału kobiet i mężczyzn w strukturach decyzyjnych Kościoła i w dostępie do edukacji teologicznej, a następnie realizacji zawodowej związanej ze zdobytym wykształceniem.

Wymowa luterańskiego dokumentu jest jasna i dla wielu rodzimych ewangelików augsburskich druzgocąca. Niedopuszczenie kobiet należycie wykształconych do urzędu pastorskiego, często cieszących się społecznym autorytetem, jest przejawem gorszącej dyskryminacji niegodnej społeczności chrześcijańskiej.

Brzmi jak surowy wyrok. Osobiście wierzę w to, że w KEA jest dość światłych ludzi, by wagę dokumentu ŚFL docenić. I podjąć wyzwanie oraz przezwyciężyć wszelkie trudności w duchu Ewangelii, szanując również osoby o bardziej zachowawczych poglądach.

Znana psycholożka Dorothy Riddle w tekście, który publikujemy w tym numerze, pisze jednak, że mimo prowadzonej od lat walki o równouprawnienie kobiet w wielu sferach życia społecznego wciąż jeszcze skupiamy się na doraźnych efektach, widocznych rezultatach. Omijamy natomiast clou problemu.

Tkwi w nas skaza. Można dostrzec jej przejawy także w indywidualnej duchowości – i to niezależnie od wyznania. Duchowości pełnej przekonań, które podtrzymują seksizm i mizoginiępisze dr Riddle. Tu już kopiemy naprawdę głęboko, ale kto wie, może to jakaś ścieżka, która prowadzi do metanoi? Warto spróbować.

A dlaczego czas kobiet? Przewrotnie napiszę, że skoro nawet w Rzymie mówi się o kobiecie-kardynale, to może czas już uporządkować pewne sprawy u ewangelików nad Wisłą i dać naszym Paniom to, na co zasługują. Zresztą, one i tak wezmą, co się im należy.

Tomasz Mincer

redaktor naczelny
Miesięcznika Ewangelickiego

Ilustracja: (c) Joanna Ożdżeńska

Numer 7 (13) 2014, 09.09.2014