Temat numeru: Kościół liberalny czy konserwatywny?

Ewangelików, zwłaszcza reformowanych, kojarzy się jako chrześcijan postępowych. A bo nie robią problemów z rozwodami. Kobiety mogą być pastorkami. W ich Kościołach akceptują in vitro i antykoncepcję. Bywa, że dopuszczają – póki co nie w Polsce – błogosławienie par jednopłciowych.

Ewangelicy warszawscy według badań prof. Gardawskiego (2011) sympatiami politycznymi obdarzają partie centrowe i lewicowe. Deklarują poparcie wobec nich na poziomie co najmniej 60 proc.

Czy z tego należy wysnuć wniosek, że cała reszta wiernych o innych poglądach nie ma w Kościele znaczenia?

Łatwo stać się ofiarą łatek. Łatwo zostać poszkodowanym na skutek mimowolnych skojarzeń. Czyli: ewangelik to „lewak”, katolik zaś to „prawak”. A co, jeśli jest się konserwatystą ewangelickim?

Osobną kwestią pozostaje rozszyfrowanie, co oznacza dziś liberalizm i konserwatyzm. Czym są te kategorie w polskiej polityce, a czym w Kościele? Na ile opisują nasze społeczeństwo: zachowawcze obyczajowo i lewicowe gospodarczo?

Wracając do „reformowanego liberalizmu”. Nie można zapominać o ostatnim półwieczu. W II Rzeczypospolitej mój Kościół uchodził za postępowy na tle innych wyznań. Ale po wojnie został odcięty od światowej, reformowanej rodziny. A ta się dość mocno zliberalizowała.

W PRL kontakty z myślą teologiczną zza żelaznej kurtyny – mimo pojedynczych wydawnictw i artykułów – straciły na intensywności. Jakby tego było mało, Kościoły mniejszościowe znalazły się pod czujnym okiem komunistycznej władzy.

Ileś sił trzeba było przeznaczyć na radzenie sobie we wrogim otoczeniu. Liderzy i liderki społeczności ewangelickich podjęli walkę o przetrwanie. Były to nieraz heroiczne zmagania. I jako takie zasługują na szacunek. Ale ten niezawiniony regres trwał za długo. Jego zatrute owoce zbieramy i dziś.

Jednym z nich jest coraz bardziej zauważalna mentalna przepaść między ewangelikami starszego, „średnio-starszego” i młodszego pokolenia. Jest nim też brak umiejętności rozmowy o sprawach trudnych. Dialog teologiczny nie istnieje. Jego formy, narzędzia się zdezaktualizowały.

Przykładem są kościelne papierowe wydawnictwa. Nie przystają do obecnej rzeczywistości. Choć pewną próbą przełamania impasu jest „wejście” Kościołów do internetu. Wyróżnia się tu zwłaszcza Kościół luterański. Nie znaczy to, że i inne nie podejmują wysiłków na tym polu.

Dalej, Kościołem reformowanym rządzi pokolenie 50+. Mam tu na myśli nie tylko organ wykonawczy Kościoła, ale ogół rozmaitych kościelnych gremiów (oprócz komisji młodzieży rzecz jasna). A najmłodszy ksiądz skończy w tym roku… 47 lat.

Taki model przywództwa jest dziś całkowicie anachroniczny. Nie bez znaczenia pozostaje tło społeczno-ekonomiczne. Społeczeństwo się starzeje. A zatem i nasze Kościoły się starzeją. Jednak inne jakoś sobie z tym problemem radzą i ordynują młodszych na duchownych.

Ba, poza Kościołami żywo dyskutuje się o nowych formach współpracy międzypokoleniowej. A czy Kościoły mogą tutaj coś zaproponować? Pokazać światu przykłady owej dobrej współpracy już teraz? W przyszłości i tak nie będą miały wyboru. Nie obejdą się bez tych nielicznych dziś-jeszcze-młodych. Chyba że ci ostatni zniechęcą się całkowicie do Kościoła.

Problem polega też jeszcze na czym innym. Pokolenie, które musiało czekać na swoją kolej, by przejąć stery, nie zrobi miejsca dla młodszych. Dlaczego? Bo go tego nie nauczono.

Dzisiejsi reformowani liderzy uważają, że nastał ich czas. I że w końcu, po latach wyrzeczeń, mogą czuć się w swoim Kościele swobodnie. Nie muszą już liczyć się z wczorajszymi mentorami. Kiedyś ich dyspozycje wykonywali bez mrugnięcia okiem. Często robili to wbrew własnym interesom, odczuciom czy przekonaniom. Teraz to się skończyło.

A młodzi bywają otwarcie krytyczni. I nie lubią zamiatania spraw pod dywan. Mogą sobie zresztą na otwarty sprzeciw pozwolić. Państwo nie jest już opresyjne i półtotalitarne. Nie wykorzysta ich krytycyzmu do wewnętrznych rozgrywek przeciwko współwyznawcom.

„Starzy” wolą się za to nie wychylać. Brudy wolą prać we własnym domu. Tego nauczyło ich życiowe doświadczenie. Tego nauczyli się od poprzedników. Bardziej więc ufają przewidywalnym średnio-starszakom. I im powierzają władzę. Im dają swoje błogosławieństwo.

Gdy jednak tak się dzieje, gdy nad Kościołem unosi się duch minionej epoki, młodzi „odpuszczają”. Wyrośli w innych czasach. Cenią inne wartości. Cenią jawność, otwartą krytykę, zabieranie głosu w sprawach publicznych.

Ich religijność też ewoluuje (bądź po prostu zanika). Ale jeśli już chcą się czegoś dowiedzieć o Kościele, nie umawiają się na wizyty duszpasterskie. Zamiast tego wiedzę czerpią z portali społecznościowych i aplikacji na tabletach. Biblię i komentarze do niej czytają na czytnikach i w smartfonach.

Z Kościołem kontakt mają przede wszystkim poprzez znajomych. Chodzą z nimi na piwo czy do kina. Niekoniecznie na przydługie nabożeństwa, podczas których śpiewa się „antyczne” pieśni. Moja ulubiona nosi tytuł „Serdecznie pragnę zgonu”.

Dalej, Kościół to dla młodych nie arena politycznych zmagań. Praca na jego rzecz to nie spełnianie obowiązku czy kontynuacja rodzinnej tradycji. To ich różni od średnio-starszaków, a zwłaszcza seniorów.

Budynek kościoła bywa miejscem estetycznych przeżyć. W parafii wciąż jak niegdyś tworzą się więzi. Czasem są to też relacje półprofesjonalne, sieć kontaktów, networking.

Do Kościoła przychodzą po pozytywne emocje i – jak najbardziej! – dla wspólnoty. Doświadczają jej duchowego wymiaru a nie tylko fizycznej współobecności. Nie dostaną tego w „korpo” ani na zakupach w galerii handlowej czy w modnej klubokawiarni. Jeśli jednak zamiast tego zobaczą jad i zawiść, wyjdą. I więcej nie przyjdą.

Wiedzą, że Kościół to nie Sejm i nie akceptują quasi-partyjnych metod u kościelnych działaczy. Tu się nie zaspokaja politycznych ambicji. Tu się nie pracuje tak, by odgrywać się za niegdyś doznane krzywdy.

W Kościele nie chcą słuchać „o strasznym genderze” ani o homolobby. Żyją w epoce, gdzie anglojęzyczne słowa nie wywołują dezorientacji i obaw. Znają ten język, mają otwarte granice, nie pamiętają tego, co było przed 1989 rokiem.

Czy ich głos jest liberalny? A może raczej konserwatywny? Sądzę, że wbrew stereotypom nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi. Ba, pytanie to jest w gruncie rzeczy wtórne. Granicę wyznacza właśnie rok 89. I fakt, że większość z nich wychowała się w wolnej Polsce. Gdzie w szkole uczono o prawach człowieka.

To, co łączy młodych konserwatystów i liberałów ewangelickich, to chęć przestrzegania pewnych standardów. Tworzą je wzajemny szacunek, gotowość do debaty. I zero tolerancji dla tzw. pedagogiki gnojenia, czyli „fali”.

Jak spiąć te dwa światy? Jak połączyć pokolenia?

Liderzy kościelni powinni zadbać o jedną rzecz. O to, by wszystkie strony gorących sporów miały szansę się wypowiedzieć. Liczy się jakość kościelnej agory. Każdy głos należy traktować z należytą uwagą.

Nie można za to kreować debaty w sposób stronniczy, ustawiony. Nie warto zapraszać ekspertów „pod tezę”. Nie warto cenzurować własnych wydawnictw. Bo tak jest wygodniej. Bo nikt (katolicki biskup) nam niczego nie zarzuci. Że może jakieś nowinki szerzymy etc.

Nasz demokratyczny Kościół musi być stale gotowy do uruchamiania okrągłego stołu. Także stołu międzygeneracyjnego. Pytanie, na ile Synod spełnia dziś taką rolę? Chyba nie do końca.

Jaka jest średnia wieku delegatów? Ile osób młodych bywa na Synodzie, choćby w roli obserwatorów? Ilu wybiera w parafiach swych reprezentantów na Synod? Wiemy, że za mało. Wniosek: taki Synod nie jest reprezentatywny dla Kościoła. Jest reprezentatywny dla pokolenia 50+.

Kościół reformowany nie musi obawiać się ofensywy liberałów. Ani reakcji konserwatystów. Powinien się za to bać dwóch rzeczy.

Po pierwsze, powinien drżeć przed brakiem wewnętrznej i swobodnej debaty. Po drugie, przed drastycznym odpływem zainteresowanych nią ludzi. Zwłaszcza ludzi młodych, twórczych i krytycznych. Będących na bieżąco ze światem. Dla nich sposób rozmowy w Kościele – tak jak wyglądało to przez ostatnie kilkadziesiąt lat – nie ma sensu.

Nie będą tracić czasu na przepychanki. Bo nie interesują ich pozory splendoru – „stołki”.

Tomasz Mincer

redaktor naczelny
Miesięcznika Ewangelickiego

Ilustracja: (c) Kru

Numer 9(15) 2014, 07.10.2014