Wielkie żarcie, kicz i tandeta | Łukasz Cieślak

Popularnym tematem przy okazji każdych świąt – czy to Wielkiej Nocy, czy Bożego Narodzenia – jest tak zwana komercjalizacja. Powszechnie narzeka się, że święta wiążą się z ogromnymi wydatkami. Że dekoracje, wypieki, potrawy – cały ten zgiełk – wygrywają z religijnym przesłaniem. Wina wydaje się spadać na wszelkiej maści marketingowców, którzy zalewają rynek tandetą i kreują potrzeby nadążania za trendami.

Mam poważne wątpliwości, czy wina faktycznie leży po ich stronie.

Przyczyna tkwi w nas samych i w tym, w jaki sposób chrześcijanie doprowadzili do infantylizacji świąt. Z czasem święta stały się nieznośne i ich religijny sens wyparły baranki, aniołki, jasełka i kurczaki. Dopiero wtedy wkroczyła komercjalizacja. Tak więc to nie komercjalizacja zabiła nam istotę świąt, ale to my sami zastąpiliśmy tę istotę zwykłą „komerchą”.

Do tego media sączą potrzebę wyciszenia, refleksji, zatrzymania się w pędzie. A to wszystko ułuda. Święta bez treści religijnej nie są żadną refleksją ani wyciszeniem, a jedynie kontynuacją bezcelowego pędu ku konsumpcji i lenistwu. Takie święta są wpisane w logikę systemu, który napędzany jest wydatkami, nawet bezsensownymi, i niekończącym się poszukiwaniem nowości.

Zastanawiając się nad przyczynami takiego stanu rzeczy, doszedłem do wniosku, że faktyczny religijny sens wcielenia Syna Bożego (Boże Narodzenie) i męki i śmierci tegoż Syna oraz Jego zmartwychwstania (Wielkanoc) są tak trudne do ogarnięcia myślą, że – dla wielu – konieczne było uciekanie się do łatwiejszej symboliki. Stąd też już u zarania chrześcijaństwa z ochotą przejmowano pogańską symbolikę boga Mitry czy datowania świąt.

Na szeroką skalę pierwsi chrześcijanie czerpali z pogańskich zwyczajów i obrzędów. Było tak i później, bo na przykład śmigus-dyngus czy strojenie choinki to tylko zwyczaje włączone w chrześcijańskie z nazwy święta. Takie praktyki miały uzupełnić religijną wymowę świąt chrześcijańskich, czy też może ułatwić ich odbiór. Jednak z czasem to uzupełnienie stało się wyłączną treścią i istotą świąt. Zamiast więc świętować z dekoracjami, świętujemy dekoracje i obrzędy.

Można oczywiście bronić tradycyjnej symboliki i argumentować, że wielu dzięki niej łatwiej jest zrozumieć, a zrozumieć trzeba po to, by uwierzyć. Że dla wielu to taka Biblia pauperum. Pewnie i tak. Pytanie tylko, jaką wartość dzisiaj ma owa stylistyka. Kicz i cukierkowa atmosfera wprost odstrasza od religijnego świętowania. Dorośli ludzie śpiewający tkliwie „li-li-li-laj” albo z powagą noszący jedzenie do kościoła mówiąc, że jajo to symbol życia, wyglądają co najmniej podejrzanie. Symbolem życia – szczególnie w Wielkanoc – jest Chrystus zmartwychwstały, a nie jajko!

Weźmy jasełka. Popularne od Helu po Giewont. Budują wokół świąt Bożego Narodzenia atmosferę bajki i opowieści wyciskającej łzy z oczu. Do tego występują siły nadprzyrodzone, aniołki, zwierzęta przyklękają (o nich w Biblii nie ma ani słowa, ale co tam!), pasterze, trzej królowie nadjeżdżają… Można tylko spytać, co to ma wspólnego z opowieścią, że Bóg przyjmuje ludzkie ciało, schodzi do ludzi, otwiera każdemu z nas nową przestrzeń? Czy szopka i żłóbek pomagają to zrozumieć?! Sens religijny ginie w dziecinnej kolędzie, przywalony toną prezentów, polany litrami barszczu i sosu do ryby. Znów można spytać: gdzie w tym wszystkim podział się Zbawiciel?

Kiedy tracimy religijny sens świąt, pojawia się pustka, którą wypełnia komercja. Jedni się pakują i wyjeżdżają na wakacje, inni pakują setki kalorii do koszyków i rozpoczynają festiwal wielkiego żarcia. Wszyscy bez wyjątku oglądają bogate dekoracje, upiększają domy, obwieszając je tym wszystkim, co w sezonie modne. Jednak pozbawiając święta ich religijnej treści, sami skazaliśmy się na zalew kiczu i tandety.

Zastanowiłem się, które święta w kalendarzu oparły się temu trendowi i mogę wskazać tylko Wniebowstąpienie Pańskie i Zesłanie Ducha Świętego. Te święta upamiętniają tak abstrakcyjne zjawiska, że chyba trudno byłoby je zinfantylizować. Dlatego też – jak sądzę – ich obchodzenie ogranicza się do budynków kościelnych. Paradoksalnie trudny do komercjalizacji jest Wielki Piątek. Dlatego umęczonego Jezusa z łatwością zastąpiono włochatym barankiem hasającym po zielonej łące wśród pierzastych kurczaków.

Gdy myślę o tym, jak sami chrześcijanie pozbawiają sensu i właściwej treści najważniejsze dla siebie święta, jest mi smutno. Nie dlatego, że chciałbym, aby wszyscy kierowali się moją wrażliwością i estetyką. Jest mi smutno, bo ów sens religijny, którego mi osobiście brakuje, zastąpiono sensem komercyjnym w sposób trwały. Nikomu już tak naprawdę nie potrzeba traktowania religii na poważnie, skoro odarto ją z tego, co istotne, zastępując pozłotkiem.

Przyczyną tego stanu rzeczy wydaje się być brak edukacji religijnej dorosłych Polaków. Dotyczy to nie tylko Kościoła rzymskokatolickiego, ale także Kościołów protestanckich (które oferują często jedynie niszowe godziny biblijne). Samo kazanie w trakcie niedzielnego nabożeństwa to za mało, by powiedzieć, że Kościół edukuje swoich wiernych. To za mało, żeby umiejętnie pokazać, że święta są dla człowieka, a nie człowiek dla świąt.

Brak edukacji religijnej sprawia, że wielu ludzi popada w różnego rodzaju własne wersje wiary. O ile dla protestantów samodzielna praca z Biblią czy nad własną wiarą jest czymś naturalnym (przynajmniej powinna być), o tyle dla katolików jest to pod wieloma względami problematyczne. Dla jednych i drugich jednak zawstydzające mogą być doniesienia, jak wielu wierzących nie traktuje poważnie tego, co słyszą w swoich kościołach.

Niedawno podano do wiadomości wyniki badań CBOS na temat tego, w co tak naprawdę wierzą Polacy. W omówieniu badań czytamy, że „z 32 do 52 proc. przybyło tych, którzy mówią, że wierzą na swój własny sposób (stosując czasem zadziwiające mieszanki różnych wierzeń i elementów popkultury)” (1) . Dziwacznie wygląda też stosunek Polaków do wielu dogmatów, wydawałoby się oczywistych w Kościele powszechnym.

Nie ma w wynikach tych sondaży niczego zaskakującego. Jeśli od dziecka chłoniemy opowieści o pastuszkach, barankach, jajku i kurczaku, to trudno potem wymagać, żeby dorosły katolik czy ewangelik opowiastki te zastąpił pogłębionym podejściem do tematu własnej wiary.

Jest oczywiste, że bajkowe historie przestają dorosłemu człowiekowi wystarczać, a Kościół tkwiący w takiej stylistyce staje się niewiarygodny i zaczyna się go traktować niepoważnie. Wówczas człowiek staje przed możliwością porzucenia wiary czy religijności, które utożsamia z dziecinnością. Albo przed koniecznością zastąpienia infantylnych bajeczek czymś innym. Tu na scenę wkraczają tarociści, wróżbici i inni hucpiarze, którzy doskonale wpisują się w klimat tego, czego wielu ludziom potrzeba. W końcu otrzymujemy miejsce dla „wierzenia po swojemu”. Tu też pojawia się przestrzeń na oddanie się świątecznej estetyce. Jest niby religijnie, ale bezpiecznie, bo wszystko zniknie, obeschnie, zostanie zjedzone w ciągu paru dni świętowania.

Nie mam zamiaru biadać nad tymi badaniami, ale chcę powiedzieć, że ich wyniki są namacalnym dowodem na to, że bez edukacji religijnej nie da się być świadomym chrześcijaninem. Nie chodzi tu o toporne okrzyki o in vitro, homomałżeństwach czy aborcji. Wielu jest chętnych do łajania grzeszników, grzechu, „nieuporządkowania” i tak dalej. Jednak konia z rzędem temu, kto otrzymałby a vista od przypadkowego księdza wytłumaczenie dogmatu o Trójcy Świętej czy wyjaśnienie fenomenu Wniebowstąpienia (po locie Gagarina są z tym problemy…).

Gdy trzeba powiedzieć, co to znaczy być zbawionym albo w czym tkwi rzeczywiste sedno Dobrej Nowiny i dlaczego świętujemy zamęczenie Jezusa na krzyżu, to już jakby chętnych do poważnej rozmowy mniej. Pojawiają się za to bajki i „opowieści dziwnej treści” lub w najlepszym wypadku frazesy. Takie najłatwiej wymyślić, opowiadać, przyjąć i… odrzucić.

Odrzucić? Tak, myślę, że to jest zadanie dla świadomych chrześcijan, aby śmiało podważyć i zerwać warstwę infantylizmu z chrześcijańskiego przekazu. Śmiało trzeba odrzucić to, co przysłania Chrystusa naszej wiary. W myśl zasady, aby Kościół stale się reformował Słowem Bożym powinniśmy traktować siebie poważnie i nie ulegać zdziecinnieniu.

Warstwa tandety i pustej konsumpcji nie jest nam już potrzebna do głoszenia Dobrej Nowiny! Przeciwnie: głoszenie to utrudnia i nierzadko wprawia w zażenowanie. Jeśli już chcemy świętować, róbmy to z sensem, aby własną wiarę i wiarę innych umacniać, a nie zagłuszać.

Świętowanie nie jest potrzebne Bogu czy Chrystusowi, ale nam samym. Żaden ze świątecznych zwyczajów nie jest sacrum, należy do sfery profanum, za którą każdy z nas jest odpowiedzialny. Warto się postarać, żeby świętowanie kierowało nas na to, co najistotniejsze: ku jakimś wyższym wartościom, których może na co dzień nie widać. Jeśli jednak do świętowania są nam potrzebne wyłącznie dekoracje, ozdoby i zastawione stoły w atmosferze wymuszonej refleksji, to jak to o nas świadczy?

(1) J. Radzikowska, W co wierzą katolicy?, Polityka.pl, 10.03.2015.

Łukasz Cieślak – prawnik, członek redakcji Miesięcznika Ewangelickiego

Numer 4(24) 2015, 03.04.2015