Jeden Kościół ewangelicki już jest, nie budujmy unijnej hybrydy | Dariusz Bruncz

|17.10.2016|

Na stronach „Miesięcznika Ewangelickiego” ukazał się tekst ewangelickiego teologa, Łukasza Cieślaka, należącego do Kościoła ewangelicko-augsburskiego. Tekst postuluje stworzenie „jednego Kościoła ewangelickiego”, sklejonego z Kościoła luterańskiego i reformowanego.

Nie wiadomo, czy jest to apel, teologiczny manifest, zew serca czy administracyjno-urzędniczy wyroczek – być może wszystko po trochu i tym bardziej „marzenie” to jawi się bardziej jako marzycielstwo, niekorzystne dla polskiego protestantyzmu i szkodliwe dla obydwu Kościołów.

„Odwieczna bliskość”

Nieporozumieniem jest mówienie o odwiecznej bliskości obydwu Kościołów. Było zupełnie odwrotnie. Już pobieżna analiza historii reformacji pokazuje, że droga do zbliżenia ewangelików wyznania augsburskiego i ewangelików wyznania helweckiego charakteryzowała się wieloma trudnościami. A rozpiętość ich była ogromna – od różnic teologicznych dotyczących rozumienia Sakramentu Ołtarza, w tym także chrystologii, poprzez zagadnienia związane z interpretacją Pisma, a na podejściu do tradycji Kościoła, w tym liturgii, i na ustroju skończywszy.

Konkordia Leuenberska nigdy nie była w swym zamyśle unieważnieniem tych sporów czy ogłoszeniem, że kwestie, o które spierali się reformatorzy, nie mają już znaczenia. Duch – a odważę się nawet powiedzieć –  duchowość tego dokumentu wyraża święte i jak najbardziej ewangelickie przekonanie, że to nie nasze definicje, choćby najpiękniejsze i wzniosłe, zbawiają i gwarantują cokolwiek, ale żywa relacja z Chrystusem realnie obecnym pośród nas – i to bez względu na to, czy obecność rozumiemy jako sakramentalną unię mistyczną, wyrażającą dramat Wcielenia, czy bardziej z naciskiem na pneumatologiczny modus vivendi Kościoła jako wspólnoty powołanych i wybranych z ostro zarysowaną granicą między doczesnością i wiecznością. Początkiem i końcem wszystkich tych rozważań, a wręcz celem, jest Pan Kościoła, a pielęgnowana w naszych Kościołach wiara w Ewangelię nie musi oznaczać anatematyzacji któregokolwiek ze stanowisk – są one w końcu „jedynie” ludzką odpowiedzią na wielkie wydarzenie wielkiej Tajemnicy różnie przeżywanej i uwielbianej wśród chrześcijan od dnia, gdy Jezus wstąpił na niebiosa.

Potrzebowaliśmy – jako ewangelicy różnych wyznań – sporo czasu, aby to pojąć. I znów, wspólnie jako ewangelicy możemy i powinniśmy podkreślić, że to nie z nas. Jako ludzie grzeszni nie jesteśmy zdolni do odnalezienia Prawdy w nas i pośród nas – ale to Duch Boży dał nam to zrozumienie. To część wielkiego dzieła, które przekracza konfesyjne granice i wszelkie partykularyzmy. Odnaleźliśmy drogę ku sobie, zachowując piękno i wymowność naszych tradycji, co  siostrzano-braterskie relacje in realiter wyrażają, a święte sakramenty wręcz ucieleśniają.

Pojednana różnorodność to nie prowizorka

Tym bardziej dziwi konstatacja Łukasza Cieślaka i niezwykle krzywdzące pytanie (teza?): „Myślę, że opublikowane przesłanie jest bardzo istotne i niesie za sobą dobre świadectwo. Pytanie tylko, czy „pojednana różnorodność”, o której mowa w dokumencie, to wszystko, na co nas dziś stać?”

Słusznie stwierdza dalej Cieślak, że pojednana różnorodność jest ewangelickim pomysłem i propozycją na ekumenię, sprawdzającym się nie tylko na wewnątrzewangelickim poligonie, ale także w znacznie szerszej perspektywie. I choćby dlatego należy ją pogłębiać, a nie deprecjonować, przemycając ziarna rzymskokatolicko-prawosławnej narracji, że oprócz duchowej jedności potrzebne jest jeszcze instytucjonalne dopełnienie w postaci struktury.

Postulat połączenia obydwu Kościołów – ewangelicko-augsburskiego i ewangelicko-reformowanego – jest zabobonem, a w najlepszym wypadku naiwną wiarą pokładaną w magiczną siłę struktur, odgórnych dyrektyw, które doprowadziły do powstania sztucznych, kancelaryjnych konstrukcji w postaci Kościołów ewangelicko-unijnych, zarówno typu unii administracyjnej (verwaltungsuniert), jak i konfesyjnej (bekenntnisuniert). Podejmowanie działań unifikacyjnych odwraca uwagę od ewangelickiego proprium – różnorodności, a ona nie jest wrogiem jedności.

Polskie chrześcijaństwo i polski protestantyzm potrzebują wyrazistej teologii reformowanej, która czerpiąc z duchowego bogactwa szwajcarskiej reformacji i egzystencjalnych impulsów „Katechizmu Heidelberskiego”, a przede wszystkim polskiego dziedzictwa reformacyjnego, stanie się potrzebnym zarzewiem teologicznego fermentu, którego po prostu brak. Jest to szczególnie paląca potrzeba w kontekście trwającej od kilku lat hodowli reformowanopodobnych fantomów prześcigających się w walce o fundamentalistyczny wianuszek.

Podczepienie niewielkiego Kościoła reformowanego pod struktury luterańskie lub utrzymywanie gry pozorów w postaci jednego organizmu z różnymi zakresami odpowiedzialności i samorządności to skazanie polskiego ewangelicyzmu na otchłań jałowych dyskusji strukturalnych, jeszcze większa atomizacja i tak skromnej energii na debaty, których nikt nie potrzebuje.

Polskie chrześcijaństwo i protestantyzm potrzebują również niezależnego i silnego Kościoła ewangelicko-augsburskiego, który w rozpiętości stanowisk i typów ewangelickiej pobożności będzie nie tylko pielęgnował, ale przede wszystkim promował ewangelicką via media, którą tradycja luterańska, obok anglikańskiej, jednoznacznie egzemplifikuje. Problemy duszpasterskie obydwu Kościołów, szczególnie w duszpasterstwie młodzieży i komunikacyjne, nie znikną ani nie staną się łatwiejsze do rozwiązania poprzez nową strukturę w postaci unijnej hybrydy.

Łukasz Cieślak postuluje jeden Kościół ewangelicki, ogłasza wręcz kairos, że już teraz ten czas nadszedł. To chyba najbardziej problematyczne stwierdzenie w jego wywodzie – sugerować bowiem może, że Kościół ewangelicki rodzi się poprzez konsensus synodalny, dekret tudzież ugodę. Cieślak wpisuje się (nie)świadomie w retorykę niektórych ekumenistów, którzy podkreślając duchowe aspekty jedności, dokonują jednocześnie sakralizacji ich strukturalnych ram, czyniąc je warunkiem „pełnej jedności”. Kościół ewangelicki jako jedna duchowa wspólnota zainspirowana reformacyjnym orędziem i poszukująca swoich odpowiedzi na wyzwania współczesnego świata jest już faktem, rzeczywistością realizującą się w pojednanej różnorodności, w sakramentalnym zjednoczeniu, czy wreszcie uznaniu urzędów i to przy wszystkich różnicach – mniej lub bardziej ważnych.

Warto pielęgnować duchowość reformowaną i luterańską w ich inspirujących odrębnościach, niedociągnięciach czy po prostu ograniczeniach. Jedna jest dla drugiej konieczną korektą, istotną dla zachowania duchowej higieny, bezpiecznikiem przed popadnięciem w wyznaniowy matrix. Rozpoczęcie procesu unifikacji narazi to wszystko na niebezpieczeństwo i uczyni nasze dążenia ekumeniczne mniej wiarygodnymi.

Zgadzam się z Łukaszem Cieślakiem, że Kościołom ewangelickim w Polsce potrzeba więcej odwagi w myśleniu i działaniu. Jednak owo działanie i odwaga są możliwe już teraz w ramach istniejących i w dużej mierze nieefektywnych struktur.

Iluzja sola structura jako odpowiedzi na niemrawość ewangelickiego świadectwa w Polsce tudzież nieustannego oglądania się za siebie w wytresowanym odruchu asekuranctwa nie jest powiewem nowego, a po prostu deklaracją bankructwa, kapitulacją. To ucieczka do przodu bez odpowiedzialnego zmierzenia się z problemami, które każdy z Kościołów musi rozstrzygnąć dla siebie, aby nasza jedność stawała się głębsza i bardziej wiarygodna, nie tylko przy okazji jubileuszy i kalkulacyjnej pragmy.

Dariusz Bruncz – redaktor naczelny portalu Ekumenizm.pl

Fotografia ze zbiorów autora.