Jezus uzdrowił mitycznie i faktycznie | Tomasz Piątek

|25.11.2014|

Cieszę się, że na naszych łamach pojawił się tekst Łukasza Skurczyńskiego pt. „Czy Jezus rzeczywiście uzdrowił trędowatego?”. Oczywiście, nie zgadzam się z Łukaszem. I bardzo dobrze.

Pismo Święte, jak każda historia miłosna, jest historią zmagań. Także sporu. Ewa buntuje się przeciw Bogu, a potem próbuje się wykręcać. Powtarzając po niej, robi to samo Adam. Kain jest zazdrosny o Bożą miłość (i to tak, że aż morduje). Jakub się z Bogiem bije. Abraham się z Nim targuje. Hiob się skarży i miota. A Ewangelia mówi, że lepszy syn zadziorny, ale kochający. Taki, który mówi Ojcu „Nie!”, potem jednak wykonuje jego polecenia. On jest bardziej synem niż Smerf Ważniak, który powtarza: „Tak, Papo Smerfie, Papa Smerf ma zawsze rację”, a nic nie robi. Albo robi tylko to, co dla niego korzystne (wiem, wiem, Ewangelia nie mówi o Smerfie Ważniaku: Mt 21: 28-32).

Dlatego cieszy mnie dyskusja, nawet obrazoburcza i buntownicza. To dalszy ciąg biblijnych sporów, które są częścią prawdziwego kontaktu z Bogiem.

Cieszę się też, że Łukasz próbuje łączyć to, co irracjonalne czy ponadracjonalne z tym, co racjonalne. Uważam, że takie łączenie jest ważnym elementem naszej protestanckiej postawy: nie kwestionujemy Bożego Słowa, nie kwestionujemy Cudu, jakim jest Objawienie, Wcielenie i Odkupienie – ale w praktycznym wymiarze staramy się Bożą Naukę interpretować i stosować rozumnie. Jesteśmy przecież istotami intelektualnymi, nie tylko cielesnymi i emocjonalnymi. Gdybyśmy przy kontakcie z Bożym Słowem wyłączali rozum, byłby to niepełny kontakt.

A jeśli ten kontakt często jest zderzeniem? Tym lepiej: Love is a contact sport. Jak rugby. Niechaj Smerfy Ważniaki też trenują siniaki.

W takim zderzeniu nie możemy jednak podporządkowywać Słowa rozumowi. Z irracjonalnego impulsu, jakim jest Objawienie, my, protestanci, wyciągamy często bardzo racjonalne wnioski (czy to nie cud?). Ale mimo wszystkich naszych racjonalnych wniosków, ten irracjonalny impuls nadal jest dla nas pierwszy, pierwotny, najważniejszy. Podstawowy dla wszystkich naszych działań – także tych racjonalnych. Nie odwrotnie.

A Łukasz chce ograniczyć prawdziwość Słowa za pomocą racjonalnych kryteriów. I to jest moje zastrzeżenie do jego tekstu.

W rozmowach słyszę, że autor okazał słabość swojej wiary. Nie zgadzam się. W pewien sposób Łukasz daje świadectwo wiary bardzo silnej. Takiej, o której mówił Dostojewski: „Jeśli ktoś mi wykaże, że Chrystus nie jest prawdą, i że prawda wyklucza Chrystusa, to będę z Chrystusem, a nie z prawdą”.

Nie uważam więc, że Łukasz posunął się za daleko. Uważam, że powinien zrobić krok dalej.

Łukasz kwestionuje realność biblijnych cudów. Na przykład, uzdrowienia trędowatego przez Jezusa. Powołuje się przy tym na Bultmanna i Tillicha:

„ (…) cuda są wyobrażeniami mitycznymi. Bultmann zauważył: Nie można używać elektrycznego światła i radioodbiorników (…) i jednocześnie wierzyć w świat cudów i duchów Nowego Testamentu. Niektórych takie stwierdzenie może oburzać, ponieważ przez nie rozumieją, że cuda Jezusa są »tylko mitami«. A mnie się wydaje, że te cudowne wydarzenia są »aż mitami«. A to dlatego, że mit bywa niejednokrotnie bardziej rzeczywisty niż (…) mdła, marna i ograniczona rzeczywistość materialna. Paul Tillich napisał: Więc tylko symbol? Ten, kto zadaje to pytanie, wskazuje tym samym, że nie zrozumiał (…) potęgi języka symbolicznego, przewyższającego pod względem zalet i siły potęgę jakiegokolwiek języka nie-symbolicznego. Nie powinno się nigdy mówić »tylko symbol«, trzeba mówić »aż symbol«. (…) Mit nadaje sens życiu, a przez to je kształtuje i pozwala nam uczestniczyć w duchowych dziejach ludzkości. (…) Symbol istnieje przede wszystkim po to, by otwierać i udostępniać nam warstwy rzeczywistości, do których nie mamy pełnego dostępu w inny sposób”.

To prawda, ale niecała.

Krok dalej poszedł J.R.R. Tolkien. Pytano go: A więc Jezus to tylko prastary mit? Kolejna wersja opowieści o Bogu, który odradza się i umiera? Odpowiadał: Tak, ale w tym wypadku opowieść została opowiedziana życiem. Jej Autor użył do tego prawdziwego ciała, drewna, krwi, mirry, łez, oliwy, potu, chleba i wina. Raz w ziemskiej historii Mityczne Opowiadanie się zdarzyło, raz w ziemskiej historii Słowo Ciałem się stało (Tolkien był katolikiem, więc zapewne dodałby, że przy każdej mszy Ciało znów realizuje się cieleśnie, choć już nie historycznie).

Jak widać, wolę powoływać się na pisarzy niż na teologów. Może dlatego, że jestem pisarzem. A im dłużej żyję i piszę, tym bardziej jest dla mnie jasne, że Pismo Święte jest nie tylko Księgą, ale także Książką. Nie tylko zbiorem mądrości, ale też opowieścią-powieścią. Taką, która porusza, porywa i zmienia bieg naszego życia, bo opowiada nam przejmującą Historię. Najbardziej przejmującą: o Bogu, który kocha nas i uczy miłości, leczy nas, bierze na siebie nasze winy i naszą karę: śmierć w mękach, może nawet potępienie. A potem pokonuje piekło i zmartwychwstaje, uwalniając nas od śmiertelności i cierpienia.

Do tego miejsca zgadzam się z Łukaszem. Ale najbardziej przejmująca Historia jest najbardziej przejmująca także dlatego, że jest reportażem. Opowiada o tym, co się zdarzyło. Jak mówi Paweł: „Jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, to daremne nasze kazanie, daremna i wasza wiara” (1 Kor 15:14).

I nie przeszkadza mi, że jest to opowieść o rzeczach niepojętych. Gdybym miał negować to, co niepojęte, musiałbym zanegować cały wszechświat i samo istnienie. Akceptuję Zmartwychwstanie i Życie Wieczne, choćby dlatego, że akceptuję swoje życie. Ono też jest dla mnie niepojętym cudem.

To, co irracjonalne – powtórzę – jest pierwsze, pierwotne i najważniejsze. Z niego wypływa dopiero wszelkie rozumienie. Samo myślenie zaczyna się od tzw. danych i pojęć pierwotnych. Jedno i drugie jest niewytłumaczalne: dane są dane, pojęcia pierwotne są pierwotne. Świat można tłumaczyć racjonalnie, ale nie wytłumaczyć. Można wyjaśniać jego poszczególne części i aspekty, ale tego, co w nim najbardziej podstawowe i powszechne, wyjaśnić nie umiemy. Uczony wyjaśni nam elektryczne światło, jednak filozof wciąż nie umie odpowiedzieć na pytanie: „Dlaczego raczej jest coś niźli nic?”.

Zachowam się więc jak protestant. Akceptując irracjonalność, wyciągnę z niej racjonalne wnioski i zadam racjonalne pytanie. Czemu Bóg, który irracjonalnie stworzył świat z jego racjonalnymi prawami, miałby tym prawom podlegać? I czemu miałby się do nich stosować właśnie wtedy, gdy nam się objawia razem ze swoją Irracjonalnością?

Wierzę zatem, że Bóg może czynić cuda. Więcej: wiem. Byłem kiedyś w najgorszym możliwym stanie. Żyłem tylko dla heroiny i alkoholu. Chrześcijanie charyzmatyczni nakłonili mnie, żebym się pomodlił i poprosił Jezusa o przyjście do mojego serca. Zrobiłem to, ale przed nakładaniem rąk uciekłem. Ktoś jednak mnie dogonił i położył mi dłoń na głowie. Powiedziałem wtedy: „Dobra, niech już będzie”.

I uderzyło we mnie Coś więcej niż piorun. Natychmiast padłem na ziemię, płacząc i przeklinając. Nie umiałem zareagować na To inaczej jak bluzgiem, chociaż było To najlepsze, czego w życiu doświadczyłem. Nagle zniknęły strach i grzech – i to był szok. Elektryczny wstrząs nie jest jego nawet bladą kopią.

Następnego dnia ciągle trwał ten stan, którego z niczym nie da się porównać. Ja porównać chciałem. Zamówiłem u dilera dużą porcję mocnego, ciemnego kompotu. Taką, która zabiłaby początkującego narkomana. Kolega wbił mi się w żyłę.

I nic. Nie poczułem nic. Oczywiście, była reakcja cielesna na wielką dawkę skoncentrowanych opiatów: mięśnie się rozluźniły. Ale nie poczułem żadnej przyjemności. To, co dał mi Bóg, było tak silne, że nawet mordercza dawka kompotu była przy tym niczym. Cud. Chociaż od niego moje życie cudownie się nie zmieniło. Wiele jeszcze trzeba było normalnej, racjonalnej pracy. Ale wiedziałem, gdzie się kierować.

To, co niepojęte, jest drogowskazem. Znakiem. Symbolem, jak mówi Łukasz. Ale jest prawdziwe pod każdym względem.

Tomasz Piątek – pisarz, psycholingwista, członek redakcji Miesięcznika Ewangelickiego