Kadzić czy gniazdo kalać? | Tomasz Mincer

|09.04.2014|

Jak pisać o swoim Kościele? Czy ukazywać go przez pryzmat innych Kościołów protestanckich w Polsce i na świecie? A może stawiać go w opozycji do wspólnoty rzymskokatolickiej?

Wreszcie, jaką miarę stosować w krytyce wobec tak niewielkiej liczebnie wspólnoty, jaką jest Kościół ewangelicko-reformowany? Zwłaszcza gdy – o czym niejednokrotnie się przekonaliśmy – jego władze na krytykę potrafią reagować alergicznie?

Niezależnie od tego, o jakich problematycznych sprawach mojego Kościoła mógłbym pisać, a jest ich wiele, narzucają się trzy możliwe strategie podejścia do tematu.

Oni contra my

Pierwsza strategia wymaga, by na początku obrać sobie jakiegoś wroga. A następnie w odniesieniu do niego budować krytykę.

Eksperci od wizerunku podkreślają, że łatwiej dotrzeć ze swoim przekazem, gdy ma się jasno zdefiniowanego przeciwnika. Żadna to sztuka znaleźć adwersarza i toczyć z nim niekończące się batalie. Internet się do tego doskonale nadaje.

Jak wiadomo, tego typu działania konsolidują własny obóz, nadają mu tożsamość, angażują starych i nierzadko przysparzają nowych zwolenników. Pokazują, w którą stronę zmierzać, a jakich dróg unikać. Sprawa powoli staje się jasna: jedni idą ścieżką sprawiedliwych, pozostali zaś na zatracenie…

Czas na praktykę. Mógłbym napisać, że modelowym przykładem szukania sobie wroga jest radosna twórczość pewnego portalu. I tu podałbym jego nazwę. Mimo, że w większości byście się ze mną zgodzili, wskazałbym tym samym na „wroga” naszego pisma. Odtąd na naszych łamach zajmowalibyśmy się wyłącznie – albo w znacznym stopniu – radosną twórczością owych pań i panów.

Przekładając to na rzeczywistość kościelną, cokolwiek zrobiłby Kościół X, Kościół ewangelicko-reformowany musiałby potępić, odsądzić od czci i wiary, postanowić przeciwnie. I jeśli oczekiwałbym czegokolwiek od Kościoła ewangelicko-reformowanego, wpierw wskazałbym na jakieś działania Kościoła X, z którymi się głęboko nie zgadzam. Dopiero potem spodziewałbym się jakiejś odpowiedzi ze strony Kościoła reformowanego.

Wydaje się, że takie podejście niewiele ma wspólnego z etosem ewangelicznym, jak i zdrowym rozsądkiem. Jest czysto reakcyjne, a nie afirmacyjne. Stąd każdy, kto je stosuje może i zasługuje na miano „religijny”, a więc odnoszący się do jakiejś zbiorowości, ale niekoniecznie „chrześcijański”. Chrześcijaństwo jest religią pozytywnej przemiany, a nie zamykania się w niedostępnych obozach samozadowolenia.

Jesteśmy solą ziemi?

No dobrze, to jak w takim razie opisywać kondycję Kościoła? Czy nie lepiej „sprzedawać” jego ultrapozytywny wizerunek, pozbawiony wszelkich wad i słabostek ludzi nim kierujących? Mijać się z prawdą, faktami i cyframi go opisującymi?

Kadzić kolegom i koleżankom, współwyznawcom i współwyznawczyniom – oto druga strategia. Zapewnia święty spokój.

Zapytacie, jak kadzić? Otóż, przykładowo, że my ewangelicy reformowani mamy najlepszy ustrój pod słońcem (demokratyczny z wszystkimi za i przeciw, w tym z niekończącymi się, nudnymi zebraniami). Że są pośród nas osoby, którzy garną się do roboty za darmo (choć mogliby to nie być wciąż i wciąż ci sami ludzie). Że w tak małej społeczności tyle person szanowanych, podziwianych, wykształconych, „na stanowiskach”. Że na naszym cmentarzu co drugi grób to pomnikowa postać i bohater Polskiego Słownika Biograficznego…

Sądzę, że ta strategia na ogół u nas wygrywa.

Nie podoba się? Fora ze dwora

Nie lubimy za to tych, którzy kalają własne gniazdo. Brudy pierzemy w domu. Intencje nie grają roli: czy ktoś krytykuje z pobudek niskich czy wysokich, to zawsze obrzuca innych błotem.

A błoto jest błoto. Ta waluta ma sztywny kurs. Czy u sterów zasiadają „postępowcy”, czy „konserwatyści”, staramy się nie wychylać, nie zwracać na siebie specjalnej uwagi. Skoro nas mało, to jesteśmy łatwym celem. Nie ma więc sensu sprowadzać obcego ataku i to jeszcze własnym sumptem.

Jak trudno jest bić się we własne piersi, nie trzeba nikogo przekonywać. Ciężko od czasu do czasu przyznać się do błędu, powiedzieć: przepraszam, wybaczcie, byliśmy głupi, mleko się rozlało – a to strategia trzecia. Trudno o tyle, gdy – co się rzekło – rzecz dotyczy niewielkiej wspólnoty. A taką jest dziś Kościół ewangelicko-reformowany.

Tania odwaga

Znacznie łatwiej przychodzi uderzyć w Kościół rzymski. On jest na tyle duży, że i tak nie zauważy. Przyznaję, że Kościół ów robi wiele, by nie przechodzić obok niego obojętnie. Z wypiekami na twarzy czytamy więc wszelkie krytyczne głosy dobiegające z jego wnętrza. Głosy te są słyszalne, publiczne, jawne.

Oto przykładowo Zbigniew Nosowski, redaktor naczelny „Więzi”, w wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego” na pytania dziennikarzy: „Mówisz czasem: dość? Że już nie możesz wytrzymać w Kościele?”, odpowiada otwartym tekstem: „Czasem mówię, że z takiego Kościoła to chyba się wypiszę”.

Kiedy czytamy podobne słowa, po twarzy przebiega nam uśmieszek nieskrywanej satysfakcji. Dopowiadamy: zapraszamy do nas, u nas jest lepiej (kadzimy). W końcu od samego początku to my mieliśmy rację, nie oni (antagonizujemy).

Tylko czy nas samych stać jeszcze na podobne gesty sprzeciwu, gdy rzecz staje się kwestią sumienia? Czy wolimy trudne sprawy zamiatać pod dywan i udawać, że nic się nie stało?

Mam nadzieję, że nie zabraknie nam odwagi „katolików otwartych”.

Tomasz Mincer – redaktor naczelny Miesięcznika Ewangelickiego

Czytaj też: Kościół odważny