Kościół Anglii otwiera kobietom drogę do posługi biskupiej

|22.11.2013|

20 listopada Synod Generalny Kościoła Anglii stosunkiem głosów 278 do 8, przy 25 głosach wstrzymujących się, wypowiedział się za planem dopuszczenia kobiet do pełnienia posługi biskupa.

Zacznę jednak od wpuszczenia odrobiny „dydaktycznego smrodku”.

Wbrew temu, co można przeczytać w większości polskich mediów, decyzja ta nie dotyczy „Kościoła anglikańskiego”, lecz właśnie Kościoła Anglii, który stanowi tylko jeden z 38 autokefalicznych wspólnot kościelnych, wchodzących w skład światowej Wspólnoty Anglikańskiej. Dlatego nie jest prawdą, że – jak podała np. TVN – „anglikanie będą mieli kobiety biskupów”. W rzeczywistości bowiem mają je już od prawie ćwierćwiecza.

Pierwszą biskup w Kościele anglikańskim została Barbara Harris, wybrana na sufragana w diecezji Massachusetts Kościoła episkopalnego w 1989 r. Obecnie w Kościele episkopalnym pełni posługę biskupią kilkanaście kobiet. Pierwszym biskupem ordynariuszem we Wspólnocie Anglikańskiej była wybrana również w 1989 r. ks. Penny Jamieson z Kościoła anglikańskiego w Aotearo, Nowej Zelandii i Polinezji. Jeśli chodzi o kobiety-prymasów, palma pierwszeństwa należy również do Kościoła episkopalnego, który w 2006 r. wybrał na swoją zwierzchniczkę bp Katharine Jefferts Schori.

Rzecz jasna nie umniejsza to jednak wagi decyzji podjętej przez Synod Kościoła Anglii. To, że ojczyzna anglikanizmu dołącza do grona tych prowincji anglikańskich, które w całości otworzyły urząd kościelny zarówno przed mężczyznami, jak i kobietami, stanowi bez wątpienia wydarzenie historyczne. Jedni widzą w tym „akt sprawiedliwości dziejowej”, inni kolejny symptom upadku i kapitulacji wobec „politycznej poprawności”.

Dla mnie jest to przede wszystkim wyraz najzwyklejszej w świecie konsekwencji w spojrzeniu na urząd kościelny. W anglikanizmie mówimy o trójdzielnej posłudze diakonów, kapłanów (prezbiterów) i biskupów, a nie o trzech różnych urzędach. Dlatego niedopuszczanie kobiet do posługi biskupiej, przy jednoczesnym powoływaniu ich do diakonatu i prezbiteriatu, jest jawnie sprzeczne z panującą w naszej tradycji teologią urzędu.

Dlaczego przez tak długi czas Kościół Anglii godził się na tę sprzeczność? Wynikało to ze szczególnej pozycji biskupa w Kościele. To właśnie biskupi ucieleśniają ciągłość sukcesji apostolskiej, która w anglikanizmie nie jest tylko sukcesją nauczania, ale również posługi. Dla tych, którzy uważają, że kobieta nie powinna sprawować funkcji duchownego, istnienie kobiet-biskupów w oczywisty sposób rzutuje również na ważność święceń diakonów i prezbiterów przez nie ordynowanych.

Inny istotny problem wynika z tego, że wielu reprezentantów skrzydła anglokatolickiego w anglikanizmie wciąż liczy na uznanie ważności święceń udzielanych w Kościołach Wspólnoty Anglikańskiej przez rzymskich katolików i prawosławnych (o ile Kościół rzymskokatolicki musiałby w tym celu zmienić oficjalne stanowisko wyrażone przez papieża Leona XIII w bulli „Apostolicae Curae” z 1896 r., stosunek prawosławnych do święceń anglikańskich nie jest do końca jasny).

Decyzje o dopuszczeniu kobiet do wszystkich posług kościelnych oddala to uznanie, jeżeli nie czyni go wręcz całkowicie niemożliwym. Dla tych anglikanów, podobnie zresztą jak dla konserwatywnych przedstawicieli skrzydła ewangelikalnego w Kościele, decyzja Synodu spowoduje, iż będą się w nim czuć jeszcze bardziej obco. Prawdopodobnie nie zmienią tego również specjalne regulacje, które mają zabezpieczać ich interesy.

Czy można było w większym stopniu liczyć się z ich zdaniem? Doświadczenie uczy, że w praktyce jest to właściwie niemożliwe. Większości z nich bowiem tak naprawdę nie chodzi o to, aby zagwarantowano im jakiś stopień autonomii we wspólnocie. Zadowoleni byliby tylko wówczas, gdyby mogli dalej szantażować większość współwyznawców i blokować niewygodne dla siebie decyzje. Synod Kościoła Anglii pokazał, że nie poddaje się temu szantażowi i jest to niewątpliwie coś bardzo pozytywnego. Aczkolwiek ważne jest jednocześnie, aby nadal prowadzić dialog z każdym, kto rzeczywiście tego pragnie, i nie traktować decyzji synodalnych jako pretekstu do stosowania szantażu w drugą stronę.

Co zaś tyczy się niekończących się dyskusji nad tym, czy kobiety mogą sprawować posługę duchownego w Kościele, pisząc ten komentarz zaledwie w dwa dni po tym, gdy odprowadziliśmy na miejsce wiecznego spoczynku ks. prof. Konrada M.P. Rudnickiego, kapłana mariawity pełniącego również posługę w Polskiej Wspólnocie Episkopalnej, przypominają mi się jego słowa z wywiadu, którego udzielił kilka lat temu portalowi „Ekumenizm.pl”:

„Czy istnieje związek między płcią kandydata, a jego przydatnością do kapłaństwa? Sądzę, że owszem. Kobieta nie może być kapłanką, bo będzie matką patrzącą czy szaliczek jej dzieciom dobrze przylega do szyi i upominającą dzieci, o której godzinie mają iść spać. Ale tak samo nie może być kapłanem mężczyzna, bo będzie kapralem musztrującym swoich podopiecznych. Powiedziałem to oczywiście przenośnie. Kapłaństwo powinno być dawane tym, którzy potrafią je sprawować, wzniósłszy się ponad swoją płeć. Cechy męskie czy żeńskie nie należą do rzeczywistości kapłańskiej. Kapłan ma być człowiekiem! Jeśli ktokolwiek w pełnieniu funkcji kapłańskich chciałby być mężczyzną lub kobietą, nie powinien się tykać kapłaństwa. W przeciwnym razie nie rozumie, czym ono jest” (1).

Dzisiaj (21 listopada) wiele Kościołów zachodniego chrześcijaństwa obchodzi święto ofiarowania Najświętszej Marii Panny na posługę w świątyni jerozolimskiej. Z perspektywy anglokatolika (a piszący te słowa również zalicza siebie do tego nurtu duchowego) ma to pewien wymiar symboliczny. W wigilię święta upamiętniającego posługiwanie przyszłej matki Chrystusa w jerozolimskim przybytku kolejny Kościół anglikański wyraził wolę dopuszczenia kobiet do pełni posługi kościelnej.

Przeciwników tej decyzji ta koincydencja oczywiście do niczego nie przekona. Dla zwolenników może być jednak wyrazem tego, że w tradycji, do której się wspólnie odnosimy, istnieje obok innych wątków również taki, który można odczytać w duchu inkluzywności. Rzecz jasna, jeżeli potraktujemy siebie nie tylko jako przekazicieli pewnego dziedzictwa, lecz również jako jego twórczych interpretatorów.

Jarosław R. Kubacki jest anglikaninem, pastorem ekumenicznej wspólnoty bazowej w Holandii oraz koordynatorem Polskiej Wspólnoty Episkopalnej.

(1) Jan Paweł Skupiński – Konrad M. Rudnicki, Mariawityzm – rzymski katolicyzm. To, co łączy – to, co dzieli. Rozmowa z ks. prof. Konradem M. Rudnickim w: Ekumenizm.pl, 06.11.2004. Dostęp: 22.11.2013 (przyp. red.).

Czytaj też o niedawnej decyzji Kościoła Walii