Kościół jak z Orwella | Bartosz Makuch

|09.01.2014|

Przypatrując się doniesieniom medialnym o dominującym w Polsce wyznaniu i wsłuchując się w wypowiedzi katolickich duchownych dochodzę do wniosku, że Kościół rzymski znajduje się w stanie wiecznej wojny. Wojny z szatańskimi siłami otaczającego go świata.

Kościół ten atakowany jest regularnie przez masonów, Żydów, homo-propagandystów czy „ideologów gender”.

Wiara katolików rzekomo cały czas jest podburzana szatańskimi podstępami pokemonów, aikido, magów, gnozy, Gwiezdnych Wojen, mangi, wegetarianizmu, Harry’ego Pottera czy żył wodnych (nie zmyślam, to tylko kilka pozycji z listy zagrożeń duchowych wymienionych na jednej z katolickich stron).

Nie wiem tylko czemu, ale strasznie przypomina mi to „Rok 1984” George’a Orwella. To angielski pisarz tak dobitnie zauważył, że w rękach totalitarnej władzy wojna może być narzędziem utrzymywania obywateli w strachu, a więc i w posłuszeństwie. Jak jednak można traktować serio wynurzenia o kolejnych spiskach nieistniejących grup, podstępnie zatruwających społeczeństwo i atakujących Kościół nierzeczywistymi ideologiami?

Żaru dodaje fakt, że wypowiedzi osób, które z racji stanowiska powinny wykazywać się mądrością i rozwagą, zwykle krążą wokół poziomu przeciętnego dyktatora… Rzeczywistość się nie liczy. Liczy się to, by bronić swojej racji.

Jednak czy tylko w Kościele rzymskokatolickim znajdziemy podobne przypadki? Wydaje się, że nie. Choć bracia katolicy mają niejako z góry powiedziane, co powinni myśleć w sprawach etycznych lub dogmatycznych, paradoksalnie orwellowską „myślozbrodnię” można bardzo często odnaleźć i u nas, protestantów.

Wielokrotnie spotykałem się ze środowiskami ewangelikalnymi, bądź paraewangelikalnymi, żyjącymi wewnątrz wspólnot ewangelickich, a w których to wizja świata była jasno określona. Na tyle jasno, że jakikolwiek sprzeciw wobec „racji” zdecydowanie atakowano.

I tak nie można było stwierdzić, że nikt nie ma prawa potępiać członka wspólnoty i go z niej wykluczać ze względu na jakąś inność, nawet argumentując to stanowisko Biblią. Dana wspólnota posiadała gotową odpowiedź w postaci kilku kolejnych wersetów. Te zaś miały świadczyć o ich niezbywalnym prawie do wykluczania bliźnich ze społeczności.

Dalej, we wspomnianych grupach nie wolno było sugerować, że Pismo Święte jest czymś więcej niż zbiorem nieomylnych wersetów. Nie było też miejsca na najmniejsze choćby wątpliwości wobec objawianej przez liderów tych grup prawdy. Jeśli ktokolwiek wyraziłby wątpliwość odnośnie promowanej wizji „Boskiego Wielkiego Brata”, zostałby wyobcowany.

Także niektóre akty owych wspólnot, jak np. „nowonarodzonych”, trącą nowomową odrzucającą „starą” prawdę. Nie można zatem odnosić się do Ojców Kościoła czy reformatorów, gdyż to „nic nie wnosi oprócz zamętu”. Wspólnoty te wypracowują autorskie kroki wtajemniczenia.

Jakiekolwiek kwestionowanie potrzeby nawracania już wierzących ludzi nie jest tam mile widziane. Tak samo nie są mile widziane: wyobraźnia i pragnienie samodzielnego poszukiwania Prawdy.

Być może jestem skrajnym pesymistą, ale trudno jest mi odnaleźć Kościół lub wspólnotę, gdzie miałbym prawo do własnych poglądów. I gdzie byłyby one szanowane na równi z poglądami innych. I wcale nie chodzi mi o podważanie prawd wiary, dogmatów czy też pewnych wizji wspólnoty. Chodzi mi o poszukiwanie uniwersalnych zasad, które kierowały chrześcijaństwem przez wieki. O podejmowanie nieustannych prób reformowania zreformowanego Kościoła.

Czy z powodu własnej buty nie mogę zaakceptować zastanej rzeczywistości? A może szukam dziury w całym? Z całą pewnością to, co widzę, przybliża mnie do bonhoefferowskiej wizji bezreligijnego chrześcijaństwa, i do powojennej teologii niemieckiej.

Opuszczam utarte szlaki. I trochę mi tego szkoda. Nie chciałbym jednak tkwić w czymkolwiek orwellowskim, szczególnie jeśli miałby to być orwellowski Kościół.

Bartosz Makuch – studiuje na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego i na Wydziale Teologicznym Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie

Czytaj też o koźle ofiarnym

Fotografia: archiwum prywatne autora.