Liberalizm, stos, Hartman | Tomasz Piątek

|14.10.2014|

Czuję się skrępowany. Bo mówię ze stosu – na szczęście symbolicznego. Usypała go dla mnie „Jednota”, publikując list parafianki z Bełchatowa na temat mojego artykułu z „Wyborczej” (1).

Kilka cytatów z listu:

Mnie aż zatkało, że taki stek nierzetelnych informacji na temat mojego Kościoła może być opublikowany na łamach ogólnopolskiej gazety (…) Kwestia, która mnie poruszyła, to afirmacja homoseksualizmu i przekonanie o afirmacji tych zachowań przez mój Kościół (…) W głowie nie mieszczą mi się argumenty, że homoseksualizm to nie grzech, że jest to normalne. Że normalne ma być ewangelickie małżeństwo homoseksualne. Kalwin, Łaski i Bracia Czescy się w grobie przewracają!

I dalej:

„Reformowanie” dla mnie nie oznacza dążenia do większej liberalności, bo po co nam wówczas Kościół? (…) Przypomnę, że Jan Kalwin wierny swoim przekonaniom opartym na Piśmie Świętym, Wielki Reformator, wielu ludziom pomagającym, popierającym go w reformacji Kościoła, odesłał z Genewy lub kazał spalić, ponieważ mieli odmienny pogląd od tego, który wyznawał mistrz (…) Niestety ubolewam nad tym, że nawet członkowie mojego Kościoła pozwalają sobie na aprobatę grzechu. Ja nie chcę być członkiem tak liberalnego Kościoła (2).

Żeby pozostać w tej stylistyce: mnie aż zatkało. Tym bardziej, że redakcja dała list bez komentarza. Czy to znaczy, że „Jednota” popiera palenie ludzi?

Do fragmentu o Kalwinie i paleniu odniósł się Łukasz Skurczyński, tutaj i na swoim blogu. Napisał:

To czego protestantyzm najbardziej się wstydzi, to za co wielokrotnie już przepraszał znajduje w tym fragmencie afirmację i poparcie. Nasi reformatorzy wielokrotnie mylili się, wielokrotnie popadali w grzech polegający na upokorzeniu i anihilacji drugiego człowieka. Te błędy autorka zdaje się w swoim liście z pasją opiewać (3).

Nic dodać, nic ująć. A jeśli dodać, to tyle: w tej sprawie nam, protestantom, wypada się wstydzić nie tylko za grzech niszczenia drugiego człowieka. Także za koncertowe frajerstwo.

Słyszy się nieraz, że Kalwin spalił czy też kazał spalić wybitnego antytrynitarza Michała Serweta. Nie do końca jest to prawda. I nie wszyscy wiedzą, w jak osobliwych okolicznościach doszło do tej egzekucji.

Wszystko zaczęło się w katolickiej Francji. Działała w tym kraju inkwizycja, ale heretyk Serwet też jakoś tam sobie działał. Może dlatego, że walczył z głównym wrogiem inkwizycji: Kalwinem właśnie. Pisał do reformatora, coraz bardziej agresywnie. Aż reformator przestał odpisywać. I zamiast tego napisał do swoich wrogów inkwizytorów.

Sprowokowany czy nie, Kalwin zrobił oczywiście rzecz straszną. Doniósł oprawcom na Serweta. I wtedy zaczęło się coś, co wygląda jak prowokacji ciąg dalszy.

Po tym donosie inkwizycja w końcu zaaresztowała Serweta. Ale ten zaraz, hm, zbiegł. I gdzie po drodze się zatrzymał? Akurat w Genewie, gdzie Kalwin mieszkał i „sprawował rządy duchowe”. A w niedzielę, gdzie uciekinier poszedł na nabożeństwo? Akurat do tego kościoła, w którym kazanie wygłaszał Kalwin. Ot, tak. Żeby dać się zobaczyć.

Nie wiem, co sobie myślał biedny Serwet. Może to, co inkwizycja nakładła mu do głowy. Kalwin się zawstydzi, gdy cię ujrzy… Ugnie się przed siłą twej wiary… Papież z wdzięczności za upokorzenie heretyka przyjmie twoją doktrynę… Tak, tak, różni wpływowi ludzie w Rzymie już ją wyznają po kryjomu…

To oczywiście moje słowa: prozaik jestem. Ale i bez tych powieściowych domysłów wszystko wygląda tak, jakby inkwizycja tolerowała u siebie Serweta, potem dała mu uciec z więzienia i z Francji, wreszcie skierowała go do Genewy.

Nie usprawiedliwia to w niczym reformatora. Chciał śmierci Serweta. I chciał, żeby to inkwizycja go zabiła. A inkwizycja była sprytniejsza. Przerzuciła Kalwinowi gorącego (przepraszam za skojarzenia) kartofla.

Wiedziała, że w ten sposób stawia reformatora w sytuacji bez wyjścia. Czego by nie zrobił, każda decyzja odstraszała od niego sporą część potencjalnych zwolenników. Spali? Rozczarują się ci, którym marzy się Kościół ewangeliczny i łagodny. Nie spali? Obrazi się reszta, pragnąca absolutnie pewnej i absolutnie czystej doktryny, propagowanej z pewnością i surowością jeszcze większą niż u katolików, właśnie absolutną.

Albo jedni powiedzą: Kalwin też pali, jest taki sam jak papież, albo drudzy powiedzą: Kalwin wcale nie wierzy, w to, co głosi. Przynosi nam tylko zamęt, chaos różnych opinii, bagno zamiast czystości.

Kalwin nie spalił. Ale przyłożył rękę do spalenia: aresztowanego Serweta uznał winnym herezji, co oznaczało karę śmierci. Reformator zalecał raczej szafot niż stos, ale rada Genewy postanowiła, że będzie załatwiać takie sprawy bardziej spektakularnie, po staremu.

„Po staremu” spektakularnie zwyciężyło. Ta decyzja, jak i cały stosunek Kalwina do wolności sumienia, to jeden z najgorszych błędów w historii reformacji. To błąd, który od niej odstraszył wielu ludzi dobrej woli, pragnących kochać bliźniego w duchu Ewangelii.

Zdumiewające, że po wiekach wciąż wpadamy w tę samą pułapkę. Wtedy przynętą byli antytrynitarze, teraz są nią lesbijki i geje – ale rybą nadal jesteśmy my, a wędkarzem dominujący fanatyzm.

Boimy się, co powiedzą nienawistnicy, którzy nadają ton w polskim Kościele katolickim. Z tego strachu próbujemy się z nimi ścigać w nienawiści. I wychodzi na to, że jesteśmy tacy sami jak oni, a do tego słabsi. Rzeczywiście, Kalwin w grobie się przewraca – że nie uczymy się na jego błędach.

Ale złe dałbym świadectwo chrześcijańskiej wiary, gdybym nie spróbował wczuć się w moich oponentów.

Tak się składa, że w naszym Kościele dużą i znaczącą grupą są członkowie parafii znajdujących się w mniejszych miejscowościach. Te zbory od wieków żyją w mniejszej lub większej izolacji, w katolickim otoczeniu. Domyślam się, że ich członkowie świadomie lub nieświadomie boją się tego otoczenia, teraz jeszcze bardziej agresywnego niż pięć-dziesięć lat temu.

Nie dziwię się, że siostry i bracia, piętnowani lub do niedawna piętnowani jako „kacerze”, „kociarze” czy „sekciarze”, nie chcą być znowu piętnowani. Tym razem jako „gendery”.

I nie dziwię się też, że z ich podświadomości wyłaniają się czasem stosy i płomienie. W polskich miasteczkach jeszcze 70 lat temu palono żywcem pewną mniejszość wyznaniową. Nie na stosach, w stodołach, ale to żadna różnica.

Dziś w snach katolickich fanatyków rolę płonącego innowiercy przejął gej. Jeszcze go nie palą, ale już robi się gorąco. Przypuszczam, że budzi to lęk w wielu mniejszościowych społecznościach. A lęk może skłonić człowieka, żeby np. w nieprzemyślanym liście sugerował: My nie z palonych! My też z tych, co palą!

Ale ten lęk nie może kierować naszym Kościołem i skłaniać go do niechrześcijańskich poczynań. Zamiast ulegać przestraszonym braciom, powinniśmy ich wesprzeć. Powinniśmy rozmawiać z nimi nie tylko podczas Synodu. Powinniśmy ich odwiedzać. Powinniśmy pokazać, że jesteśmy gotowi do interwencji – na wypadek gdyby ktoś im powybijał szyby, albo napisał na kościele: „PEDAŁY DO PIEKŁA”.

I na zakończenie: cała nasza dyskusja o liberalizmie teologicznym w dużej mierze wynika z tego, co dzieje się poza Kościołem. Trochę to smutne: wolałbym, żebyśmy to my byli inspiracją dla świata, nie odwrotnie. Ale skoro świat mocno na nas wpływa, to odniosę się do ostatniej świeckiej debaty obyczajowej, dotyczącej kazirodztwa.

Z czysto świeckiego punktu widzenia: trudno jest zakazać współżycia dorosłym ludziom, choćby i spokrewnionym – jeśli trwale i pewnie zabezpieczają się przed spłodzeniem genetycznie osłabionego potomstwa. Wolność serca jest jak wolność sumienia. Nagonka na profesora Hartmana, który poruszył ten temat, jest haniebna.

Ale moim zdaniem Hartman nie jest bez winy. Zasugerował, że więź rodzinno-erotyczna może być piękniejsza i mocniejsza od zwykłych związków miłosnych. Piękniejsza podwójnie, bo i rodzinna, i erotyczna.

Dla mnie to brzmi podwójnie źle: i niepokojąco, i niezręcznie. Przeciwnicy zmian obyczajowych twierdzą, że ich zwolennikom tak naprawdę nie chodzi o akceptację dla różnych ludzkich orientacji i wyborów, tylko o intensywne propagowanie niektórych orientacji i wyborów. No i zachwalanie „więzi rodzicielsko-seksualnej” – choć zapewne miało być prowokacją intelektualną – wygląda jak propaganda. Niestety.

Tak myślę, może się mylę. W czymś mylę się na pewno, bo temat skomplikowany, kłopotów z nim – stos.

(1) T. Piątek, Wyznania poobijanego chrześcijanina, Gazeta Wyborcza, 20.09.2014, źródło.
(2) J. Dudzic, Listy do redakcji, strona internetowa czasopisma Jednota, 30.09.2014, źródło.
(3) Ł. Skurczyński, Intelektualna uczciwość i przykazanie miłości, NaTemat.pl, 03.10.2014, źródło.

Tomasz Piątek – pisarz, psycholingwista