Mit jako symbol i rzeczywistość | Łukasz P. Skurczyński

|02.12.2014|

Publikujemy odpowiedź Łukasza Skurczyńskiego na tekst Tomasza Piątka.

Wdzięczny jestem Tomkowi Piątkowi za jego komentarz do mojego ostatniego tekstu. Wdzięczny po dwakroć, ponieważ pomógł mi uświadomić sobie to, co w artykule nie było do końca jasne dla Czytelniczek i Czytelników. Daje mi również okazję do tego, by wytłumaczyć to, co najwidoczniej zostało niezrozumiane.

Lektura Biblii jako proces hermeneutyczny

Tomasz zarzuca mi, że chcę podporządkować Objawienie rozumowi. Jeżeli wyczytał to w moim tekście, to chcę go za to przeprosić. W żadnej z moich wypowiedzi – czy to ustnej, czy pisemnej – nie zamierzałem podporządkowywać ponadracjonalnego Objawienia racjonalnemu rozumowi.

Jako psycholingwista Tomasz z pewnością dobrze wie, że my, ludzie, nie posiadamy innego sposobu wyrażenia myśli – abstrahując od myślenia symbolicznego – niż język i słowa, narzędzia racjonalne, a przez to niedoskonałe. Jak słusznie zauważył: „(N)ie kwestionujemy Bożego Słowa, nie kwestionujemy Cudu, jakim jest Objawienie, Wcielenie i Odkupienie – ale w praktycznym wymiarze staramy się Bożą Naukę interpretować i stosować rozumnie. Jesteśmy przecież istotami intelektualnymi, nie tylko cielesnymi i emocjonalnymi. Gdybyśmy przy kontakcie z Bożym Słowem wyłączali rozum, byłby to niepełny kontakt”.

I o to właśnie mi chodzi! Gdy czytam Pismo Święte chcę je zrozumieć, zinterpretować, a przez to uwewnętrznić. Chcę, aby to, co jest zewnętrznym przesłaniem Ewangelii stało się osobistym i uwewnętrznionym przesłaniem wiary. Staram się zrozumieć Słowo, bo Bóg do mnie przez nie przemawia, przez nie przekazuje prawdy, które mają stać się moją życiową prawdą. Bowiem przekonany jestem za Paulem Tillichem, że funkcją Kościoła jest „wyrażanie prawdy orędzia chrześcijańskiego”, lecz też „interpretacja tej prawdy na użytek każdej nowej generacji”(1).

W tym procesie hermeneutycznym (interpretacyjnym) i „uwewnętrznionym” podchodzę jednak do Pisma Świętego z pokorą poznawczą. Jako istota racjonalna wiem, że nie jestem w stanie w pełni pojąć tego, co mnie przekracza – Absolutu. I nie chcę absolutyzować znaczenia Pisma Świętego, dlatego że osobiście doświadczam faktu, że znajduje się Ono ponad moim racjonalnym rozumieniem. Pamiętam też, że każda interpretacja pozostaje jedynie próbą werbalnego uchwycenia Prawdy. A przy lekturze tekstu biblijnego znajduję się niczym na rozstaju dróg: między zrozumieniem a niezrozumieniem; między wiarą a niewiarą; między bytem a niebytem; między miłością a jej brakiem; między zbawieniem a potępieniem.

Odrzucenie interpretacji dosłownej

Właśnie dlatego, że mam intuicyjną świadomość ponadracjonalności Objawienia, odrzucam dosłowną interpretację biblijnych mitów. Ich dosłowna interpretacja, z którą spotykamy się dziś w kręgach protestanckiego fundamentalizmu i katolickiego integryzmu, jest jednak pewnym teologicznym i modernistycznym novum.

To nie przypadek, że fundamentalizm ukonstytuował się po oświeceniu. Ponieważ w gruncie rzeczy jest on niegodnym spadkobiercą i niewdzięcznym kontynuatorem najgorszych oświeceniowych nadużyć rozumu.

Zaryzykowałbym nawet sformułowanie, że oddaje on cześć rozumowi, a więc sobie samemu, zamiast Bogu. U jego podstaw stoi bowiem przekonanie, że wszystko jest dosłowne; że wszystko można wytłumaczyć; że wszystko można zrozumieć. Że między wiedzą a wiarą nie ma różnicy, bo wierzyć to de facto wiedzieć. I to za wszelką cenę, nawet jeśli przeczą tej wiaro-wiedzy fakty, racjonalne czy irracjonalne (2).

Mythos i logos

Błędy i nadużycia dosłownego odczytania Biblii, czyli fundamentalistycznej hermeneutyki biblijnej, przedstawię w kategoriach zapożyczonych od Karen Armstrong (3).

Religioznawczyni ta wbrew powszechnemu przekonaniu twierdzi, że życie duchowe ludzi przeszłości wyglądało zupełnie inaczej niż nasze. W starożytnym świecie ludzie zdobywali wiedzę i wyrażali ją na dwa różne sposoby, które określamy dzisiaj jako mythos i logos (4).

Choć każdy z tych sposobów poznania funkcjonował w specyficznym obszarze, to wzajemnie się uzupełniały. Mit był podstawowym sposobem wyjaśniania tego, co „pierwotne, ponadczasowe i niezmienne”. Odwoływał się do początków życia, do praźródła i podświadomości ludzkości, nadając sens ludzkiej egzystencji. Nie był czymś dosłownym, lecz urzeczywistniał się w kulcie i rytuale – wydarzeniach mistycznych, z którymi był bardzo blisko powiązany: „Bez powiązania z rytuałami i praktykami mistycznymi mity nie miałyby większego sensu, byłyby tylko mało wiarygodnymi abstrakcjami, podobnie jak dla większości z nas niezrozumiały jest zapis nutowy i dopiero interpretacja instrumentalna pozwala nam docenić piękno muzyki” – pisze Armstrong (5).

Po drugiej stronie znajdował się nakierowany na przyszłość logos, wyrażający myśl racjonalną oraz „pragmatyczny i naukowy obraz świata”. Praktyczny logos każe nam przywiązywać wagę do faktów i zewnętrznego opisu rzeczywistości. „To dzięki logosowi ludzie przekształcają dawne formy cywilizacji” – podkreśla religioznawczyni – „zyskują coraz większą kontrolę nad swoim środowiskiem naturalnym, dokonują odkryć i nowatorskich wynalazków”(6).

Nowoczesna cywilizacja dzięki osiągnięciom naukowym i technicznym zaczęła zdecydowanie faworyzować logos kosztem mythos. Od mniej więcej XV wieku żyjemy zatem w erze monopolistycznego racjonalizmu, który na przestrzeni lat pogłębiał jedynie rozdział między mythos a logos.

Położenie tak silnego nacisku na tylko jeden element z opisywanego powyżej „poznawczego tandemu” niósł, niestety, feralne skutki dla duchowego życia jednostki: „Naukowiec potrafi odkryć w świecie fizycznym wspaniałe nowe zjawiska, może spowodować, że maszyny lepiej działają, lecz nie umie objaśnić sensu życia – z takimi problemami radzą sobie tylko mity i rytuały” – zauważa Armstrong (7).

Błąd fundamentalizmu

Fundamentalizm w dążeniu do pewności i nieomylności jest zatem wytworem nowoczesnego społeczeństwa, gdyż przemawia do swoich zwolenników językiem logosu – tylko jednym z języków, ale takim, który z łatwością może być przez nich zrozumiany, jako że są oni dziećmi ery nowożytnej.

Z tej perspektywy mythos biblijny jest rozpatrywany w świetle logosu i rozumiany jako taki. Fundamentaliści odczytują więc stare mity jako logoi: „Teraz, gdy religia miała być racjonalna, mythos musiał przekształcić się w logos, bardzo trudno było bowiem dostrzec prawdę poza faktami i nauką” – tłumaczy Armstrong (8).

Błąd fundamentalistów polega zatem na ujmowaniu mitów biblijnych w kategoriach racjonalnej dosłowności. Dla nich wszystko musi być zrozumiałe, obiektywne, możliwe do udowodnienia, namacalne i dosłowne.

Biblijne mity a realność życiowych doświadczeń

Wrócę teraz do krytyki mojego artykułu autorstwa Tomasza Piątka. Mój redakcyjny kolega twierdzi, że Jezus czynił cuda „mitycznie i faktycznie”. A pod koniec artykułu opisuje to, jak doświadczył Jezusowych cudów w swoim własnym życiu.

Mam podobne życiowe doświadczenia jak Tomek, choć nie tak drastyczne. Doświadczałem niejednokrotnie obecności Ducha Żydowskiego Mistrza w życiu. Zazwyczaj przyjmowała ona postać innego człowieka, który stawał na mojej życiowej drodze w tych momentach, w których najbardziej potrzebowałem pomocy.

Jednak jeśli miałbym te doświadczenia usystematyzować, ująłbym to nieco inaczej niż Tomasz. Mityczne uzdrowienia opisane na kartach Ewangelii i wiara, którą wywołują, wzbudzają we mnie nadzieję, która stanowi pomoc, gdy skonfrontowany jestem z absurdem i niedoskonałością własnej kondycji i egzystencji. I właśnie tu doświadczam rzeczywistości biblijnych mitów, lecz doświadczam ich w mojej własnej egzystencji subiektywnie, bo pozostają one interpretacjami Bożego Objawienia.

Dlatego nie chcę ogołocić mitycznej warstwy Pisma Świętego z jej sensu, który musimy z jego głębi sami wydobyć. Nie chcę też narzucić jej kajdan interpretacji dosłownej, która uniemożliwiłaby osobiste ich doświadczenie i zamknęłaby w więzieniu oświeceniowego rozumu. A za Tomkiem Piątkiem powtórzę: „To, co niepojęte, jest drogowskazem. Znakiem. Symbolem (…). Ale jest prawdziwe pod każdym względem”.

(1) Por. Paul Tillich, Teologia systematyczna, t. 1, Kęty 2004, s. 11.
(2) Za „irracjonalny fakt” uznaję np. bezwzględną miłość Bożą do stworzenia, która objawiła się w śmierci Syna Bożego na krzyżu. Każdy racjonalnie myślący człowiek starałby się jej uniknąć, nie chciałby umrzeć. Jednak Jehoszua z Nazaretu przyjmuje ją z miłości do ludzi, których wspierał i nauczał, i którym pomagał. Gdyby śmierci tej próbował uniknąć, nie tylko pokazałby, że jego nauczanie jest fałszywe, lecz przez to zdradziłby człowieka, co z kolei zaprzeczyłoby Objawieniu Bożej miłości do stworzenia. Z moją próbą alternatywnego odczytania śmierci krzyżowej, innej niż w kategorii Anzelmowskiego zadośćuczynienia, podzielę się z Czytelnikami w artykule, który ukaże się wkrótce na naszych łamach.
(3) Karen Armstrong (ur. 1944) – popularyzatorka i badaczka różnych tradycji religijnych, autorka wielu książek z dziedziny religioznawstwa i historii religii. Była rzymskokatolicką zakonnicą, aktualnie wykłada na Uniwersytecie w Oksfordzie. Jest autorką wielu książek, w tym m.in. opublikowanych po polsku: Historia Boga: 4000 lat dziejów Boga w judaizmie, chrześcijaństwie i islamie (1995), W imię Boga: fundamentalizm w judaizmie, chrześcijaństwie i islamie (2005) oraz Spór o Boga. Czym naprawdę jest religia? (2011).
(4) Zob. Ł.P. Skurczyński, Paradoks wiary, nr 2(2)/2013, dostęp 18.06.2013. Podział ten Karen Armstrong przyjmuje za Johannesem Sloekem przedstawionym w tenże, Devotional Language, Berlin-New York 1996, s. 53-96. Zob. Karen Armstrong, W imię Boga: fundamentalizm w judaizmie, chrześcijaństwie i islamie, Warszawa 2005, s.13.
(5) Zob. tamże, s. 14.
(6) Zob. tamże, s. 15.
(7) Zob. tamże, s. 16.
(8) Zob. tamże, s. 205.

Łukasz P. Skurczyński – filolog, teolog, członek redakcji Miesięcznika Ewangelickiego