O potrzebie nowej (?) reformacji | Łukasz Cieślak

|06.11.2013|

„Kościół bez Boga, Bóg bez Kościoła. O potrzebie nowej reformacji”. Pod takim hasłem odbyła się niedawno w Ewangelikalnej Wyższej Szkole Teologicznej we Wrocławiu dyskusja przedstawicieli różnych wyznań chrześcijańskich.

Założenie, które dostrzec można było zarówno we wstępnym pokazie slajdów, jak i w wystąpieniu dr. Piotra Lorka z EWST, można streścić następująco: dawniej Kościół dominował w świecie, ponieważ nie miał alternatywy. Przenikał wszystkie sfery życia. Później, w efekcie m.in. XVI-wiecznej reformacji z jej indywidualistycznym podejściem, Kościół zaczął tracić wpływy. Ocena dzisiejszej sytuacji musi być więc negatywna. I tak postępuje sekularyzacja, ateizacja (powstają nawet kościoły dla niewierzących). Z łatwością przeciwstawia się racjonalizm nauczaniu Kościoła.

Dodatkowo w łonie samego chrześcijaństwa pojawiają się nurty podważające to, co do niedawna bezdyskusyjnie przyjmowano. Mamy więc do czynienia z kryzysem, który owocuje kościołami bez Boga. Bywa też, że ludzie wierzą w Boga, ale ignorują Kościół.

Dyskusja nie przyniosła odpowiedzi na pytanie o potrzebę nowej reformacji. Nie wszyscy jej uczestnicy zgodzili się co do zgubnego wpływu indywidualistycznego podejścia w relacji Bóg-człowiek. Nie udało się też obronić tezy o postępującej ateizacji polskiego społeczeństwa. Przyznano, że problemem jest zanik potrzeby więzi międzyludzkich. Zastępowane są one bujnym życiem w świecie wirtualnym.

Jakby tego wszystkiego było mało, pojawił się zarzut, że w czasach apostolskich miała miejsce formacja, w XVI wieku reformacja. Obecnie zaś trwa deformacja Kościoła. W trakcie debaty nie zgodzono się za to z tezą o potężnym kryzysie Kościoła. Choć wszyscy dostrzegli zmieniającą się, czy raczej malejącą, rolę wspólnoty kościelnej w nowoczesnym społeczeństwie.

Tym, czego według mnie w dyskusjach zabrakło, było dostrzeżenie, że ojcom XVI-wiecznej reformacji przyświecała chęć zmiany i odnowy Kościoła powszechnego. Owo pragnienie opierało się na niezgodzie wobec zastanej praktyki eklezjalnej i ówczesnej teologii. To jest istotą reformacji, której owocami są istniejące do dzisiaj Kościoły protestanckie. Kiedy więc pytamy o potrzebę nowej reformacji – jak inicjatorzy debaty – to musimy mieć odwagę, żeby powiedzieć, co na płaszczyźnie teologii czy praktyki kościelnej chcemy zmienić? Co nam się nie podoba i czym dostrzeżone „nadużycia” chcemy zastąpić?

Trzeba też – chcąc „być nowym reformatorem” – wykazać, że nigdzie w Kościele nikt jeszcze nie wprowadził z sukcesem zmian, które proponujemy. Tymczasem organizatorzy debaty, stawiając tezy o kryzysie Kościoła i potrzebie nowej reformacji, w istocie mówili o tym, co ich niepokoi we współczesnym społeczeństwie. Względnie: o potrzebie nowego namysłu nad relacją człowiek-Kościół.

Jednak w żadnym razie nie udało im się udowodnić, że Kościół potrzebuje nowej reformacji. Według mnie trzeba to – niezależnie od intencji organizatorów – uznać za pozytywny wynik dyskusji.

Przede wszystkim nie zgodzę się z przezierającą z wypowiedzi niektórych dyskutantów tezą, że Kościół jest powołany do walki ze światem współczesnym (w domyśle: pełnym ateizacji, racjonalizmu i zeświecczenia). Przecież rolą Kościoła Jezusa Chrystusa jest wierne głoszenie Słowa Bożego i godne udzielanie sakramentów. Tylko tyle i aż tyle. Czy na te dwa zadania ma rzutować fakt, że w niektórych krajach kościoły pustoszeją? Że skoro wielu ludzi porzuca Kościół, ten powinien dążyć do średniowiecznej dominacji, by ich przy sobie zatrzymać?

A może trzeba powiedzieć inaczej. A mianowicie: Kościół nie ma żadnych problemów tak długo, jak długo wiernie głosi Ewangelię i sprawuje sakramenty ustanowione przez Jezusa Chrystusa. Właśnie ta działalność Kościoła powinna stanowić odpowiedź na troskę ostateczną. Czyli tę część świadomości człowieka, którą jest wiara (pojęcia „troski ostatecznej” używam za wybitnym protestanckim teologiem, Paulem Tillichem).

Nie jest zatem wykluczone, że niektórzy swoją troskę ostateczną skierują na astrologię, magię, wróżbiarstwo, ateizm itp. Nie oznacza to jednak, że ludzie ci utracili ów „pierwiastek wiary”, ale raczej wiarę swoją skierowali obok/poza Kościół i Chrystusa. Czy uważamy, że Kościół jest w stanie tych ludzi siłą zmusić do zmiany zdania?

Nie ulega wątpliwości, że ludzie wierzący w Jezusa Chrystusa muszą kierować się jego zapowiedzią, że jest z nami przez wszystkie dni aż do skończenia świata (Mt 28,20). Z tego wynika przekonanie o wyjątkowości naszej wiary na tle innych religii czy ideologii, w których ludzie szukają odpowiedzi na swoją troskę ostateczną. Do nas przecież Jezus mówi: „Ja jestem droga, prawda i żywot, nikt nie przychodzi do Ojca, tylko przeze mnie” (J 14, 6). I tu też zapewne tkwi jedno ze źródeł przekonania o słuszności nauczania Kościoła i błędności innych dróg. Ale też i stąd płynie myśl o potrzebie jego dominacji.

Tymczasem Kościoły różnych wyznań, widząc rozmaite zagrożenia dla swojego przesłania, przyjmują trzy taktyki. Pierwsza: zachowujemy status quo. Druga: receptą na ogólne rozluźnienie musi być powrót do „źródeł” i literalnego czytania Pisma Świętego. Trzecia zaś: rozwiązaniem jest takie czytanie Pisma Świętego, by służyło aktualnym problemom.

Każda z powyższych propozycji rozpala emocje. Jedni dobitnie kwestionują ewangelikalną dosłowność i „literę”. Inni mówią, że „uwspółcześnianie” Pisma owocuje rzekomymi wynaturzeniami w postaci choćby akceptacji homoseksualizmu czy posługi pastorskiej kobiet. Spory trwają i nie ustaną, ponieważ każda z podanych dróg jest tym samym – chęcią jak najlepszego wypełnienia troski ostatecznej.

W kontekście przywołanych słów Jezusa trzeba więc przyznać, że drogą Kościoła nie jest walka z ateizacją czy z sekularyzacją. Bo te zjawiska nie mają żadnego wpływu na istotę Kościoła – jego funkcję i nauczanie. O stanie Kościoła nie świadczy to, czy ma on pod swoją kontrolą całe społeczeństwo, lecz to, czy jego członkowie (choćby był ich tysiąc) są przekonani, że w tym Kościele znajdują się prawdziwe odpowiedzi na ich troskę ostateczną.

Trzeba się też pogodzić z tym, że Kościół jawi się dzisiaj wielu osobom jako jeden z możliwych wyborów (przy czym znów, nie jest to jakaś specyfika naszych czasów). Wierny który wie, że w Kościele Jezusa Chrystusa realizuje się jego troska ostateczna, nie będzie szukał zamienników w postaci ezoteryki, ateizmu, New Age itp. Jeśli tego przekonania mu zabraknie, to owszem, odejdzie. Wybierze wówczas kościół bez Boga lub zostanie z Bogiem, ale porzuci Kościół. Jednak rolą Kościoła Jezusa Chrystusa nie powinna być walka z tym, co potencjalnie może zastąpić ludziom wiarę chrześcijańską. Skoro bowiem każdy człowiek ma duchowe potrzeby, to nie można się dziwić, że szuka sposobu ich realizacji.

Można ubolewać, że nie wszyscy znajdują odpowiedzi na swoje pytania w Kościele. To nie poszukiwania duchowe stanowią zagrożenie dla Kościoła, ale raczej nieumiejętne na nie odpowiadanie Kościoła.

Jak więc pomóc Kościołowi? Na pewno nie przez nową reformację. Bowiem w „starej” nadal tkwi potencjał, który pozwala Kościołowi wciąż się zmieniać dzięki Słowu Bożemu (Ecclesia reformata et semper reformanda Verbi Divini). Wobec tego może to nie Kościół Jezusa Chrystusa jest w kryzysie, ale nasze myślenie o nim i jego możliwościach?

Łukasz Cieślak – prawnik, doktorant na Wydziale Prawa, Administracji i Ekonomii Uniwersytetu Wrocławskiego, członek parafii ewangelicko-augsburskiej we Wrocławiu