Otwarte drzwi | Tomasz Mincer

|20.09.2014|

Tomasz Piątek, uznany pisarz, członek Kościoła ewangelicko-reformowanego i stały współpracownik naszego pisma opublikował w „Gazecie Wyborczej” tekst „Wyznania poobijanego chrześcijanina”. I jest to tekst, który niejednemu czytelnikowi może przeorać mózg. Trudno znaleźć łagodniejsze określenie na to, co jego autor wyczynia za pomocą kilku akapitów.

Można Piątkowi zarzucić wiele. Że wysuwa mniej lub bardziej bezpośrednie oskarżenia pod adresem liderów swego Kościoła. Czyli, że pierze brudy na zewnątrz. Że pisząc o Kościele i chrześcijaństwie, tu i ówdzie posługuje się językiem nie do końca ekumenicznym. Że zamiast hołdować umiarowi, jest nazbyt ekshibicjonistyczny gdy przywołuje swój barwny życiorys.

Zapewne część czytelników – i jestem o tym święcie przekonany – uzna, że Piątek chełpi się swoim ewangelicyzmem i zarazem deprecjonuje katolicyzm jako odłam chrześcijaństwa niezdolny do wewnętrznej reformy. A może nawet jako coś dużo gorszego – coś, co z nauką Mistrza z Nazaretu niewiele ma wspólnego.

Każdy z tych zarzutów potraktowany osobno obniży rangę tekstu i zaszufladkuje jego autora jako antykatolika, wywrotowca, skandalistę, ćpuna, masochistę etc. Ale wszystkie one zyskają, gdy spojrzeć na nie jako część pewnej całości.

Autor „Heroiny” snuje opowieść, która rozpoczyna się w jakimś ciemnym zakątku ludzkiej duszy. Ta opowieść dochodzi do momentu może nie religijnej ekstazy, ale względnego duchowego „uporządkowania”. Mniej lub bardziej udanego, bowiem ideału sięgnąć na ziemskim padole nie sposób.

Siłą tekstu Piątka i wyzwaniem dla intelektu, jakie on stanowi, jest jego anielskie i jednocześnie diabelskie znamię. Artykuł to grzeszny i pełen łaski. Po buddyjsku oświecony, ale okraszony paradoksami zen, koanami.

To tekst świętego i zarazem grzesznika. Bo przecież nie ma świętego bez grzeszności, choćby minionej, która tę świętość zresztą uwypukla, tak iż można ją dostrzec gołym okiem. Nie ma metanoi bez pierwotnego skażenia, samopoznania i zdecydowanego wkroczenia na ścieżkę przemiany jak u Augustyna czy Lutra. Wreszcie, nie ma żywego chrześcijaństwa, które kończy się tylko na sprzeciwie wobec pewnego typu religijności, a które nie jest w stanie zaproponować czegoś w zamian.

Owszem, Piątek szydzi z ludowego katolicyzmu poznanego w dzieciństwie i podważa sens moralny etyki nakazowo-zakazowej. Żywi do katolicyzmu trwały uraz. Ale nie zatrzymuje się na tym etapie i się nim nie upaja. Idzie dalej. Bowiem chrześcijaństwo musi być nie tylko przekorne, „protestanckie”, buntownicze, ale też afirmatywne, twórcze, czy jak pisze Piątek, ewangeliczne.

Trudno czynić zarzut Piątkowi, że wciąż krytycznie patrzy na Kościół większościowy. Nie jest on przecież w tej krytyce odosobniony. Ale oprócz pewnej łatwo dostrzeganej niechęci, jaką ów „poobijany chrześcijanin” czuje do Rzymu, Piątek ostatecznie odnajduje również ewangeliczność (w ewangelicyzmie). O tym świadczą słowa: „stoję w kręgu, w którym łamany jest chleb i podawany kielich”. A także wyznanie, że jakaś przemożna siła, wdzięczność skłania go do bratania się z samym sobą, a nie do autodestrukcji. I przede wszystkim, do pozostawania we wspólnocie kościelnej mimo dzielących jej członków istotnych różnic.

Warto o tym pamiętać, gdy nasze oko podczas lektury zatrzyma się na sformułowaniach trudnych do akceptacji, ale naznaczonych głębokim i autentycznie przeżytym cierpieniem.

Cieszę się, że Tomasz Piątek natrafia w tym naszym ułomnym świecie i ułomnym Kościele na coś, co skłania go do walki o lepszą część siebie, by ta wzięła w nim górę. Bo to wezwanie do nieustannego wnoszenia „autopoprawki”, ulepszania niedoskonałego świata da się też przełożyć na walkę o lepszy kształt i misję ziemskiego Kościoła. Czy tego ewangelickiego, czy tego rzymskiego, czy po prostu uniwersalnego, niewidzialnego, w którym nie ma granic wyznaczonych ludzką ręką, próżnością i ambicją.

Paradoksalnie miejscami brutalny i zajadły w swej krytyce tekst Piątka przywraca mi nadzieję w człowieka i mój konkretny, reformowany Kościół. W ludzi, z którymi często się nie zgadzam, ale przed którymi kafkowskie drzwi z „Procesu” widzę jako już na zawsze otwarte, a nie zatrzaśnięte na amen.

Otóż te drzwi są otwarte dla nas wszystkich, liberałów, socjalistów, konserwatystów, heroinistów. Bowiem zdecydowaliśmy się stanąć w jednym kręgu, w którym łamany jest chleb i podawany kielich. Bywa, że właśnie takie ostro przyprawione opowieści, jak tekst Tomasza Piątka, zwiastują nam tę dobrą nowinę.

Tomasz Mincer – redaktor naczelny Miesięcznika Ewangelickiego