Pojednanie i pokój | Łukasz Cieślak

|13.04.2015|

We Wrocławiu odbył się V Festiwal Kultury Protestanckiej, w ramach którego odchodzono również Dni Bonhoefferowskie. Patronat medialny nad wszystkimi wydarzeniami festiwalowymi objął Miesięcznik Ewangelicki.

Trzeba przyznać, że program festiwalu był dobrze pomyślany. Obejmował zarówno wydarzenia naukowe (konferencja 8-9 kwietnia), jak i kulturalne (koncerty). Największe wrażenie zrobiło na mnie spotkanie wieczorne w środę 8 kwietnia, w przeddzień 70. rocznicy śmierci Dietricha Bonhoeffera.

W murach Ewangelikalnej Wyższej Szkoły Teologicznej zgromadzili się członkowie różnych środowisk i wyznań. Przygotowano chleb, smalec (sic!), ogórki, kwas chlebowy. Dziwne menu jak na konferencyjny poczęstunek. Jeszcze ciekawiej zrobiło się, gdy rektor EWST oznajmił, że ta wieczernica to de facto stypa po Bonhoefferze…

Była poezja śpiewana, recytacje, osobiste wspomnienia. Był też szampan na pamiątkę pewnego wieczoru, który przeżył Bonhoeffer, gdy naczelnik więzienia, w którym słynny teolog się znalazł, kazał podać właśnie ten trunek. Jakby na przekór okolicznościom.

Przyznam, że to wieczorne spotkanie było odważnym gestem ze strony organizatorów festiwalu. Mogli się na nim „wyłożyć”, a jednak udało się zachować dystans i nie popaść w patos. Festiwalowe wydarzenia, choć związane z męczeńską śmiercią Bonhoeffera, dalekie były od zbytniej wzniosłości. Raczej dominowała radość z tego, że można się spotkać w rodzinnym mieście Bonhoeffera i zastanowić nad tym, jak jego myśli mogą służyć nam dziś.

Hasło „Pojednanie i pokój”, pod którym odbyło się nabożeństwo ewangelickie wieńczące festiwal, pozostaje otwarte. Kazanie ks. Samuela Randalla z Kościoła Anglii, choć skupione na upokorzeniu i męczeństwie (Bonhoeffer, Edyta Stein, Anna Frank, Etty Hillesum), zakończyło się przesłaniem, że skoro Jezus został posłany nie drogą chwały, ale drogą krzyża, to i każdego z nas ten krzyż dosięga. Jednak dosięga nas też Duch Święty – duch pojednania i pokoju.

Tkwi w tym jakiś element transcendencji, że człowiek 70 lat temu miał podobne lęki, jakie odczuwa współcześnie. Podobne trwogi i grozy czają się zza węgła. Przy czym zainteresowanie Bonhoefferem to nie tylko oddanie hołdu postaci historycznej. Ono przede wszystkim prowokuje intelektualnie. Bonhoeffer ze swoimi luterskimi paradoksami i dezynwolturą może być interesujący, mimo upływu czasu. Wszak dla niego śmierć była „nie końcem, ale i początkiem”.

Łukasz Cieślak – prawnik, członek redakcji Miesięcznika Ewangelickiego