Reformacja. Reaktywacja | Tomasz Piątek

|28.10.2014|

W tym tygodniu obchodzić będziemy pamiątkę reformacji.

Media znów na chwilę przypomną sobie, że poza „Kościołem zwanym po prostu Kościołem” są w Polsce inne Kościoły. Te, przy których nie pomija się przymiotnika: ewangelicko-augsburski, ewangelicko-reformowany, metodystyczny, baptystyczny, zielonoświątkowy… I jeszcze ponad 80 denominacji protestanckich lub nawiązujących do protestantyzmu. Nie wymieniam ich z braku miejsca, ale też serdecznie pozdrawiam.

A szczególnie pozdrawiam wspólnoty, które nie mają statusu prawnego, budynków, samochodów, czasem nawet nazwy. Wspólnoty, które zbierają się w osiedlowym klubie, w garażu kolegi, w prywatnym mieszkaniu, żeby się modlić, czytać Biblię i o niej dyskutować.

Według statystyk członkowie tych grup przeważnie wciąż są katolikami. Głównie dlatego, że z „Kościoła zwanego Kościołem” trudno się wypisać. Ale duch jest ważniejszy niż statystyki. Ewangelików jest więcej, niż myślą sami ewangelicy.

Wystarczy przejść się po osiedlowych domach kultury i zobaczyć, w ilu z nich co niedzielę odbywa się tzw. „kocie nabożeństwo”. Przestałem czuć się źle z tym określeniem, odkąd dowiedziałem się, że w Polsce teatr alternatywny, który zagospodarowuje starą fabrykę czy pustostan, nazywa się „kocim teatrem”.

To jakoś budzi moją nadzieję, że wykluczona wiara i kultura spotkają się tam, gdzie je wygnano: w ruinach opuszczonej przez państwo infrastruktury. Pozdrawiam zatem również Teatr Zamiast, który w łódzkiej fabryce właśnie wystawił spektakl z elementami nabożeństwa ewangelickiego. I nawet dostał Złotą Maskę (nagroda krytyków teatralnych).

Oczywiście, ostatniego dnia października dla mediów najważniejsze jest pogańsko-postpogańskie Halloween i równie mało chrześcijańskie Święto Zmarłych (przepraszam: Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny). Ale może jednak zostanie trochę wolnego czasu antenowego i znów pojawią się protekcjonalne komentarze. W duchu: „Całkiem miłe te małe Kościółki” albo „Ojej! W jednym czy dwóch kobieta może nawet zostać pastorem!”. I przede wszystkim: „Te inne Kościoły dostosowują się do nowoczesnego, demokratycznego ducha”.

Błąd. Kościoły ewangelickie nie dostosowują się do demokracji i nowoczesnego ducha. To demokracja i nowoczesny duch (a w każdym razie to, co w nich jest dobre) wywodzą się z Kościołów ewangelickich.

Mówienie, że demokracja, wolność, równość czy tolerancja to wartości świeckie jest nadużyciem. Nie są to też wartości oświecenia. To wynikające z wiary wartości reformacji.

Wolność sumienia zachodniemu światu ogłosił Luter (chociaż sam nie zawsze przestrzegał jej zasad). Myśl o tym, że władca musi się ograniczać, a sprawowanie władzy jest wynikiem umowy ze społeczeństwem, zrodziła się u pierwszych kalwinistów. U Teodora Bezy, Johna Knoxa, Johna Poneta i George’a Buchanana.

Uważany za autora tej myśli oświeceniowiec Rousseau – który zresztą urodził się i wychowywał w ewangelickiej Szwajcarii Kalwina i Bezy – sformułował ją znacznie później. Słynna polska tolerancja (wychwalana ponad miarę) zaistniała dzięki ewangelikom: bez nich nie byłoby Konfederacji Warszawskiej. Od Maxa Webera wiemy skądinąd, że ewangelicy „stworzyli” kapitalizm. Benito Arruñada sugeruje, że także socjaldemokrację.

Przeprowadzone przez tego ostatniego uczonego badania porównawcze potwierdzają, że społeczeństwa protestanckie funkcjonują lepiej niż katolickie. Ale Arruñada dowodzi, że dzieje się tak nie za sprawą lub nie tylko za sprawą przysłowiowej protestanckiej pracowitości (trudno się nie zgodzić: Polacy od 25 lat udowadniają, że katolik umie pracować ciężko, nieraz do przesady).

Według badacza ewangelicy, wychowani do demokracji i przejrzystości w swych Kościołach, budują bardziej demokratyczne i przejrzyste instytucje świeckie. Owoce ciężkiej pracy protestantów nie są marnowane, tylko rozsądnie konsumowane i reinwestowane, a także – rozdzielane wśród potrzebujących. Nie tylko w postaci doraźnej jałmużny, ale również długofalowej i mądrej pomocy, dzięki której człowiek w kłopotach może wrócić do godnego i produktywnego życia.

Coś w tych konstatacjach musi być na rzeczy. Socjologowie przylepili Kalwinowi gębę „Balcerowicza teologii”, ale głosił on, że władca bardziej niż o resztę poddanych musi dbać o ubogich. Musi bronić ich przed możnymi i bogatymi prześladowcami. Gdyby rządzący zrozumieli, że powołano ich na obrońców biednych, doskonała prawość zapanowałaby na świecie (komentarze do Izajasza oraz do Psalmu 72 i 82). Reformator nakazał też, aby biedni w Genewie byli leczeni za darmo i nieodpłatnie odwiedzani w domach przez lekarzy.

A w bliższych nam czasach protestanckie społeczeństwa Skandynawii stworzyły jedyny funkcjonujący socjalizm. Przy wybitnym udziale swoich Kościołów protestanckich, przede wszystkim – luterańskiego Kościoła Szwecji. Według historyków już sto lat temu zaczął on uznawać, że walka ludzi pracy o lepsze życie i o lepszą organizację społeczeństwa nie jest grzechem (gdy polscy biskupi katoliccy piętnowali Piłsudskiego i działaczy chłopskich jako wywrotowców i podpalaczy).

Budujące. Ale dla mnie jeszcze bardziej budujące – bo budujące fundament każdej demokracji, nie tylko socjalnej – jest to, że już w XVII wieku szwedzcy urzędnicy kościelni chodzili po wsiach i sprawdzali, czy wszyscy mieszkańcy umieją czytać. Wszyscy, włącznie z tzw. dziewką od krów.

Zatem powtórzę: to nie my, ewangelicy, jesteśmy demokratyczni. To demokracja jest ewangelicka.

Duch wolności i równości jest z reformacji. Z Biblii. Z Nowego Testamentu, do którego wrócił Luter. Z ewangelicznej miłości bliźniego, której uczył nas Jezus: obejmującej również wrogów, odszczepieńców i obcych, nakazującej rozdawać swe bogactwa biednym.

I ze Starego Testamentu, który mówi, że Żydzi po przybyciu do Ziemi Obiecanej dostali dar wyjątkowy. Nie mieli władcy – chyba, że poza Królem w niebie. Nie mieli ziemskiego króla, który by ich uciskał. W sytuacjach kryzysowych przewodzili im sędziowie. Ludzie obojga płci, natchnieni duchem proroczym, obdarzeni zaufaniem przez lud. Późniejsze ustanowienie króla Biblia opisuje jako regres i upodobnienie Ludu Bożego do pogan.

Myślę więc, że powinniśmy się sprzeciwiać, gdy ktoś sugeruje, że demokracja w naszych Kościołach jest wynikiem presji nowoczesności. Odwrotnie: my jesteśmy presją, która stworzyła nowoczesność. To Kościół katolicki z braku reformacji uprawia czasem swoje chwiejne aggiornamento (co dosłownie oznacza: dostosowanie się do dnia dzisiejszego).

My – przynajmniej moim zdaniem – nie mamy się bawić w żadne aggiornamento. My mamy kontynuować reformację, bez której Kościół katolicki nie miałby się do czego „aggiornować”. Bez której nie byłoby demokracji. I bez której demokracja może zniknąć.

Bo dzisiaj światem rządzi kilkaset najbogatszych korporacji, podczas gdy miliony biednych umierają z głodu. W TV i w necie czczone są obrazkowe idole. Ciągle szerzą się plemienne nienawiści. Musimy zatem znowu piętnować możnych, ośmieszać bałwany, łączyć Greka i Żyda. Mamy przecież być solą świata.

Już słyszę odpowiedź: „Głupia mowa… Jesteśmy maleńką mniejszością: kalwini i w ogóle wszyscy ewangelicy w Polsce, świadomi chrześcijanie w społeczeństwach Zachodu. Nowoczesny świecki świat nie zauważy nas albo wyśmieje”.

Na pewno wiele osób nas nie zauważy, wiele innych osób wyśmieje. Uczniów Jezusa też na początku było niewielu i wiele osób ich nie zauważało. Jednak nie bali się oni wystąpić publicznie, by mówić rzeczy, za które wyśmiewa się mówcę. I rzeczy, za które mówcę się kamienuje. Może dlatego tak szybko było ich tak wielu – i już nie można było ich nie zauważać.

Ale ze strony świata czeka nas nie tylko śmiech i kamień. Coraz więcej jego wybitnych przedstawicieli rozumie, że demokracja, wolność i równość nie mogą opierać się jedynie na świeckiej racjonalnej myśli. Że świecki, intelektualny duch oświecenia nie wystarczy. Że nie da się rozumnie zorganizować społeczeństwa, posługując się samym rozumem. Do tego potrzeba czegoś, czego zrozumieć się nie da.

Nawet najbardziej obrazoburczy, rewolucyjni myśliciele świeccy (Slavoj Žižek, Terry Eagleton, Alain Badiou) inspirują się chrześcijaństwem. I mówią wprost, że wartości liberalne, „oświeceniowe”, demokratyczne są cenne, ale rozum jest dla nich słabym fundamentem.

Wolność i równość umierają bez braterstwa. Rozum im sprzyja, ale to serce trzyma je przy życiu. Wolne i równe społeczeństwo nie działa, gdy składa się z wolnych, równych, ale oddzielnych atomów. Z ich wzajemnego zderzania się „naturalnie i spontanicznie” miała powstać „rozumna harmonia” – ale nie powstaje.

Wolne i równe atomy nie gwarantują sobie wzajemnie wolności i równości. Gdy jeden atom łamie rozumne, sprawiedliwe zasady i pożera drugi atom, wtedy inne rozumne atomy wolą patrzeć w inną stronę. Może on nasyci się swoją ofiarą i da mi spokój? Nie mam sił na walkę, taki zmęczony jestem codziennym zderzaniem się z innymi atomami…

Żeby uratować wolność, równość, a może i sam rozum, świeccy myśliciele odwołują się zatem do tego, co ponad rozumem. Mówią: miłość. Na tym niewytłumaczalnym pojęciu pierwotnym chcą zbudować trochę lepsze społeczeństwo. Chcą stworzyć wspólnotę, która z gorącym, kochającym zaangażowaniem będzie bronić każdego swojego obywatela, jego wolności i równości.

Myślę, że ci myśliciele mogą być dla nas sprzymierzeńcami. Może nawet są niedaleko od Królestwa Bożego. Bo Bóg jest Miłością. A kto akceptuje irracjonalną miłość jako fundament swoich działań, łatwiej może zaakceptować irracjonalną wiarę.

Co nie znaczy, że mamy teraz porzucić rozum. I wprowadzić obłędną Dyktaturę Miłości, z Różowym Komitetem Centralnym, który decyduje, kiedy można stosować wolność, równość, zasady liberalnej demokracji i zwykłej logiki, a kiedy w imię miłości trzeba je zawiesić.

Irracjonalny fundament ma służyć racjonalnym działaniom.

A w tym my, ewangelicy, jesteśmy ekspertami. Z naszym doświadczeniem możemy pomóc społeczeństwom poszukującym takiej irracjonalnie racjonalnej zmiany. Bo my od 500 lat wierzymy irracjonalnie i działamy racjonalnie – nawet racjonalniej niż inni.

Wierzymy w Boga (którego na rozum nie ma). Kierujemy się Jego Księgą (której nie da się w całości ogarnąć rozumem). Naszym ideałem jest miłość bliźniego (na zdrowy chłopski rozum, frajerska). Gdy zrobimy coś dobrego, odmawiamy sobie wszelkiej zasługi (no to to już zupełnie głupio).

Więcej: wielu z nas zakłada, że Nieskończenie Dobry Bóg może nas skazać na wieczne piekło, nawet jeżeli czynimy dobro. Wielu z nas zakłada, że Bóg mógł nas stworzyć tylko po to, żeby nas potępić. Dla katolików zgorszenie, dla ateistów idiotyzm. Ale z całą tą idiotyczną wiarą tworzymy lepiej funkcjonujące i bardziej racjonalne społeczeństwa.

Myślę, że paradoksalnie to właśnie dzięki niej, dzięki naszej bezsensownej wierze używamy rozumu jak należy. Czyli jako narzędzia. Rozum jest dobrym narzędziem, ale złym panem. Na szczęście naszym Panem nie jest rozum.

Nasz Pan, nasz jedyny Król jest nie z tego świata i nasz ziemski rozum nie może kwestionować Jego rozkazów. Ale wykonujemy je na ziemi, gdzie ziemski rozum się przydaje. Zatem przy ich wykonywaniu musimy wykorzystywać ten ziemski rozum jak najlepiej. I lepiej niż najlepiej: tak, jak służy się Nadziemskiemu Panu.

Na koniec powiem jeszcze słowo o sprawie, które nieraz pojawia się w naszych dyskusjach. Irytuje nas, że zwierzchnicy naszych polskich Kościołów ewangelickich zbyt często oglądają się na Kościół katolicki. Czyli na ten, który wobec świata jest o epokę do tyłu, a wobec ducha reformacji – o epokę i jeden dzień.

Tak, to jest irytujące. Ale niewiele mniej irytujące jest, gdy inni działacze naszych Kościołów oglądają się na świat. To świat ma się na nas oglądać. Oglądać się na nas mają wszyscy świeccy ludzie dobrej woli, włącznie z odważnymi myślicielami. To być może nasi sprzymierzeńcy, na pewno partnerzy do dyskusji. Ale nie przewodnicy. Przewodnikiem jest Jezus Chrystus.

Soli Deo gloria. Albowiem Jego jest Królestwo, i Moc, i Chwała. To on nas reformuje. Bez tej reformacji nie uda się żadna rewolucja i żadna reforma, świecka czy kościelna.

Tomasz Piątek – pisarz, psycholingwista