Religię ze szkół wyprowadzić | Renata Kim

|02.04.2014|

Do religii w szkole mam bardzo emocjonalny stosunek. Po pierwsze dlatego, że wciąż pamiętam, jak będąc dzieckiem chodziłam na takie lekcje. I pamiętam, że właściwie zawsze lubiłam te zajęcia. Katecheza odbywała się w pachnącej modrzewiem parafialnej salce i była odświeżająco inna niż lekcje w PRL-owskiej szkole.

Jeszcze w klasie maturalnej jeździłam na religię na drugi koniec miasta, bo ktoś mi powiedział, że tam jest mądry ksiądz. Nikt mnie nie zmuszał, a jakoś znajdowałam chęć i czas, by pójść na religię. Większość kolegów też chodziła, niektórzy po to, by nie mieć później problemów ze ślubem czy chrztem dziecka, ale dla innych był to akt wiary. Chodzę, bo wierzę, myśleli.

I kiedy 20 lat temu religia wchodziła do polskich szkół, nie mogłam się nadziwić. Po co? Komu to ma służyć? Uczniom? Chyba nie, bo religia zacznie im się kojarzyć z czymś nudnym i przymusowym? Kościołowi? Też nie, bo głoszona w szkolnych murach katecheza szybko stanie się obiektem powszechnej krytyki.

I dokładnie tak się stało: nie pamiętam już, ile sama napisałam artykułów, z których wynikało, że religia w szkole zmieniła się w karykaturę nauki religii. Lekcje są przeważnie śmiertelnie nudne, a opłacani z budżetu państwa księża nieprzygotowani do pracy z dziećmi. I właściwie nie do końca wiadomo, na czym te lekcje mają polegać: na nauce katechizmu, wkuwaniu kolejnych modlitewnych formułek czy może jednak na próbach wychowywania uczniów na dobrych chrześcijan, co jednak – zwracali uwagę krytycy – kłóci się ze świeckim charakterem szkoły.

Takich dyskusji nie musieliśmy toczyć, gdy katecheza odbywała się w parafialnej salce, bo to było właściwe miejsce i dla katechizmu, i dla wkuwania modlitw, i dla katolickiego wychowania. A kto z jakiegoś powodu lekcji religii dla swojego dziecka nie chciał, ten go po prostu na katechezę nie posyłał.

Mój osobisty problem z religią w szkolnych murach eksplodował z całą siłą, kiedy należałam już do Kościoła ewangelickiego, a moja córka, mała protestantka, poszła do publicznej podstawówki. Bo wbrew obietnicom lekcje religii oczywiście nie odbywały się ani na pierwszej, ani na ostatniej lekcji, a ona ze spuszczoną głową wychodziła z klasy do świetlicy. A potem musiała odpowiadać na pytania kolegów, czy wierzy w diabła, skoro na katechezę nie chodzi.

Nie pomagały tłumaczenia, że córka wierzy w Boga i chodzi na zajęcia szkółki niedzielnej, bo dzieciaki po prostu nie rozumiały, o co jej chodzi. Dyrektorka szkoły z kolei nie rozumiała, dlaczego upieram się, by dla mojego dziecka organizować lekcje etyki. Najgorsza była klasa druga, gdy dzieci przygotowywały się do komunii: to był trwający 8 miesięcy festiwal zamawiania i przymierzania białych sukienek, który wtargnął nawet na szkolne wywiadówki.

W szkole społecznej, do której przenieśliśmy córkę po przeprowadzce, było nieco lepiej – koledzy nie zadawali już głupich pytań, ale obiecanych przez rząd lata temu lekcji etyki nadal żadną miarą nie dało się zorganizować. I dopiero w gimnazjum okazało się, że można. I że mogą to być fascynujące lekcje łączące podstawy religioznawstwa z etyką i filozofią.

Dlatego ucieszyłam się, kiedy kilka dni temu minister edukacji oświadczyła, że od nowego roku szkolnego zajęcia z etyki będą organizowane nawet dla jednego ucznia. I dam sobie rękę uciąć, że chętnych będzie więcej. Bo wreszcie będą mieli wybór, nie będą skazani na bycie odmieńcem.

Ale etyka do wyboru to za mało, religii po prostu w szkole być nie powinno. Także dlatego, że to budżet państwa pokrywa niebagatelne (grubo ponad miliard złotych rocznie) koszty tej „edukacji”. Ale przede wszystkim dlatego, że religia w tym kształcie przynosi więcej szkód niż pożytku.

I tak 20 lat po triumfalnym wprowadzeniu jej do szkół, hasło wyprowadzenia jej stamtąd staje się coraz bardziej palące. Bo co z tego, że biskupi toną w samozadowoleniu, że znaczna część uczniów uczestniczy w szkolnej katechezie, skoro łatwiej można znaleźć nastolatka, który naśmiewa się z nieporadności katechety, niż takiego, który powie: ksiądz nauczył mnie czegoś ważnego. Nie tylko o religii, ale także o życiu, człowieku i jego problemach, a także o istocie wiary.

Renata Kim – dziennikarka „Newsweek Polska”, wcześniej „Wprost” i „Dziennika”. Przez wiele lat pracowała także w różnych rozgłośniach radiowych, m.in. w Polskiej Sekcji BBC.

Fotografia: archiwum prywatne. Autor: Adam Tuchliński.

Czytaj więcej o tym, czy religia w szkole podlega jakiejkolwiek kontroli