AAA. Atrakcyjny protestantyzm pozna spragnioną duchowości Polskę | Tomasz Piątek

Czy protestantyzm jest atrakcyjny? Dla mnie tak. Wierność Słowu Bożemu. I intrygujący paradoks: ludzie, co uważają, że są źli, a czynią dobro! Ale nawracając się, myślałem też, że protestantyzm jest atrakcyjny dla Polski. Jako odtrutka na szkody wywołane przez katolicyzm.

Tak, chciałem się przyczynić do szerzenia tej odtrutki. Ten ostatni powód to oczywiście wątpliwa motywacja dla nawrócenia. Choćby dlatego, że patriotyczna. A chrześcijanin nie ma ojczyzny. Lub inaczej: jego ojczyzną jest Królestwo Niebieskie. W Chrystusie nie ma Greka ani Żyda, Polaka ani nie-Polaka.

Nie można wybierać sobie wyznania tylko dlatego, że tak będzie lepiej dla narodu. Podobną motywację żywią przecież ci wszyscy katoliccy politycy i publicyści, którzy prywatnie nie wierzą w papistowskie dogmaty, a z Rydzyka się śmieją. Ale publicznie klękają przed obrazkiem, figurką, księdzem i papieżem, bo wierzą, że tak trzeba. Że ciemny lud tego potrzebuje. I że „ciemny lud to kupi”.

Więc może dobrze się stało – dobrze dla mnie – że dostałem nauczkę. Bo dostałem: okazało się, że odtrutka nie jest tak atrakcyjna, jak chciałem.

Kilka miesięcy temu w tekście „Reformacja. Reaktywacja” pisałem, że liczba protestantów w Polsce zdaje się rosnąć. I nadal można odnieść takie wrażenie: to tu, to tam pojawia się nowy zbór ewangelikalny. Inny przykład. Do warszawskiej parafii mojego Kościoła – ewangelicko-reformowanego – co roku przystępuje pięć, sześć nowych osób.

Są to jednak strumyczki. Może kiedyś staną się wartką rzeką. Ale nie ma mowy o przyroście, który zmieniałby oblicze ziemi, tej ziemi. Zwłaszcza że wśród bratnich luteranów – mimo konwersji – krążą alarmujące wiadomości o odchodzeniu wiernych z ich Kościoła.

Na forach luterańskich można przeczytać, że jedną z przyczyn odpływu wiernych jest oddalanie się Kościoła ewangelicko-augsburskiego od dotychczasowego quasi-katolickiego tradycjonalizmu. A dokładnie nie tyle oddalanie się, co obawa wiernych, że KEA mógłby się zacząć od tego tradycjonalizmu oddalać. W rozmowach kuluarowych słyszę, że niektórzy w KER boją się podobnego odpływu. Rzekomo związanego z ordynacją kobiet (mieliśmy nawet przez chwilę pastorkę i dwie w drodze, pamiętacie?) i pewnymi oznakami braku homofobii.

Nie wiem, jak jest, bo nie mam siły ani czasu śledzić szeptów i plotek. Ale mogę uwierzyć, że coś jest na rzeczy. Ludzie są grzeszni, niestety. Także protestanci.

Traktat o nieskutecznej wyższości

Protestanci są grzeszni. Katolicy są grzeszni. Wszyscy jesteśmy całkowicie grzeszni przed Bogiem. A jednak nie potrafię poczuć tej równości w grzechu z Kościołem katolickim. Gdy katolicy próbują mi narzucać swoją teologię, wprowadzając ją na siłę do polskiego prawa, nie umiem nadstawić drugiego policzka. Bo czy mogę nadstawiać policzka komuś, kto gnębi nie tylko mnie, ale masę ludzi słabszych? Czy nie nadstawiałbym wtedy także cudzego policzka?

Jak to gnębienie się objawia? Brakiem edukacji seksualnej w szkołach, utrudnianiem dostępu do antykoncepcji, nienaukowym i niebiblijnym zakazem aborcji, lekcjami religii w szkołach, prześladowaniem niekatolickich dzieci w tych samych szkołach, krucjatą antygenderową owocującą rozpaczą, przemocą i samobójstwem.

No dobrze. Ale co może „zaoferować” protestantyzm? O tym, że społeczeństwa katolickie rozwijają się gorzej niż protestanckie, napisano wiele ksiąg. Weber przypisywał to protestanckiej pracowitości. Profesor Benito Arruñada z Barcelony postanowił tezę Webera sprawdzić. Na podstawie solidnych badań statystycznych wykazał, że katolicy potrafią harować tak samo jak protestanci. Trudno się z tym nie zgodzić, gdy spojrzeć na dzisiejszych Polaków. Różnica nie polega na tym, że katolicy gorzej pracują, tylko na tym, że gorzej dzielą owoce swojej pracy.

Protestanci uczą się demokracji, uczciwości, przejrzystości i sprawiedliwego zarządzania w swoich zborach. Uczą się więc, że demokracja, uczciwość, przejrzystość i sprawiedliwe zarządzanie są święte. Społeczeństwa protestanckie dzielą swój dobrobyt w sposób bardziej sensowny: miłosierny, a zarazem rozwojowy. Chciałoby się powiedzieć: zdrowo lewicowy (gdyby zapomnieć o USA i brać pod uwagę tylko północne kraje Europy ze Skandynawią, Niemcami, Holandią i Szkocją).

Piękne to wszystko i można to bardzo ładnie opowiedzieć. Ale w Polsce taka opowieść jako argument nie działa.

To nie działa, tamto nie działa

Ze zborów ewangelikalnych, do których uczęszczałem 10-15 lat temu, pamiętam silne napięcie. I ciągle obecne pytanie: dlaczego naród polski, tak pobożny – podobno najliczniej wierzący w Europie, na świecie i w Kosmosie – nie chce się zwrócić do czystego Słowa Bożego? Czemu wbrew wyraźnym zakazom biblijnym kłania się średniowiecznym posążkom i obrazkom?

Moi ewangelikalni znajomi próbowali używać tego biblijnego argumentu wobec Polaków-katolików. Był równie nieskuteczny, co argument cywilizacyjnej wyższości protestantyzmu.

Nic dziwnego. Polak-katolik żyje w strachu przed szantażem moralnym ortodoksów. Ewangelik, który ciągle czyta Biblię i argumentuje wersetami, kojarzy mu się z ortodoksami. „O, mamo – myśli katolik – taki jehowy czy inny kociarz to jeszcze gorszy moher niż ci moi. W moim normalnym Kościele raz na tydzień posłucham ględzenia księdza, jednym uchem wpada, drugim wypada. A ci znają te wszystkie księgi na pamięć, pewnie kują je na okrągło. Wiadomo, sekta”.

Pamiętam pewnego pastora baptystycznego i działaczkę, którzy próbowali katolików chytrze podejść od strony tradycji. „Gdy w XVI wieku Polska była wielka, to po sesji sejmu król i biskupi szli na mszę, a posłowie na nabożeństwo! Bo wtedy katolicka szlachta narodu polskiego wybierała swoich protestanckich posłów!” – mówił pastor. „Polska musi wrócić do protestantyzmu!” – mówiła działaczka. „Rozbiory to była kara za odrzucenie reformacji!” – wspomagałem ich czasem.

Nie działało. Pewnie dlatego, że Polacy słabo znają historię swego narodu. Zwykle wiedzą tylko, że był on zawsze katolicki, zawsze święty, zawsze bohaterski i prawie zawsze uciemiężony, oczywiście niesłusznie. Podejrzewam, iż w tej chwili większość Polaków nie ma bladego pojęcia, że I RP była państwem niewolniczym.

Moi ewangelikalni znajomi szermowali również argumentem pieniężnym. Znowu: przywileje Kościoła katolickiego, limuzyny kupowane za pieniądze wyłudzone od staruszek. Też nie działało. Może dlatego, że jako niekatolicy z miejsca byli uznawani za sekciarzy. A sekta, wiadomo… „Mój proboszcz cycka kasę. Ale jak wejdziesz do sekty, to już ruina finansowa”.

A młodsi z moich ewangelikalnych przyjaciół próbowali argumentu obyczajowej wolności chrześcijanina. Precz z tyranem, który zagląda małżeństwu pod kołdrę i niebiblijnie zabrania antykoncepcji!

Jak Państwo zapewne się domyślają, to również nie zadziałało. Moim zdaniem, z dwóch przyczyn.

Pierwszy kłopot z wolnością chrześcijanina

Przede wszystkim, żeby móc używać takiej argumentacji, trzeba było chrześcijańską wolność potraktować poważnie. Moi ewangelikalni znajomi musieliby przestać udawać, że w zborze są same aniołki niepokalane.

Pamiętam to nastawienie: „Jasne, czasem ktoś u nas upadnie, ale tak w ogóle to małżeństwa się nie rozpadają, młodzież żyje w czystości do ślubu i nie dotyka się pod kołdrą, nikomu nawet bluzg się nie wyrwie”. Sam próbowałem być taki. W moim baptystycznym okresie pracowałem m.in. przy budowie drewnianej konstrukcji tzw. foliaka dla warzyw. Foliak miał niskie wejście, więc co rusz waliłem łbem w górną framugę. I za każdym razem mówiłem głośno: „Panie, dziękuję, że uczysz mnie, bym trzymał głowę nisko”. Pracował ze mną pewien katolik. W końcu powiedział: „To mnie od ciebie oddala”.

Chrześcijanin jest simil iustus et peccator, święty i grzeszny. Gdy chce ukrywać tego peccator za tym iustus, zwykle wychodzi z tego obłuda. Tym, co katolików najbardziej wkurza u ich księży, jest tzw. świętojebliwość. Sama w sobie okropna, a często kryjąca dzikie ekscesy.

To, że protestanci przestrzegają przed niewiernością, jest OK. Bo Biblia też przestrzega. To, że dopuszczają antykoncepcję, jest OK. Biblia jej nie zakazuje. Ale ani jednego, ani drugiego nie wolno robić świętojebliwie. Może szczególnie tego drugiego.

Więcej: jeśli chcemy mówić o wolności chrześcijanina, musimy zrobić wszyscy – i ewangelicy, i ewangelikalni – następny krok. Zacząć budować moralność tylko na Biblii, szczególnie na Ewangelii. Odrzucając faryzejskie przesądy. I „tradycyjną” obyczajowość, która zwykle ma się do biblijnych i ewangelicznych zasad tak samo jak kult figurek.

Jezus dopuszcza rozwód w przypadku niewierności, więc i wszystkie Kościoły protestanckie powinny go dopuszczać. Księga Wyjścia wyraźnie sugeruje, że aborcja nie jest zabójstwem. Nie powinniśmy więc potępiać jej hurtem i akceptować jej prawnego zakazu. Jeśli chodzi o tzw. stosunek przedmałżeński, moim zdaniem Kościoły protestanckie powinny wrócić do Lutra. Czyli nie potępiać takiego stosunku, gdy towarzyszy mu szczera wola zawarcia małżeństwa (Jezus nie potępia, a Stary Testament mówi, że gdy mężczyzna spał z kobietą, ma ją po prostu poślubić).

Wierzę też, że zasada, zgodnie z którą w Chrystusie nie ma mężczyzny ani kobiety, jest ważniejsza niż sformułowane przez Pawła wskazanie: „Kobieta niech milczy w Kościele”. Bo co tu bardziej tchnie Chrystusem? Tym bardziej, że Pawłowy nakaz milczenia jest niekonsekwentny. (Paweł nie zabrania kobietom w Kościele prorokować). I prawdopodobnie incydentalny, związany z konfliktem pomiędzy apostołem, a liderką lub liderkami ówczesnych zborów.

Powinniśmy zrobić taki krok, nie tyle w nowoczesność, co w Ewangelię. W swoim czasie baptyści gorąco o nim dyskutowali. Dekadę temu przez chwilę trwała w tym Kościele walka o dopuszczenie kobiet do kazalnicy… Trwała – i została przegrana.

Drugi kłopot z wolnością chrześcijanina

Jedni chcą pełnej wolności chrześcijanina, ograniczonej tylko przez Ewangelię. Inni chcą „ucieczki od wolności”. Chcą Kościoła surowego, narzucającego reguły twarde i arbitralne. Im bardziej niezrozumiałe i trudne, tym lepiej.

W apodyktyczności organizacji widzą wyraz suwerenności Bożej. Zapominają, że oprócz suwerennego, starotestamentowego Boga, jest miłosierny Jezus Ewangelii. Zapominają o Ewangelii, a mimo to w Kościołach ewangelickich i ewangelikalnych wygrywają niemal tak często, jak w Kościele katolickim. Bo są twardzi. A na tym złym świecie twardość nieraz popłaca.

Dlatego została przegrana walka o pastorki u baptystów.

Dlatego Kościół ewangelicko-reformowany zaprzestał ordynacji kobiet. Po cichu, więc niby sprytnie – a głupio. Pewien luteranin śmiał mi się w twarz: „Ordynujecie, a potem eksportujecie, wysyłacie za granicę”…

Dlatego niektórzy ortodoksyjni katolicy budzą pewien niechętny szacunek nawet u części swoich wrogów. A u wielu katolików – entuzjazm.

Dlatego agresywni duchowni-chuligani nawet przez swoich przeciwników postrzegani są jak istoty obdarzone mocą. Choćby miała to być moc nadludzkiej bezczelności i obłudy.

A Kościoły, które się „liberalizują”, sprawiają wrażenie nie tylko słabo wierzących, ale słabych. Takich, które zamiast głosić prawdę, uprawiają marketing. Reagują na sygnały ze świata i z rynku. Kłamią, żeby być atrakcyjne. Ale atrakcyjne nie są, bo kłamią zbyt ewidentnie – lub zbyt mocno sprawiają wrażenie kłamiących.

Tu ortodoksyjny katolik się zaśmieje: „Ha ha, panie Piątek! Przyznaje pan, że liberalizm teologiczny protestantów się nie sprawdza i w ogóle jest nieautentyczny! Wszystkie pańskie wywody pokrętnie potwierdzają tezę, że polski katolicyzm trzyma się mocno, świetnie się broni i we wszystkich starciach nokautuje protestantyzm, bo jest prawdziwy!”.

Ortodoksyjny katolik nie powinien jednak tak się cieszyć. Bo w Polsce nie zwycięża jakakolwiek teologia, tylko lenistwo umysłowe i duchowe. A już na pewno nie zwycięża teologia ortodoksyjnie katolicka. Z badań wynika, że tylko 5 proc. polskich katolików zna i wyznaje dogmaty swojego Kościoła.

Zresztą, arbitralny tyran na kazalnicy też nie jest prawdziwy. On również zaspokaja zapotrzebowanie rynkowe: zapotrzebowanie na świętość całkowicie arbitralną i straszną. Często jest po prostu dilerem nienawiści. Ale jego uzależnienie od rynku nie jest aż tak widoczne. Bo postrzegany jest jako „aktywna moc”, nie jako „reaktywna słabość”. Dlatego się lepiej sprzedaje.

Zoofilu, więcej czadu?

Jak więc szukać wolności, nie tracąc mocy? Jak szukać mocy, nie zdradzając wolności? Jak szukać jednego i drugiego, nie sprzedając się kłamstwu?

Reformacja w XVI wieku była mocna nie dlatego, że dopuściła pożądaną przez ludzi liberalizację. Była mocna dlatego, że tę pożądaną liberalizację zainicjowała. I zainicjowała ją na podstawie wiary. Nie naśladowała świata, tylko mu przewodziła. Szczerze wierząc w to, co robi.

Kusi myśl, by jakoś powtórzyć ten manewr.

Świat chciałby iść naprzód, ale nie wie dokąd. Spora część Zachodu chciałaby więcej wolności. Ale ma już antykoncepcję, aborcję, tolerancję dla różnych orientacji seksualnych, małżeństwa jednopłciowe… Co teraz?

Na Zachodzie niektórzy uważają, że trzeba kontynuować transgresje i „brejkać wszystkie rule”. Niektórzy ateistyczni wyznawcy przyjemności chcieliby legalizować zoofilię lub promować kanibalizm. Niektórzy chrześcijanie – tak reformowani, że aż żadni – chcieliby błogosławić promiskuityzm.

Zapominają, że nie wszystkie transgresje mają sens.

Chciałoby się więc powiedzieć: świat nie umie szukać nowych dróg dla wolności. Nowych, ale sensownych. My mu poszukajmy. Szukajmy ich w Ewangelii, bo inaczej nie będą sensowne. Zaskoczmy świat czymś, co będzie bardziej obrazoburcze niż zoofilia – a jednak dobre i chrześcijańskie. Przeczytajmy w tym celu Dobrą Nowinę na nowo.

Niestety, to znów byłoby działanie pod presją świata. Działanie trochę bardziej „kreatywne” i „proaktywne” niż bierne akceptowanie modnych trendów. Ale nadal działanie marketingowe. Próba „dobrego się sprzedania”. Oparty na dotychczasowych doświadczeniach plan podbicia świata poprzez przypodobanie mu się (tyle, że w bardziej inteligentny i zaskakujący sposób).

Reformacja takim manewrem nie była. Kiedy brat Marcin Luter zaczął czytać Biblię, nie chciał – o ile wiemy – zdobywać duchowej władzy nad Zachodem. Chciał pomóc sobie, bratu Marcinowi. Miał szczere pragnienie, by żyć po chrześcijańsku. I w miarę możności mniej się męczyć.

Oddziaływanie bez reklamy

Słowa „atrakcyjność, atrakcja” pierwotnie znaczyły po prostu „przyciąganie”. Teraz znaczą bardziej: „obietnica przyjemności”, „coś, co dobrze się reklamuje” albo „coś, czym się reklamuje coś innego”.

Mam ochotę zacytować tutaj jedną z 12 tradycji Anonimowych Alkoholików: „Nasze oddziaływanie na zewnątrz opiera się na przyciąganiu, a nie na reklamowaniu”. Bo tak w ogóle to marzę, żeby Kościoły chrześcijańskie zaczęły się uczyć od wspólnot takich jak AA. Opartych na programie 12 kroków i 12 tradycji.

W swoim czasie owe wspólnoty nauczyły się wiele od Kościołów chrześcijańskich. Ale wyciągnęły z tej nauki szczególne wnioski. Teraz odbywa się w nich ogromna praca duchowa. Ogromna i cicha – a szeregi wspólnot rosną. Może dlatego, że się nie reklamują. Nie snują planów marketingowych „podbicia tego świata przez przypodobanie się temu światu”.

Uważam, że każdy seminarzysta czy student teologii powinien chodzić na grupy AA (na tzw. mityngi otwarte mogą przychodzić osoby nieuzależnione). Chodzić i słuchać. I byłbym szczęśliwy, gdyby nasze parafie bardziej przypominały takie grupy. Na Zachodzie ktoś już o tym pomyślał: istnieją Sinners Anonymous, Anonimowi Grzesznicy. Ruch chrześcijański, który głosi, że grupa wsparcia oparta na 12-krokowym programie rozwoju duchowego powinna być wzorem dla zboru. A szersza wspólnota takich grup – wzorem dla Kościoła.

Niestety, nie mam w tej chwili wiarygodnych świadectw mówiących o funkcjonowaniu Anonimowych Grzeszników na Zachodzie. Ale będę drążył temat. Na razie myślę, że poszczególne lokalne komórki takiego ruchu można by oprzeć na konkretnych zborach. I że powinny być otwarte dla wszystkich denominacji. Także dla katolików.

Katolicy pracujący nad sobą we wspólnotach 12-krokowych zwykle o wiele bardziej przypominają protestantów niż innych katolików. Nie ma w nich ani fanatyzmu ortodoksów, ani letniości tzw. post-katolików. Nie myślę więc o ruchu grzeszników jako kolejnym „sprytnym manewrze”, który mógłby zwiększyć atrakcyjność protestantyzmu i „wyłuskać” katolików z ich Kościoła. W takim ruchu katolik mógłby pozostać katolikiem, a jednak słowo „katolik” zaczęłoby znaczyć coś innego.

Myślę o początku czegoś dużego. O zupełnie nowej organizacji, która mogłaby istnieć ponad denominacjami – a równocześnie „pod nimi”. Bo łączyłaby je oddolnie, tworząc jedność nowego typu. Jedność, która mogłaby być Kościołem już nie protestanckim czy katolickim, ale wreszcie chrześcijańskim. Tyle że to wymagałoby pracy nad sobą w małych grupach – a nie marzeń o podboju Polski czy władzy nad światem.

Oczywiście na tym świecie żyjemy i musimy w nim walczyć z tyranią i wyzyskiem. Walczyć o wolność chrześcijanina, równość wobec Boga i ewangeliczne braterstwo. Ale przede wszystkim musimy pracować nad sobą. Jeśli podczas tej pracy pojawią się doświadczenia, które mogą pomóc innym ludziom, dzielmy się z nimi.

Być może w globalnych – i nieustannych aż do przyjścia Pana – walkach ze złem możemy odegrać jakąś rolę. Może nawet ważną. Ale nie te role i nie te walki powinny być dla nas najważniejsze. Tylko praca nad sobą w Chrystusie.

Tomasz Piątek – pisarz, psycholingwista, członek redakcji Miesięcznika Ewangelickiego

Numer 7-8 (27-28), 22.07.2015