Braterstwo narodów | Tomasz Piątek

Wielcem zakłopotany, do polemicznego boju z Sz. P. Józefem Ryniowskim przystępując. Albowiem trudną jest szermierka duchowa, gdy uczucia i myśli adwersarza tak dalece od moich są odległe… A Ryniowskiego rozumienie społecznej roli wiary jawi mi się archaicznem, wręcz zaprzeszłem!

Przepraszam za tę prześmiewczą stylizację, ale nasunęła mi się spontanicznie. Rozważania o narodotwórczej roli wyznania widzę jako bezsensowne, gdy ludzie, towary, myśli, a nawet prawa przekraczają wszelkie etniczne bariery i państwowe granice.

Nieustannie pochłaniamy kulturę obcojęzyczną (w tłumaczeniu, a coraz częściej w oryginale). „Obce” wspólnoty ponadnarodowe skłaniają nas do przyjmowania swych rozwiązań prawnych, co ma zalety, ale też i wady. Nasze pieniądze, złożone na kontach bankowych, w rzeczywistości wciąż krążą dookoła Ziemi. Nasz względny dobrobyt związany jest z nędzą Trzeciego Świata. Żyjemy na koszt cudzoziemców, a inni cudzoziemcy żyją na nasz koszt.

Migrujemy do „obcych” państw, żeby uszczknąć coś z ich bogactwa. Inni migranci w podobnym celu migrują do nas. W tej sytuacji ewangeliczny nakaz miłości bliźniego i międzyludzkiej solidarności szczególnie ujawnia swój ponadnarodowy sens. A przeznaczanie cennego czasu i energii na jakieś szczególne „wzmacnianie polskiej tożsamości” staje się coraz bardziej wątpliwym pomysłem.

Jak widać, używam tu argumentów świeckich. Ale w tym, co napisałem wyżej, najważniejsze są dla mnie słowa: „ewangeliczny nakaz”. Jestem bliski pewności, że nakazana nam przez Biblię solidarność międzyludzka ma charakter mocno ponadnarodowy.

Piszę „mocno”, bo uważam, że ponadnarodowość tej solidarności nie jest jej poboczną i warunkową cechą, która w niektórych przypadkach ewentualnie może się ujawnić… Przeciwnie: Słowo Boże uczy mnie, że chrześcijańska miłość bliźniego z samej swej istoty przekracza wszelkie „naturalne” i zwyczajowe różnice. Także te etniczne.

Oczywiście – jak pisał wybitny prawosławny teolog Paul Evdokimov – Biblia nie jest Koranem. Nie jest jasną i prostą „instrukcją obsługi życia”. W Słowie Bożym jest wiele sprzeczności. One być może nie są sprzeczne dla Nieskończenie Rozumnego Boga – ale dla naszego ograniczonego rozumu są. Możliwe, że Bóg dał nam te sprzeczności jako problem do rozwiązania. Możliwe, że dał nam je jako problem nierozwiązywalny, aby upokorzyć naszą pychę intelektualną. Trzeba więc o nich rozmyślać – ale z pokorą. Każdy z nas może je interpretować, jednak nikt nie może być absolutnie pewny swej interpretacji. Poza nakazem miłości Boga, miłości bliźniego i przestrzegania Dekalogu – wskazanymi przez Jezusa w Ewangelii jako najważniejsze nauki Pisma – mało jest w Słowie rzeczy jednoznacznych.

Ale właśnie nakaz miłości bliźniego jest jednoznaczny. A te fragmenty Słowa, które sugerują, że ma to być miłość „ponadnarodowa”, brzmią jasno i mocno. Jaśniej i mocniej niż cytaty przytaczane przez mojego polemistę, rzekomo zalecające prymat więzi narodowej.

Przede wszystkim, mocno naciągane jest interpretowanie przykazania „Czcij ojca swego i matkę swoją” jako nakazu miłości „ojczyzny”. A naciąganiem do kwadratu jest wykorzystywanie tego przykazania do stawiania miłości „ojczyzny” ponad nakazem miłości bliźniego (każdego bliźniego, także cudzoziemca). Powoływanie się na „autorytet” Jana Pawła II – jak to niespodziewanie czyni mój adwersarz, skądinąd bardzo antykatolicki – nie jest dla ewangelika żadnym argumentem.

Ten adwersarz tak oto pisze o mnie i innych chrześcijanach „nienarodowych”: „Można od nich usłyszeć, że »patriotyzm nie jest dla chrześcijanina, bo jego ojczyzną jest Królestwo Niebieskie« albo inne, podobne kłamstwa. Często opierają oni swoje przekonania na fragmencie trzeciego rozdziału Listu do Galatów: »Nie masz Żyda ani Greka, nie masz niewolnika ani wolnego, nie masz mężczyzny ani kobiety; albowiem wy wszyscy jedno jesteście w Jezusie Chrystusie«. Zdają się jednak nie dostrzegać tego, że fragment ten dotyczy jedynie negowania opisywanej w Starym Testamencie wyższości Żydów nad innymi narodami”.

Obawiam się, że mój oponent sam sobie przeczy, cytując ten fragment w całości. Miałby on dotyczyć jedynie wyższości Żydów nad innymi narodami? To czemu mówi też o kobietach i mężczyznach, niewolnikach i panach? Zacytowane słowa Pawła radykalnie unieważniają najważniejsze różnice międzyludzkie: społeczne i płciowe. Jeżeli chcemy zachować minimum konsekwencji i logiki, to słowa o Żydach i Grekach trzeba interpretować podobnie. Jako unieważnienie kolejnej z najważniejszych różnic międzyludzkich: różnicy etnicznej.

Mój polemista oskarża dalej: „Co ciekawe, często też nie wspominają zupełnie nic o innych fragmentach Nowego Testamentu, na przykład o Dziejach Apostolskich, w których możemy przeczytać: »Bóg, który stworzył świat i wszystko, co na nim, Ten, będąc Panem nieba i ziemi, nie mieszka w świątyniach ręką zbudowanych ani też nie służy mu się rękami ludzkimi, jak gdyby czego potrzebował, gdyż sam daje wszystkim życie i tchnienie, i wszystko. Z jednego pnia wywiódł też wszystkie narody ludzkie, aby mieszkały na całym obszarze ziemi, ustanowiwszy dla nich wyznaczone okresy czasu i granice ich zamieszkania, żeby szukały Boga, czy go może nie wyczują i nie znajdą, bo przecież nie jest On daleko od każdego z nas« (17:24-27)”.

Hm. Ja w tych słowach widzę raczej uniwersalizm niż narodowy partykularyzm. Wszystkie narody pochodzą z jednego pnia i zostały z niego wywiedzione przez jednego Boga, aby razem tego jednego Boga szukały. Zatem mowa tu o wielkim Bożym braterstwie narodów! W tym braterstwie oczywiście istnieją pewne różnice: wyznaczony każdemu narodowi jego czas i granice jego zamieszkania. Ale różnice te mają służyć odnalezieniu wspólnego Boga, więc chyba też pełnej wspólnoty w Bogu?

Co więcej, Ryniowski pomija tu całkiem kontekst zacytowanych słów. A szkoda. Bo wypowiadając je, apostoł Paweł dokonuje dramatycznego przekroczenia bariery nie tylko wyznaniowej, ale i etnicznej (dla Żydów jedna z drugą wiązały się i wiążą bardzo mocno, jeśli nie są wręcz tożsame). Mówi do nieczystych gojów (goim znaczy dokładnie „narody”, domyślnie „obce narody”…). Przemawia do nich w kolebce ich nieczystej, obcej, gojowskiej mądrości – na ateńskim areopagu. Tam naucza gojów jak swoich. Więcej: naucza ich, że są jak swoi. Mówi: „Wierzycie w tego samego Boga co my, choć nie do końca jesteście tego świadomi”.

Następny argument mego oponenta: „Pomijają również fragment Listu do Efezjan, gdzie jest napisane: »Dlatego zginam kolana moje przed Ojcem, od którego wszelkie ojcostwo na niebie i na ziemi bierze swoje imię« (3:14-15). W łacińskiej wersji pada tam słowo patria, czyli ojczyzna”.

O ile wiem, przy szukaniu pełnego i głębokiego sensu słów Pisma, dla ewangelika najważniejszy jest język oryginału. A tak się składa, że żadna z Ksiąg Starego i Nowego Testamentu nie została napisana po łacinie… Oczywiście, znajomość pierwszych tłumaczeń łacińskich może być pomocna przy ustalaniu dokładnych znaczeń greckich słów Nowego Testamentu (dokładnych znaczeń, jakie greckie słowa Nowego Testamentu miały w momencie jego pisania). Ale o ile internet nie kłamie, w łacińskiej Wulgacie słowo patria – „ojczyzna” – w cytowanym fragmencie Listu do Efezjan nie występuje! W Wulgacie mamy tu słowo paternitas czyli po prostu „ojcostwo”. Słowo patria występuje natomiast w wersji greckiej. Tyle, że według wszystkich znalezionych przez mnie słowników, w starożytnej grece patria oznacza rodzinę, dom, klan, rodowód, plemię, rasę, krew przodków. Jako pierwsze znaczenia podawane są te „rodzinne”. Te bardziej „narodowe” są z nich wyprowadzane. I dotyczą nie ziemi, nie społeczeństwa, nie obywatelskiej przynależności do obywatelskiej wspólnoty – tylko tożsamości opartej na krwi.

Czy zatem o takie plemienne, rasistowskie rozumienie wspólnoty narodowej Ryniowskiemu chodzi? O „genetyczno-etniczny” nacjonalizm? Chyba nie, skoro przywołując przykłady pozytywnej roli protestantów w dziejach Polski wspomina też ludzi o obco brzmiących nazwiskach…

Ale zostawmy amatorskie próby analizy języka oryginału (takie rzeczy lepiej powierzyć ekspertom, i to pracującym komisyjnie: teolog + filolog + lingwista). Wiele fragmentów Biblii całkiem jasno mówi, że solidarność międzyludzka jest ważniejsza od narodowej. Tak jasno, że chyba możemy obyć się tu bez lingwistów.

Ewangelie mówią, że Jezus czynił cuda dla nie-Żydów i nauczał Samarytan. W przypowieści o dobrym Samarytaninie Nasz Pan mówi wyraźnie, że więź oparta na miłości bliźniego jest ważniejsza niż przynależność do tej samej wspólnoty wyznaniowo-etnicznej. W innych miejscach przeciwstawia szczerą wiarę lub pokorną postawę niektórych „obcych” słabej wierze i nikłej otwartości umysłu wielu Żydów (Łuk 7:1-10; Mat 8:5-13, Mat 12:41-42, Mat 11:21-22). Swoich uczniów posyła, aby nauczali wszystkie narody (Mat 28:19-20), a nawet całą ludzkość, całe stworzenie. Bez odnotowywania, że ta całość dzieli się na poszczególne narodowości (Mar 16:15).

Co do Pawła, to jego ponadnarodowy uniwersalizm stał się natchnieniem nawet dla myślicieli niechrześcijańskich, jak np. Alain Badiou i Slavoj Žižek. Pewnie można im zarzucić, że czytają apostoła przez pryzmat swych lewicowych, liberalno-komunistycznych przekonań. Zostańmy więc przy argumentach bardziej biblijnych: uniwersalizm Listu do Galatów potwierdza Pierwszy List do Koryntian. „[B]o też w jednym Duchu wszyscy zostaliśmy ochrzczeni w jedno ciało – czy to Żydzi, czy Grecy, czy to niewolnicy, czy wolni, i wszyscy zostaliśmy napojeni jednym Duchem” (12:13). I w wersetach następujących bezpośrednio po tym fragmencie Paweł porównuje różne osoby z różnych narodów i klas społecznych znajdujące się w Kościele do wielu członków jednego ciała. Mówi, że bez siebie żyć nie mogą, taką są jednością!

Uzasadnień dla „etniczności” i nacjonalizmu łatwiej szukać w Starym Testamencie. Opowiada on przecież o czci oddawanej Bogu poprzez naród wybrany, w tym celu bardzo ostro oddzielony od innych narodów. Ale właśnie w Starym Testamencie znajdujemy wciąż takie oto fragmenty: „Przychodnia nie będziesz gnębił ani uciskał, bo sami byliście przychodniami w ziemi egipskiej” (II Mojż. 22:21), „Przychodnia nie uciskaj, sami bowiem wiecie, jak się czuje przychodzień, wszak byliście przychodniami w ziemi egipskiej” (II Mojż. 23:9). Kolejne: „Jeżeli w waszej ziemi zamieszka z tobą obcy przybysz, nie będziesz go gnębił. Obcy przybysz, który mieszka z wami, niech będzie jako tubylec wpośrod was samych. Będziesz go miłował jak siebie samego, gdyż i wy byliście obcymi przybyszami w ziemi egipskiej. Ja, Pan, jestem Bogiem waszym” (III Mojż. 19:33-34). „Nie naruszaj prawa obcego przybysza ani sieroty. Nie bierz w zastaw odzienia wdowy. Pamiętaj też, że byłeś niewolnikiem w Egipcie, a odkupił cię stamtąd Pan, Bóg twój; dlatego ja nakazuję ci, abyś to czynił” (V Mojż. 24:17-18). I jeszcze: „Przeklęty, kto narusza prawo obcego przybysza” (V Mojż. 27:19).

Jak widać, gdy Bóg ustanawia odrębność ludu wybranego – będącego Jego specjalną własnością, wykupionego przez Niego – równocześnie nakazuje mu uniwersalizm czy też etniczny altruizm! Nakazuje mu traktowanie obcego jak rodaka. I przy tym nakazie podkreśla swą wyjątkową Istność i władzę: „Ja, Pan, jestem Bogiem waszym”.

Wszystko to znaczy, że „ponadnarodowa” interpretacja ewangelicznej miłości bliźniego jest co najmniej tak samo uprawniona, jak ta „narodowa”. Jeśli nie bardziej.

Dlatego dziwnie brzmią rzucane przez mojego oponenta oskarżenia: „…Kościoły protestanckie pozwoliły sobie przypiąć łatkę »niemieckości« czy nawet »antypolskości«. Ich przedstawiciele nierzadko sprawiają wrażenie ludzi, którzy wpadli w tryby propagandy sianej przez katolickich fundamentalistów. Przykładem takiej osoby jest między innymi Tomasz Piątek, który wbrew nauczaniu Pisma świętego odcina się od patriotyzmu. I choć stara się odrzucić rzymski katolicyzm na wszystkie niemal sposoby, to w rzeczywistości prezentuje iście katolicki sposób myślenia o miłości do ziemskiej ojczyzny”.

Spróbuję odpowiedzieć po kolei.

Zarzut występowania wbrew nauczaniu Pisma świętego moim skromnym zdaniem upada w świetle przytoczonych wyżej fragmentów. Jeśli się mylę, proszę mnie przekonać biblijnymi argumentami.

Wywodzenie ewangelickiego uniwersalizmu z niemieckości przez antypolskość jest piętrowym absurdem. Uniwersalizm wyklucza mocne wiązanie się z „niemieckością” tak samo jak z „polskością”. Wyklucza też jakiekolwiek wiązanie się z „antypolskością”. To, że polscy kato-nacjonaliści w swej ignorancji utożsamiają protestantyzm z „niemczyzną”, nie ma nic wspólnego z naszym sporem. O ile jest to spór poważny…

Czystym surrealizmem jest przypisywanie ewangelickim uniwersalistom pokrętnych toków myślenia, które – jeśli dobrze zrozumiałem – miałyby wyglądać jakoś tak: „Ach, oskarżają nas o niemieckość, więc bądźmy Niemcami, a że niemieckość jest niepolska, to jest również uniwersalistyczna, bowiem »uniwersalistyczność« też jest niepolska, zatem bądźmy uniwersalistami”. Nie wiem, jak to skomentować. „Jestem borsukiem, ale oskarżają mnie, że jestem niedźwiedziem, no to będę również delfinem, bo delfin też nie-borsuk”.

Zarzucanie mi „katolickości” pozostawię bez komentarza. Kojarzenie Kościoła katolickiego z uniwersalizmem uważam za błędne. Gdy Kościół katolicki przyjmuje zasadę: „Nie ma zbawienia poza Kościołem katolickim”, to nie jest uniwersalistyczny. Odchodzi od ciasnego partykularyzmu narodowego – ale nie zastępuje go uniwersalizmem, tylko ciasnym partykularyzmem „denominacyjnym”, wyznaniowym. W mojej ocenie – niebiblijnym i niechrześcijańskim. Bo z zacytowanych przeze mnie fragmentów wynika jasno, że Słowo Boże radykalnie przekracza oba te partykularyzmy. Zarówno etniczny, jak i wyznaniowy.

A co do lokalnej praktyki politycznej, to katolicyzm nieraz łączył się bardzo mocno z różnymi „tożsamościami narodowymi” i nacjonalizmami. Hiszpania określała się niegdyś jako monarchia arcykatolicka, a z tortur inkwizycji zrobiła wręcz rację stanu. W Irlandii katolicyzm stał się ideologią narodową w sposób totalny, niemal totalitarny (mimo, że o wolność Celtów walczyli też niekatolicy, a przywódcami tej walki bywali bojownicy tak „niejednoznaczni” jak Pádraig Pearse). Znanej nam wszystkim ideologii „Polak-katolik” nie muszę chyba tu opisywać.

Właśnie, przejdźmy do Polski. Mój oponent pisze o zasługach protestantyzmu dla naszego kraju, o jego polskiej narodowej chwale („w historii mojej ojczyzny protestantyzm zapisał się złotymi literami”, „chwalebna historia polskiego protestantyzmu”). Pragnę przypomnieć Ryniowskiemu, że soli Deo gloria – chwała należy się tylko Bogu. A protestantyzm i protestanci nie mają żadnych zasług. Jeżeli zrobili coś dobrego, Boży to dar. W ludzkie zasługi wierzą katolicy, a i to nie wszyscy. Protestanci wierzą w łaskę.

Kolejne cytaty: „Nie sposób nie zauważyć, że reformacja była także jednym z najważniejszych czynników kształtujących powstawanie świadomości narodowej w przesiąkniętej przez średniowieczny uniwersalizm Europie (…) Protestantyzm był ostoją świadomości odrębności narodowej”. „Protestantyzm jest bowiem ze swej natury narodowy…”. „…mogę jednak z całą pewnością stwierdzić, że to właśnie wyznanie protestanckie wydaje się odpowiedniejsze dla naszego narodu i ojczyzny”.

Brrr. Takie zachwalanie wiary widzę jako tępe kastrowanie ewangelicznego i ewangelizacyjnego przekazu. Zniekształcanie i ograniczanie go do „korzyści narodowej”. Jak się to ma do wiary? Do wiary, która oczywiście działa w świecie, częściowo może nawet go przemienia – ale stoi ponad wszelkimi świeckimi celami? Pachnie to koniunkturalizmem. Polak, wiadomo, nacjonalista – więc spróbujmy mu zagrać na tej strunie hymn ewangelicki…

Nie tędy droga. Jestem protestantem i głoszę protestantyzm, bo wierzę, że jest on szczególnie zgodny ze Słowem Bożym. A potem – szczególnie dobry dla ludzi. Dla ludzi, nie dla jednego narodu. Dla ludzi nie jako członków swego narodu, ale jako ludzi: czujących i myślących dzieci Bożych. Z korzyści, jakie ludziom daje protestantyzm, najważniejsze są te duchowe. Te społeczne dopiero z nich wynikają.

Dlatego nawracać trzeba Duchem, nie liberalnym brzuchem („protestantyzm wiedzie do dobrobytu!”) czy narodowym obuchem („protestantyzm wzmacnia narodową krzepę!”).

Tu muszę przyznać, że ja też popełniam nieraz podobny błąd. Argumentuję, że protestantyzm jest bardziej nowoczesny, wspólnotowy i lewicowy… Co moim zdaniem jest prawdą. Ale raczej nie jest najistotniejsze. A przesadnie podkreślane, może być zgubne.

Bo właśnie polska historia uczy, jak wielkim zagrożeniem dla reformacji jest zbyt płytka i zbyt świecka motywacja konwertytów. W XVI wieku polska szlachta gremialnie wybierała kalwinizm nie dlatego, że głęboko uwierzyła. Tylko po to, żeby nie płacić dziesięciny. Nic dziwnego, że dom zbudowany na takim piasku się nie ostał.

Jestem literat, więc nie mogę się oprzeć nieco powieściowej wizji. Gdy już się bractwo nachapało, to odezwały się wyrzuty sumienia: „Oj, teraz trzeba szybko odpokutować, odmówić sto zdrowasiek, może nawet oddać ojczulkom jakiś procent zaległości!”. I buch na kolana przed jezuitami…

Niejedyny to zresztą przykład cząstkowej pseudo-reformacji w naszych dziejach. W pierwszej połowie XX wieku polscy katolicy „nawracali” się na inne wyznania, głównie na protestantyzm, bo bez tego nie mogli dostać rozwodu (takie mieliśmy prawo przed wojną). Boy-Żeleński pisał, że nowa fala reformacji idzie przez Polskę. Ale pisał też, że pastorzy się przed nią bronią. Bo widzą fałsz tych „nawróceń”. Oczywiście, nie twierdzę, że nikt z tych konwertytów nie zaznał łaski wiary. Bóg działa na różne sposoby. Jednak co z tej fali zostało? Kto dziś o niej pamięta?

O tym wszystkim mój polemista nie mówi. Bije się tylko w pierś za „działania przeciw Polsce” niektórych protestantów, a imiennie – Bogusława Radziwiłła. Chybiony to żal. W przypadku Radziwiłłów nie ma większego sensu oskarżanie ich o „zdradę ojczyzny” na rzecz luterańskiego, a w Polsce prokalwińskiego króla Szwecji. Gdy trzeba wybierać między „ojczyzną” a wiarą, wybór jest oczywisty – wiara! W przypadku potopu szwedzkiego za walką ze Szwedami przemawiały względy nie ojczyźniane, a miłość bliźniego. Bo niezależnie od wyznania i narodowości ludzi trzeba chronić przed łapczywymi i okrutnymi żołdakami. Ich najazd, choćby byli protestantami, raczej nie jest wyrazem ewangelicznych wartości i szczerej wiary…

Otóż to: cierpienia tzw. szarego człowieka. Radziwiłłów, jak i innych magnatów, obciąża najbardziej obojętność wobec tych cierpień. Nie tylko podczas potopu. Radziwiłłowie byli nieludzkimi wyzyskiwaczami tysięcy pańszczyźnianych niewolników. I ich politykowanie ze Szwedami – na ile dzisiaj można to ocenić – wygląda na powodowane nie tylko wiarą, ale również interesami szlacheckich latyfundystów. Czyli bezwzględną chciwością i pychą. Historyk Ludwik Stomma twierdzi, że oni przede wszystkim chcieli uchronić swe ogromne włości przed wojennymi stratami (aczkolwiek można tu argumentować, że w ten sposób bronili swego udręczonego ludu przed jeszcze gorszymi udręczeniami ze strony wojska).

Tyle o przeszłości. Dziś wybuchające w Polsce ciągle kato-skandale znów budzą reformacyjne nadzieje. Ale jeżeli nowa polska reformacja będzie tylko „antykatolicka”, tylko „liberalna”, tylko „narodowa”, tylko polityczna – to boję się, że znowu się nie uda.

Tak samo, jeśli będzie tylko „lewicowa” i „uniwersalistyczna”. Piszę ten tekst jako lewicowiec i uniwersalista – ale przede wszystkim chrześcijanin (bardzo grzeszny). „Ludzkość” jawi mi się bardziej biblijnym ideałem niż „naród”. Wiem jednak, że „ludzkość” tylko o tyle jest możliwa, o ile zjednoczy ją Bóg (oczywiście, nie zakładam wykluczenia z tego procesu niewierzących i innych niechrześcijan: mam nadzieję, że Duch Święty jednoczy ludzkość także poprzez niechrześcijan, pomiędzy niechrześcijanami i w niechrześcijanach).

Wierzę w Boga, nie w „ludzkość”. Bo „ludzkość”, lewicowość i uniwersalizm mają sens tylko o tyle, o ile mają podstawę w Słowie Bożym i w Woli Boga. Jeżeli takiej podstawy nie mają, zapewne sczezną.

Podobnie jak narody – gdy tak zechce Pan.

Tomasz Piątek – pisarz, psycholingwista, członek redakcji Miesięcznika Ewangelickiego

Numer 9(29) 2015, 15.09.2015