Dobro wraca z innej strony | Biruta Przewłocka-Pachnik

Diakonia instytucjonalna to jedno. Ale jest też diakonia, która powstała w inny sposób: to kobiety się skrzyknęły i postanowiły, że będą pomagać innym – z diakonką Birutą Przewłocką-Pachnik rozmawia Jakub T. Niewiadomski

Jakub T. Niewiadomski: Co to w ogóle jest Diakonia i dlaczego istnieje w Kościele ewangelicko-reformowanym?

Biruta Przewłocka-Pachnik: Istnienie Diakonii ma swoje umocowanie w Prawie Wewnętrznym naszego Kościoła. Na samym początku rozdziału poświęconego Diakonii czytamy: „W celu udzielania pomocy osobom będącym w potrzebie w Kościele działa powołana przez Synod Diakonia Kościoła”. Drugim dokumentem mówiącym o Diakonii jest statut, również zatwierdzony przez Synod.

Diakonia instytucjonalna to jedno. Ale, po drugie, jest też diakonia, która powstała w inny sposób: to kobiety się skrzyknęły i postanowiły, że będą pomagać innym. Powstanie tej drugiej diakonii sięga wczesnych lat 80. ubiegłego wieku. Nie sposób nie wspomnieć tu pani Irmy Koterowej, która była duszą i inicjatorką jej powołania. Taki stan – grupy pracujących wolontariuszek – trwał do roku 2003, kiedy pojawił się pomysł, żeby diakonię zinstytucjonalizować, nadać jej osobowość prawną. I 27 kwietnia 2003 roku, na podstawie ustawy z 1994 r. o stosunku państwa do Kościoła ewangelicko-reformowanego w RP, ustawy z 1989 roku o gwarancjach wolności sumienia i wyznania oraz na podstawie rozporządzenia Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji Diakonia uzyskała osobowość prawną. To był pierwszy etap. Drugim było pozyskanie przez Diakonię statusu organizacji pożytku publicznego, co nastąpiło w 2007 roku. Od tamtej pory można odprowadzać 1 proc. podatku na jej cele statutowe.

Jakie to cele?

Według Statutu głównym celem jest „inicjowanie, wspieranie i koordynowanie pomocy charytatywnej oraz niesienie opieki duchowej osobom jej potrzebującym w Kościele”. I dalej, „Diakonia Kościoła, w ramach swoich możliwości, służy także swą pomocą i opieką osobom ich potrzebującym spoza Kościoła”. Ta ostatnia część jest bardzo ważna. Podczas naszej pracy diakonijnej, zwłaszcza gdy prowadziliśmy rozdawnictwo żywności osobom biednym, w każdą środę przychodziły tłumy. Pozyskiwaliśmy żywność z Banku Żywności. Kiedy liczba podopiecznych doszła do 200, to się załamałyśmy, zabrakło nam sił i możliwości.

Diakonia opiekuje się także wszystkimi członkami Kościoła powyżej 70 roku życia. Niestety tak się składa, że oprócz jednej osoby, która jest młoda i która przy tym piastuje stanowisko członka Rady Diakonii, wszystkie mamy już sporo powyżej siedemdziesiątki. I właściwie same sobą powinnyśmy się opiekować! To smutne, że nie możemy pozyskać młodych ludzi. Rozumiem, że jest praca zawodowa, nauka, i że często dopiero gdy człowiek jest na emeryturze, ma czas. Ale ze mną tak nie było. Z pracy przyjeżdżałam w każdy wtorek i w aptece rozdawałam leki w stanie wojennym.

Jak to wyglądało w praktyce?

Moja działalność polegała na tym, że razem z Anią Trentowską i Jurkiem Bollmanem kodowaliśmy leki. One przychodziły z zachodniej Europy i nie miały zapisanych terminów ważności. Korzystaliśmy więc z książek kodowych (każda firma miała własne kody). Odczytywaliśmy kody i określaliśmy, które leki są dobre, a które przeterminowane. Te dobre rozdawano za darmo, ale na podstawie recept, czego pilnowaliśmy, żeby nie było sytuacji, że ktoś bierze leki, które mu mogą zaszkodzić. Podobnie było przy rozdawnictwie odzieży z zagranicy (także środków czystości oraz paczek żywnościowych, bo po stanie wojennym nie było mowy o bankach żywności).

Czyli wtedy, jak i teraz, Diakonia KER nie skupiała się wyłącznie na reformowanych?

Tak, pomoc świadczyliśmy niezależnie od wyznania. Ktoś pokazywał receptę i na jej podstawie uprawnione do tego farmaceutki wydawały leki. Wszyscy pracowaliśmy jako wolontariusze. Opowiem anegdotę. Mieliśmy pudełko kartonowe dla datków co łaska. I nas okradli. Przyszedł jakiś drab, złapał pudełko i uciekł. Nikt nawet go nie gonił, bo ciemno już było, późna jesień. Różne niespodzianki się zdarzały. I jak w każdej pracy – są zagrożenia, z którymi trzeba się liczyć.

Żyjemy w kraju w większości katolickim. Na ile działalność Diakonii KER jest skuteczna?

Działalność Diakonii to przede wszystkim zwroty połowy ceny leków, które dany człowiek musi przyjmować. Z tego głównie ludzie korzystają. Podobnie jest z wypożyczalnią sprzętu medycznego – kule, wózki, chodziki. To wszystko, także odzież, dostajemy od ludzi. Jeśli odzieży nie rozdamy w parafii warszawskiej, wtedy przekazujemy ją Fundacji Ul pomagającej bezdomnym, która mieści się obok Dworca Głównego.

Rzeczy materialne – kule, wózki, ubrania – to wszystko Diakonia dostaje od darczyńców. Skąd Diakonia bierze pieniądze na refundacje leków?

Głównie z tzw. 1 proc., ale mamy również sponsorów. Konkretnie do Diakonii warszawskiej przychodzą pieniądze ze Szwajcarii. Szwajcarzy przysyłali nam wcześniej gotowe leki. Gdy zmienił się ustrój, okazało się, że za te leki trzeba będzie płacić cło, które nieraz przekraczałoby wartość lekarstw. Musieliśmy więc z tego zrezygnować.

Ostatnio przyszła kwota ok. 15 tys. franków. Mamy też bardzo miłego i oddanego sponsora z USA, którego matką aż do śmierci się opiekowałyśmy. Każdego roku przysyła nam pieniądze rzędu 50 tys. złotych. Te pieniądze nie są wyłącznie od niego osobiście. Jest tam grupa biznesmenów, która się na dar składa. My z kolei wysyłamy odpowiednie zaświadczenie, i nasi darczyńcy mogą sobie odliczyć kwotę od podatku. Działamy więc z obopólną korzyścią. Są też inne, indywidualne wpływy, jak ktoś chce zwyczajnie wpłacić na Diakonię.

Z kasy ogólnej Kościoła Diakonia nie dostaje pieniędzy?

Nie, żadnych.

W Nowym Testamencie opisana jest sytuacja, w której członkowie wspólnoty chrześcijańskiej gromadzili wszystko, co mieli i dzielili między siebie i potrzebujących. Dlaczego nie robimy tego teraz?

W miarę możliwości staramy się pomagać. Dysponujemy pieniędzmi, z których musimy się bardzo szczegółowo rozliczać, zwłaszcza odkąd jesteśmy organizacją pożytku publicznego. I co roku musimy składać sprawozdania. Gdy przyjdzie kontrola i wypadniemy źle, to nas skreślą z tej listy.

W zeszłym roku była taka sytuacja, że niestety spóźniliśmy się kilka dni ze sprawozdaniem i jednorazowo nie umieszczono nas na liście organizacji pożytku publicznego. Ale w tym roku już na niej jesteśmy i można przekazywać darowizny z tytułu 1 proc. Jeśli chodzi o sytuację w Warszawie, to bardzo dobrze orientujemy się w potrzebach osób, którym pomagamy. Ufundowaliśmy stypendium dla naszej parafianki. Studiowała na uczelni, na której było płatne czesne i w części je pokrywaliśmy. Teraz z kolei pomagamy parafiance z Zelowa. Pierwszy rok, zobaczymy jak będzie dalej.

W naszym statucie jest też zapisane, że wspieramy naukę i edukację. Te wszystkie działania ściśle związane są z przywilejami, które daje nam Statut. Nie ze wszystkich stale korzystamy. Inny punkt stanowi pomoc ofiarom katastrof i klęsk żywiołowych – rzeczywiście, gdy była wielka powódź w latach 90., wysłaliśmy całkiem niezłą kwotę na powodzian poprzez parafię luterańską na południu Polski.

Właśnie, jak wygląda współpraca z innymi wyznaniami, organizacjami? Jest Diakonia luterańska, co jeszcze?

Mamy bardzo dobrą współpracę przy akcji Wigilijne Dzieło Pomocy Dzieciom, którą już od wielu lat prowadzimy wspólnie z rzymskokatolickim Caritasem, prawosławnym Eleosem i Diakonią luterańską, obecnie Polską. I bardzo dobrze nam się ta współpraca układa. Mam bardzo dobre zdanie o księżach z Caritasu, którzy wiele dobrego robią, i to na olbrzymią skalę, bo oni rzeczywiście mają takie możliwości. To są ludzie ekumenicznie nastawieni, skromni, życzliwi. (Ks. Sawicki z Eleosu jest kopalnią dowcipów.) Bierzemy też udział w uroczystościach Ubi Caritas. W tym roku, po raz pierwszy, ufundowaliśmy nagrodę imienia ks. bp. Jana Niewieczerzała. Powołana jest kapituła, która co roku będzie ją przyznawać.

Nagroda im. ks. Jana Niewieczerzała jest przyznawana za działalność charytatywną?

Działalność charytatywną oraz działalność na polu diakonijnym. Ks. Mirosław Danysz został jej pierwszym laureatem – przysyłał do Polski transporty sprzętu medycznego z Niemiec w czasie stanu wojennego. Pomagał Diakonii, w tym finansowo. Gdy miałam przedstawić Statut Diakonii do KRS, żeby otrzymać status organizacji pożytku publicznego, potrzebowaliśmy prawnika. Wiedziałam na podstawie innych dziedzin mojej aktywności publicznej, że gdyby brakowało nawet przecinka, sąd wniosek zwróci. Ale prawnik sporo kosztował, więc ks. Danysz przysłał pieniądze.

Na uroczystości przyznania nagrody przedstawiłam jego życiorys, ks. bp Marek Izdebski wytłumaczył, dlaczego patronem nagrody został ks. Jan Niewieczerzał, jakie miał zasługi. Ks. Jan był przecież pierwszym prezesem Polskiej Rady Ekumenicznej. Statuetkę ze szkła zrobili nam plastycy z Zelowa.

Wspomniała pani o swojej działalności społecznej poza Diakonią i Kościołem. Znana jest pani z pracy w różnych inicjatywach kobiecych. Skąd tak wielkie zaangażowanie?

Wyniosłam je z rodzinnego domu. Mój ojciec, Olgierd Przewłocki, był człowiekiem szalenie zaangażowanym społecznie, każdemu by pomógł. Mógł oddać wszystko, do ostatniej koszuli. Był też zaangażowany w pracę w naszym Kościele. Jako inżynier po wojnie zupełnie za darmo razem z panem Burmajstrem remontowali wieże warszawskiego kościoła ewangelicko-reformowanego przy dzisiejszej al. Solidarności – w wieżę trafił pocisk. Wszystko, co było potrzebne dla Kościoła, ojciec robił za darmo.

Po wojnie w mieszkaniu moich rodziców na Wilczej odbywały się zajęcia szkółki niedzielnej, bo w parafii nie było takiej możliwości. Kościół był zrujnowany, ławki spalone. Ojciec zorganizował wycieczkę dla dzieci do Krakowa, pokrył wszystkie koszty. Parę lat po wojnie prowadził przedsiębiorstwo budowlane, dopóki nie wsadzili go do więzienia w 1948 r. za udział w AK. Zawsze mnie zachęcał do działalności. Mówił: „trzeba pomagać ludziom potrzebującym. Nie myśl, że to dobro, które dajesz, zwróci ci się od tej osoby – nie. Ale ono do ciebie zawsze wróci, z drugiej strony, ktoś inny ci pomoże”. Ja do tej pory to czuję – nadal gdy potrzebuję jakiejś pomocy, znajdą się ludzie, którzy pamiętają o mnie i chcą mi pomóc. To dla mnie bardzo cenne.

Była pani zaangażowana w działalność kościelną jako starsza Kościoła. Najpierw jako członkini kolegium parafii warszawskiej, później – prezeska konsystorza. Czy jako starsza zboru, a później całego Kościoła czuła pani, że jednak jej miejsce jest w Diakonii?

Do pracy w kolegium kościelnym zachęciła mnie Alina Burmajstrówna, która przez wiele lat była jego prezeską. Zgodziłam się kandydować i po wyborach wzięłam na siebie sprawy cmentarza – taka akurat była wolna działka. To nie trwało długo – konsystorz mnie wyłuskał z kolegium! Wcale się nie starałam o ten urząd! Po prostu przyszedł do mnie ksiądz biskup Zdzisław Tranda i powiedział: „słuchaj Biruta, jest taka sprawa – czy chcesz kandydować na prezesa konsystorza?”. Przeraziłam się w pierwszej chwili. Nie miałam się kogo poradzić – mój ojciec zmarł młodo w 1963 roku przez cierpienia, które poniósł w śledztwie. Pytałam męża, czy ja mogę w ogóle zabrać się za coś takiego, czy na tym dom nie ucierpi. Mój mąż też był społecznikiem, dużo działał z kolei na Sadybie, w radzie osiedlowej. Powiedział: „dlaczego nie? Spróbuj!”.

Pamiętam Synod, który był w Łodzi, prowadził go pan dr Brodziński. Moim kontrkandydatem był profesor Leszczyński senior. I wygrałam! Przygotowałam sobie mowę jak na kampanię wyborczą! Prezesowałam przez dwie kadencje. Nasze prawo dopuszczało trzy, zaproponowano mi więc i kolejną, ale podziękowałam. Powiedziałam, że moje małżeństwo się rozleci. Ciągle nie było mnie w domu. Mojemu mężowi, mimo iż mnie zachęcał, potem przestało się to podobać. Po śmierci ks. Jana Niewieczerzała wdowa – pani Benita – mieszkała w budynku parafii, przy konsystorzu. Któregoś razu mój mąż podszedł do mnie i mówi: „ja bardzo lubię panią Benitę, chętnie bym się nią zajął. Mamy duży dom, ogród. Pani Benita by sobie u nas zamieszkała, siedziałaby na ławeczce w ogródku. A ty zajmij jej mieszkanie, będziesz miała blisko do konsystorza!”. Pomyślałam – to koniec! Na trzecią kadencję się nie szykuję!

Potem trafiła pani do Diakonii.

W diakonii byłam od zawsze. Zostałam przewodniczącą Diakonii warszawskiej, bo wtedy jeszcze nie było mowy o ogólnokościelnej. To praca, która od początku mi odpowiadała. Wiedziałam, że te wszystkie urzędowe sprawy, które załatwiałam w konsystorzu, były Kościołowi potrzebne, ale w Diakonii realizowałam marzenia. Do tej pory świetnie mi się współpracuje z koleżankami. I z mężczyznami też – w Radzie Diakonii mamy dwóch: biskup z urzędu i Maciej Konwicki. Ale jest to działalność zdominowana przez kobiety.

Porozmawiajmy o działalności pozakościelnej.

Jeśli chodzi o pracę poza Diakonią, byłam przez dwie kadencje prezydentką YWCA (Young Women’s Christian Association). Do tej pracy wciągnęła mnie Kinga Stawikowska, która po wizycie w Norwegii, gdzie poznała tamtejszą YWCA, postanowiła odbudować tę organizację w Polsce. Kinga nie chciała być prezydentką, ale sekretarz generalną, bo nie pracowała, a sekretarz to jedyna płatna funkcja w YWCA. Te lata to była bardzo wydajna praca. Gdy sobie przypomnę, ile my robiłyśmy… Teraz YWCA dogorywa, nie ma chętnych, czasy się zmieniły. A przecież z YWCA wypłynęły takie organizacje, jak Federacja na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. YWCA to organizacja założycielska, my robiłyśmy pionierską pracę, mobilizowałyśmy personel Federacji. Wtedy, ponad 20 lat temu, Wanda Nowicka była przewodniczącą. Obecnie jestem w YWCA, ale nie żartujmy – to jest YOUNG Women’s, więc pełnię rolę honorowej członkini. Reprezentuję YWCA w Federacji, gdzie obecnie zasiadam w zarządzie jako skarbniczka.

Jestem też w La Stradzie – to druga instytucja, którą powołałyśmy. Na początku nazywała się Fundacja Przeciwko Handlowi Kobietami, obecnie: Przeciwko Handlowi Ludźmi i Niewolnictwu, bo okazuje się, że teraz dzieci niewolniczo pracują i mężczyźni trafiają do obozów pracy. W La Stradzie jestem w Radzie Fundatorek. Ciągle jeszcze działam na tych polach. Uczestniczę też w zajęciach Ekumenicznego Uniwersytetu Trzeciego Wieku.

Przez lata była pani aktywna na tak różnych polach działalności. Ktoś może powiedzieć, że one ze sobą nie współgrają.

Współgrają jak najbardziej! Przecież Federacja nie jest tylko „od aborcji”. Muszę powiedzieć, że my, jako YWCA, wchodziłyśmy do tej organizacji z zastrzeżeniem, że nie będziemy brały udziału w kampanii aborcyjnej. W naszym biurze nie było żadnego plakatu związanego z przerywaniem ciąży. Zresztą kobiety, które tworzyły Federację, się na to zgodziły. Natomiast jeśli chodzi o zdrowie kobiet – czy to nie jest chrześcijańskie? A planowanie rodziny? Dlaczego się rodzą dzieci niechciane? W uchwale Synodu, z którą jeździłam do Paryża na konferencję w sprawie planowania rodziny, jest napisane, że nie środki wczesnoporonne, ale środki antykoncepcyjne są dopuszczalne! A La Strada, no cóż – czy jesteśmy za niewolnictwem, za handlem ludźmi?!

Gdy rozpętała się burza wokół Federacji i aborcji, na konferencji dorocznej YWCA przyjęłyśmy stanowisko, w którym podkreśliłyśmy, że macierzyństwo jest sprawą sumienia każdej kobiety. Uważam, że te pola aktywności nie są przeciwstawne.

Czego życzy pani Diakonii na najbliższe lata?

Chciałabym, żeby młodsze osoby przyszły do pracy w Diakonii, żebyśmy im przekazały swoją wiedzę, postawę, miłość dla bliźniego. Bardzo nam brakuje młodzieży – przez to się akcja z żywnością skończyła, bo my, starsze panie, już nie mamy siły biegać do magazynu w piwnicy i z powrotem po schodach. Niestety odzew jest bardzo słaby. Ze względu na szczupłość kadry nie możemy wywiązywać się ze wszystkich obowiązków, jakie mamy zapisane w regulaminie.

Gdyby Diakonia była dużą organizacją, można by było otworzyć biuro i kogoś zatrudnić. Ale cały czas problemem jest szczupłość kadry i to, że wszystkie jesteśmy nie najmłodsze. Jestem też przewodniczącą komisji diakonijnej w Polskiej Radzie Ekumenicznej. Jakiś czas temu odbywało się tam szkolenie i warsztaty na temat jak pisać projekty unijne. Nie mamy ludzi do tego typu działalności. A moglibyśmy zrobić dużo więcej.

Biruta Przewłocka-Pachnik – prezeska Diakonii Kościoła ewangelicko-reformowanego w RP, była prezeska konsystorza tego Kościoła, działaczka na rzecz praw kobiet

Numer 3(23) 2015, 11.03.2015