Komu potrzebny jest chrzest? | Łukasz Cieślak

W Polsce maleje uczestnictwo w obrzędach religijnych (mszach, nabożeństwach), ale odsetek ochrzczonych nowo narodzonych dzieci pozostaje mniej więcej na tym samym poziomie. Czy zatem chrzest ma jakieś znaczenie, także dla osób na co dzień stroniących od Kościoła? Mówi się przecież, że chrzest to przyjęcie danego człowieka do wspólnoty kościelnej. Czyżby Polacy „zapisywali” – na wszelki wypadek (?) – dzieci do wspólnot, od których się dystansują?

Nie potrafię i nie chcę rozstrzygać dylematów, które mają niewierzący czy wątpiący rodzice w takiej sytuacji. Jeśli zastanowić się nad tym, czym jest chrzest, to może pojawić się całe mnóstwo wątpliwości.

Dla samych ochrzczonych dzieci najbardziej widocznym i odczuwalnym elementem życia po chrzcie jest to, że posługują się imieniem, które im wtedy nadano. Ale trzeba wspomnieć, że nie jest to tylko obrzęd, bo o chrzcie dużo i chętnie mówili i wciąż mówią teologowie. Przez wieki pojawiało się mnóstwo mniej lub bardziej kontrowersyjnych kwestii. Polewać, kropić czy zanurzać? W trakcie nabożeństwa czy w dowolnym terminie? Co z dziećmi zmarłymi, zanim się je ochrzci? Kto może być rodzicem chrzestnym? Dlaczego nie można się ochrzcić drugi raz? Czy można anulować chrzest? Do tego dochodzą często aspekty praktyczne: gdzie kupić świecę i białe ubranko? Jakie wybrać imię, a jaki cytat biblijny na nabożeństwo?

Patrząc na wiążące się z chrztem komplikacje można więc spytać – wcale nie bezzasadnie – komu tak naprawdę ten obrzęd jest potrzebny? A co za tym idzie, jak go umiejscowić w życiu chrześcijanina? Co można powiedzieć o własnym chrzcie? Przecież ich znakomita większość odbywa się z udziałem niczego nieświadomych osesków poddawanych religijnej procedurze. Niemowlęta nie pamiętają wydarzeń z pierwszego okresu życia – nie jestem w tym względzie wyjątkiem.

Co dla mnie znaczy „być ochrzczonym”? Komu tak naprawdę był/jest potrzebny mój chrzest sprzed wielu lat?

Warto przypomnieć, że Kościoły chrześcijańskie przyznające się do reformacji rozpoznają dwa sakramenty: Chrzest i Wieczerzę Pańską. Inne Kościoły mają odmienne katalogi sakramentów, jednak na ogół Chrzest jest wśród nich. W protestanckim rozumieniu, aby mówić o sakramencie, musi nastąpić połączenie Słowa Bożego i jakiegoś elementu materialnego (chleb i wino, woda) nakazanego w Piśmie Świętym. Ale czy w sakramentach dochodzi do fizycznej i postrzegalnej zmiany rzeczywistości? Czy w rękach księdza dokonuje się jakiś cud?

Mówię jasno: nie. Skoro w sakramencie Wieczerzy Pańskiej nie dokonuje się żadne mistyczne przeistoczenie czy przeobrażenie widzialnych elementów, to czy dzieje się coś magicznego w Chrzcie? Tu – konsekwentnie – uważam, że trzeba dać odpowiedź przeczącą. Jakie dziecko przyniesiono do kościoła, takie się z niego wyniesie. Skoro w Kościele poreformacyjnym odrzuciliśmy ofiary kapłanów i obrzędy magiczne, to trzeba – idąc za ciosem – powiedzieć, że w Chrzcie ludzkimi rękami nie dzieje się nic „nadprzyrodzonego” i czarodziejskiego.

A zatem po co chrzest? Otóż – tu będę ortodoksyjny – Chrzest niesie za sobą zapewnienie o Bożej łasce. Jednak zapewnienie to nie odbywa się ludzkimi siłami, ale dzieje się za sprawą Słowa Bożego i owej obietnicy, złożonej przez Jezusa, że kto wierzy i ochrzczony zostanie, będzie zbawiony (Mk 16,16).

Wracając zatem do pytania, komu jest potrzebny Chrzest, odpowiadam: wyłącznie człowiekowi. Tak samo jak Wieczerza Pańska. Jak to? Ano tak, jak pisał Jan Kochanowski: „Czego chcesz od nas, Panie, za Twe hojne dary? / Czego za dobrodziejstwa, którym nie masz miary? / Kościół Cię nie ogarnie, wszędy pełno Ciebie: I w otchłaniach, i w morzu, na ziemi, na niebie. / Złota też, wiem, nie pragniesz, bo to wszytko Twoje, / Cokolwiek na tym świecie człowiek mieni swoje.”.

To więc nie naszemu Panu potrzebne są sakramenty, ale nam samym. Są to swoiste zadania ofiarowane każdemu wierzącemu przez Chrystusa, który trwa w swoim Kościele, i który jest w nim obecny w tych właśnie znakach (sakramentach). Jednak nie ma w nich żadnej magii, a wyłącznie otwarta przestrzeń, którą można wypełnić sensem, to znaczy Dobrą Nowiną. Przestrzeń tę można też zupełnie porzucić (wszak Chrzest nikogo w Kościele nie zatrzyma, podobnie jak konfirmacja czy bierzmowanie).

Po co o tym piszę? Bynajmniej nie po to, aby unieważnić teologiczne pytania czy różnice w interpretacji chrztu, o których wspomniałem na wstępie. Tym bardziej nie roszczę sobie prawa do rozwikłania narosłych przez lata kontrowersji między różnymi wyznaniami. Chcę jednak powiedzieć, że niezależnie od tych różnic czy w ogóle od pojmowania roli, jaką można przypisać sakramentowi Chrztu, trzeba się zgodzić, że ma on sens tylko wtedy, gdy jego uczestnicy kierują swoją uwagę w trakcie obrzędu, ale przede wszystkim po nim, na fundament, którym jest Chrystus (1 Kor 3,11). Fundamentu innego niż Chrystus – jak wiadomo – nikt nie może założyć, a bez Niego polewanie, pokropek czy zanurzanie to puste gesty, puste słowa. Bez Niego to tylko teatr, w którym nie ma aktora. Coś zupełnie bez sensu.

Łukasz Cieślak – prawnik, członek redakcji Miesięcznika Ewangelickiego

Numer 5-6 (25-26), 19.05.2015