Komunia – chleb powszedni Kościoła | Kazimierz Bem

W minionym okresie pasyjnym razem z diakonami chcieliśmy zachęcić parafian do większej osobistej pobożności: modlitwy, uczęszczania na nabożeństwa, lektury Biblii oraz przystępowania do Wieczerzy Pańskiej. Co więcej, byliśmy zdania, że bez częstego uczestnictwa w owym mysterion (sakramencie), żadnego z innych celów nie da się osiągnąć. I tak po raz pierwszy w 350-letniej historii parafii wierni mieli możliwość cotygodniowego przystępowania do Komunii.

Przestroga Kalwina

Muszę od razu przyznać, że nasza parafia jest pod tym względem ewenementem. Za wyjątkiem baptystów czy kwakrów, reformowani są tym wyznaniem, które raczej nie słynie z doceniania Wieczerzy Pańskiej.

Jak zauważył kiedyś mój profesor od liturgii, jesteśmy niczym ów kupiec z przypowieści o pięknej perle. Jak wiadomo, kupiec ją znalazł i zakopał; siedzi i mruczy z zadowolenia, jaka jest piękna. Ale rzadko ją ogląda i dzieli się owym pięknem.

Jeśli moi współwyznawcy uważają, że przesadzam, to polecam następnym razem przyjrzeć się architekturze swojego kościoła. Jak duża jest ambona, a jak wielki Stół Pański? I czy zawsze Stół znajduje się w budynku kościoła? W Nowej Anglii zdarza się, że mebelek ten jest usuwany w niekomunijne niedziele, gdyż przeszkadza np. w liturgicznym tańcu.

Nie zawsze tak bywało. Mało osób pamięta, że jednym z postulatów reformacji było uczynienie Kościoła mniej elitarnym i przywrócenie dostępu do sakramentów wiernym, którzy do Komunii przystępowali raz do roku. W Strasburgu Martin Bucer nie tylko wprowadził Wieczerzę Pańską raz w miesiącu. Również tak ustawił grafik w poszczególnych parafiach, że była ona sprawowana w którymś z kościołów w każdą niedzielę. W ten sposób kto tylko chciał, mógł do niej przystąpić.

Jan Kalwin był pod wielkim wrażeniem strasburskiej praktyki. Zainspirowała go na tyle, że zaproponował coniedzielną Wieczerzę w Genewie. Ponieważ miała się wiązać z egzaminowaniem przez konsystorz, rajcy miejscy nie okazali się fanami tego pomysłu. Ostatecznie zgodzono się na Wieczerzę Pańską raz na kwartał. Jednak Kalwin traktował to jako rozwiązanie prowizoryczne, ostrzegając, że nabożeństwo bez kazania i bez sakramentu Wieczerzy Pańskiej jest nabożeństwem ułomnym (defectus). I że źle się skończy dla Kościoła, który je praktykuje.

Choć słowa swe Kalwin kierował z myślą o Kościele rzymskim, to słuszność ostrzeżenia potwierdzili… reformowani w Nowej Anglii. W XVIII wieku wśród potomków purytanów zwyczaj przystępowania do Wieczerzy Pańskiej praktycznie zanikł, a samą ceremonię wyprowadzono poza liturgię niedzielnego nabożeństwa! Zdarzały się przypadki, że parafia liczyła kilkaset osób, a do Komunii mogło przystępować po 20-30 wiernych.

Większość z tych zborów na przełomie XIX wieku podczas schizmy opowiedziała się za unitarianizmem. W następnym pokoleniu pastorzy unitariańscy, tacy jak Ralph Waldo Emerson, choć uwielbiali długie i intelektualne kazania, zarzucili zwyczaj Wieczerzy Pańskiej. Wskazywali – absolutnie logicznie – że przy ich teologii nie ma ona sensu.

I właśnie wtedy, gdy część reformowanych żegnała się z chrześcijaństwem i Wieczerzą, inni do niej wracali. Już na przełomie XVII i XVIII wieku Jean-Frédéric Osterwald (1663-1747) w kantonie Neuchâtel dokonał poważnych liturgicznych zmian, który obejmowały m.in. częstsze sprawowanie Wieczerzy Pańskiej. Zapoczątkowane przez niego reformy rozprzestrzeniły się na całą Szwajcarię i Francję. Jego dzieło kontynuował m.in. Eugène Bersier (1831-1889), pastor wpływowej parafii l’Etoile w Paryżu, a w USA John Williamson Nevin (1803-1886). Ruch Mercersburg, którego Nevin był inicjatorem, doprowadził do odnowy liturgicznej i teologicznej większości Kościołów reformowanych w Stanach Zjednoczonych.

Rzekome powody przeciwko

Oczywiście jest wiele powodów, dla których nie brak zwolenników rzadkiego sprawowania sakramentu Wieczerzy Pańskiej. W końcu, jak zauważył Kalwin, ludzki umysł jest nieustającą fabryką bożków. Gros z tych powodów wynika z historii – jak np. z braku duchownych czy braku liturgii itd. Jednak do wszystkich tych powodów później dorabialiśmy słabe intelektualnie argumenty teologiczne. Zazwyczaj pojawiają się one w trzech formach.

Po pierwsze, „nie, bo nie jesteśmy katolikami”. Argument ten poziomem infantylności przypomina „na złość mamie odmrożę sobie uszy”. Wieczerza Pańska nie jest zwyczajem ani katolickim, ani prawosławnym, ani tym bardziej reformowanym. Jest to sakrament (mysterion), który czyni z nas chrześcijan.

W jednym z najstarszych świadectw o zwyczajach liturgicznych uczniów Chrystusa, Pliniusz donosił cesarzowi Trajanowi o tym, że „chrześcijanie gromadzą się razem, by wspólnie dziękować (eucharysteion) swojemu Bogu”. Zwyczaj cotygodniowej Eucharystii wiernych trwał aż do III-IV wieku. Gdyby argument o „rzymskim katolicyzmie” cotygodniowej Wieczerzy Pańskiej pociągnąć dalej, nie powinniśmy co niedzielę odmawiać Modlitwy Pańskiej. Bo przecież to też robią katolicy!

Po drugie, nie dla cotygodniowej Wieczerzy Pańskiej wynikać ma jakoby z „wielkiego szacunku i znaczenia, jaką dla niej żywimy”. Zbyt częste uczestnictwo by ją spłyciło i odebrało jej wyjątkowość. Jak wiemy z życia rodzinnego, nic tak nie pokazuje naszego szacunku i miłości do rodziców, jak odwiedzanie ich tylko cztery razy do roku lub raz w miesiącu. Zbyt częste wizyty spłyciłyby naszą miłość do nich, czyż nie?

Tak samo mówimy naszym żonom czy mężom, że kochamy ich tylko cztery razy do roku, żeby się nie rozbisurmanili. A co w takim razie z kazaniami? Czy fakt, że słuchamy ich co tydzień, nie sprawia, że mamy je głęboko w nosie? Skoro zwiastowanie Słowa Bożego jest bardzo ważne, dlaczego rozmieniamy je na drobne co tydzień? Wyobraźmy sobie ten głęboki szacunek, cześć i poważanie, gdybyśmy kazania słuchali wyłącznie cztery razy w roku?

Po trzecie, „nie” ma wynikać z tego, że „niektórzy parafianie mogą sobie tego nie życzyć”. Jak wiadomo, w każdej sprawie ustępujemy parafianom, a w szczególności tam, gdy nie mają racji. Gdy więc nie chcą wybaczać swoim winowajcom, opuszczamy stosowną frazę z Modlitwy Pańskiej. Gdy zborownicy nie lubią się modlić, lub gdy słyszymy: „dziś nie jestem w nastroju”, wówczas z naszej liturgii magicznie znikają nie tylko wezwania „módlmy się”, ale także całe modlitwy. Siedzimy wtedy w milczeniu, niczym kwakrzy, bowiem część wiernych nie ma ochoty się modlić, ani słuchać kazania, ani przystępować do Wieczerzy Pańskiej. Razem za to dajemy świadectwo i „dziękujemy Bogu, że nie jesteśmy tacy, jak ci wstrętni…”. Brzmi dziwnie znajomo?

Żywa, aktywna, prawdziwa obecność

Wieczerza Pańska jest chlebem powszednim Kościoła. Nie tylko reformowanego, ale całego, powszechnego. W końcu w Dokumencie z Limy wyznaliśmy, że przyjmując ją, doświadczamy „żywej, aktywnej, prawdziwej obecności Chrystusa”.

Nasza niedzielna liturgia może być spotkaniem z tą wielką tajemnicą wcielenia, odkupienia i zbawienia. A częste przystępowanie do Wieczerzy Pańskiej winno stać się centrum naszego chrześcijańskiego życia. Bowiem w tym wielkim mysterion (sakramencie) widzimy i dotykamy zmysłami tego, o czym głosi Pismo: że Chrystus umarł, Chrystus zmartwychwstał i Chrystus powróci.

Kalwin porównywał Wieczerzę do drabiny ze snu Jakuba. Bez tej praktyki pietas, bez częstego, regularnego uczestnictwa w wielkim sakramencie nasza wiara z czasem przemieni się w puste intelektualne spekulacje. W rozważania na temat tego, kim mógłby być Bóg, gdyby…

Wieczerza Pańska pozwala nam mistycznie i prawdziwie dotknąć tego, co nam obiecał i co dla nas uczynił nasz Zbawiciel.

Zaskakujące wyniki

Jakiś czas po Wielkim Tygodniu wraz z diakonami przeprowadziliśmy ankietę wśród wiernych. Spytaliśmy ich, co sądzą o cotygodniowej Komunii. A także: jak ma wyglądać nabożeństwo latem. Wszyscy, którzy wypełnili ankietę, pisali jak bardzo im cotygodniowa Wieczerza pomogła w problemach osobistych i w głębszym przeżywaniu okresu Pasyjnego. Jeśli zaś chodzi o nabożeństwa w okresie letnim, prawie połowa chciałaby cotygodniowej albo dwutygodniowej Wieczerzy Pańskiej.

Kiedy siedzieliśmy z diakonami i patrzyliśmy z niedowierzaniem na owe deklaracje, jeden ze starszych powiedział: „Czemu się właściwie dziwić? Kto nie chciałby przyjść do Chrystusa?”.

No właśnie. Kto, nazywając się jego uczniem, by tego nie chciał?

ks. dr Kazimierz Bem – prawnik, teolog, pastor ewangelicko-reformowany Zjednoczonego Kościoła Chrystusa (UCC, USA), członek redakcji Miesięcznika Ewangelickiego

Numer 5-6 (25-26), 19.05.2015