Niemieccy zdrajcy i sekciarze? | Marta Bigda

Co może być atrakcyjnego w protestantyzmie dla Polaków? Chyba mogę mieć coś do powiedzenia w tej kwestii, skoro urodziłam się w Polsce i jestem konwertytką. Z drugiej strony, skoro już semper reformanda, to wypadałoby skonfrontować własne przekonania.

Od bierzmowania do konwersji

W protestantyzmie, gdy byłam po katolickim bierzmowaniu, miałam szesnaście lat i irokeza, najbardziej podobały mi się dwie rzeczy: wolność zadawania pytań i wolność od wiecznego potępienia. (Na pewno ten irokez miał z tym ostatnim coś wspólnego). Nareszcie w odpowiedzi na: „Kto stworzył Boga?” nie słyszałam już: „Nie garb się!”.

Parę lat później potrafiłam określić to, co mi się podobało, w nieco ładniejszych słowach: postawa prointelektualna, wieczna konfrontacja, niezależne myślenie i pastor, który jest liderem, a nie szefem. Mimo że w tym postrzeganiu brakowało miejsca na nieracjonalną stronę wiary – spodobało mi się. Na tyle, że chciałam związać resztę swojego życia z Kościołem, zostając pastorką.

Potem nastąpiło (czy raczej „następowało”, bo to jednak był proces) zderzenie z rzeczywistością. Wtedy zaczęłam się zastanawiać, na ile udało mi się uciec od rzeczywistości kościelno-wspólnotowej, która mi nie odpowiadała. Tym bardziej cenna okazała się podróż przez spojrzenia na Kościół protestancki od wewnątrz, zewnątrz i pół-wewnątrz. Zresztą zobaczcie sami z czym się zgodzicie, a co podniesie wam ciśnienie.

Wolność poszukiwań

Pawłowi Presiowi, sympatykowi Kościoła ewangelicko-reformowanego, protestantyzm kojarzy się z czytaniem, a co za tym idzie – z intelektualizmem. „Wydaje mi się, że kultura miejska mu sprzyja. W końcu inteligencja to wytwór miejski” – tłumaczy. Preś konkluduje: „Jednak intelektualizm w Polsce nie jest wartością”. Uważa, że nigdy nie przeżyliśmy „uczciwego pozytywizmu”. „U nas to była praca u podstaw, a nie okres prosperity. Nie mamy pamięci sukcesu. Zawsze byliśmy rolniczy, a sukces pozytywistyczny to przemysł. Nie przeszliśmy określonych przemian. Masowe chłopstwo i pańszczyzna utrzymały się do połowy XIX wieku. Jesteśmy wciąż zapóźnieni społecznie” – surowo ocenia Preś.

Jako błąd w protestantyzmie widzi jego antykatolickość. „Marketing protestancki opiera się na wzorcach biblijnych. A one często są ksenofobiczne. To zawęża ofertę – podkreśla. „Właśnie dlatego jezuici byli skutecznymi kontrreformatorami. Pokazywali katolicyzm jako oferujący to samo i jeszcze więcej: obiecali równie dobrze zadbać o intelekt, a do tego o emocje”.

Andrzej Przybyszewski, ateista, twierdzi natomiast, że protestantyzm pozwala na dużą wolność. Zamiast odgórnie narzucać niezrozumiałe lub nieadekwatne zasady, pozostawia przestrzeń do dyskusji. „W nieco innym opakowaniu świetnie by się sprawdził” – przekonuje. „Teraz jest przeintelektualizowany, a wbrew nadętej otoczce, pozostaje przyziemny i praktyczny”.

Przybyszewski docenia strukturę organizacji, w której ksiądz jest uczonym, kimś, kto ma pomóc znaleźć drogę, a nie ją wyznaczyć. Uważa jednak, że w protestantyzmie brakuje miłości, która byłaby miłością, miłosierdzia, które byłoby miłosierdziem. „Te pojęcia wiążą się tutaj z obostrzeniami, filozoficznymi konstruktami. Nie ma prostego zbawienia, na które ma się wpływ, na które można by było sobie zasłużyć. To może się nie podobać” – stwierdza.

Centrum dowodzenia w sercu

Kolejnym moim rozmówcą jest Jakub Niewiadomski, student teologii ewangelickiej na Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej i redakcyjny kolega. Uważa, że protestantyzm może przypaść do gustu tym mieszkańcom naszego kraju, którzy cenią sobie autonomię. „Motyw wiary indywidualnej, odpowiedzialności za wiarę, za czyny, jest silnie obecny w niemal całym protestantyzmie” – mówi. „Intelektualne lenistwo jest wykluczone na wstępie. Brak korporacyjnej, hierarchicznej struktury kościelnej zmniejsza dystans. Centrum dowodzenia nie znajduje się w Watykanie, tylko w sercu i umyśle każdego człowieka” – podkreśla.

Niewiadomski w protestantyzmie dostrzega przestrzeń nie tylko dla intelektu. „W indywidualnym spotkaniu z Bogiem nie ma miejsca na intelektualne rozprawy, ale na postawę wyzbycia się tego całego hałasu, który może mi Boga przesłaniać. Oczywiście nie zostawiamy mózgu za drzwiami. Człowiek jest całością i jako taki staje przed Bogiem” – podkreśla.

Jednocześnie członek redakcji Miesięcznika Ewangelickiego zauważa, że protestant nie zawsze musi polegać wyłącznie na sobie. „W indywidualnym kontakcie z Bogiem, w modlitwie, sakramentach, nie jestem sam ze swoim intelektem, ale też z obecnym Duchem” – tłumaczy.

Wspólnotowość

Miłą niespodzianką dla Polaka mogłoby być to, że niektóre zbory protestanckie funkcjonują niczym duża rodzina. „Wszyscy się znają, często przyjaźnią, panuje atmosfera zupełnie inna od tej znanej z dużych parafii katolickich. Tam proboszcz nie ma fizycznej możliwości poznania wszystkich parafian”.

Niewiadomski widzi też mniej pozytywne aspekty swojego Kościoła. „Tworząc sobie teologiczny obraz świata spotykamy często coś, co nam nie pasuje do systemu. I albo panikujemy, albo ignorujemy napotkaną rzeczywistość. A jako wierny, szeregowy członek Kościoła, mam nie tylko prawo, ale i obowiązek stale sprawdzać, czy z kazalnicy nie wciskają mi kitu” – zauważa.

To, co mogłoby się nie spodobać Polakom, to wyjście naprzeciw potrzebom innych, które może być przecież… niewygodne. „Kalwinowi przypisuje się hasło tworzenia współczesnego kapitalizmu, a faktycznie stworzył dobrze prosperującą diakonię w Genewie (służbę potrzebującym – red.). Wprowadził zasadę, że na ulicach nie może być żebraków. Obecnie w Polsce niektóre samorządy wyznają podobną zasadę, ale inaczej ją egzekwują. Ratusz jednego z większych polskich miast zamawiał na przystanki specjalne ławki, na których bezdomny nie miał miejsca się położyć. Kalwin znalazł inne rozwiązanie. Uznał, że społeczeństwo stać na to, żeby nikt na tej ulicy nie musiał zostać, bo każdemu można pomoc” – przekonuje Niewiadomski. I dodaje: „Polacy czasem mogliby mieć problem z pustką w kościele. No bo jak to tak pusto, żadnego złota, obrazów, rzeźb… Jakiś biedny ten Bóg protestantów” – uśmiecha się.

Andrzej Tarnowski, wrocławski katolik aktywny w kościelnych strukturach uważa, że protestantyzm lepiej pasuje do Czech niż do Polski. „W Czechach panuje mentalność mieszczańska, w której ciężka praca, pochwalana przez protestantów, znajduje zrozumienie. Natomiast w Polsce nadal żyjemy mitem walecznego szlachcica-awanturnika. I tutaj lepiej sprawdza się katolicyzm, pełen emocji i pobożności zachowanej na specjalne okazje”.

Jak nie skostnieć

Leszek Jańczuk, polski biblista, doktor nauk teologicznych i duchowny protestancki, na temat swojej wiary w kontekście Polski wypowiada się krótko i treściwie. „Żaden słowiański naród nie przyjął protestantyzmu. Mamy większą skłonność do bałwochwalstwa, wszystko musi być widzialne i namacalne” – podsumowuje gorzko.

Co innego uważa Stanisław Jazdanowski, filozof religii. „Protestantyzm może być atrakcyjny dla Polaków, ale tylko wtedy, gdy da im wolność od zobowiązań, od instytucji. Zdaje mi się, że to wynika z niezrozumienia, czym jest Kościół”.

Filozof dodaje, że polskiemu protestantyzmowi przydałoby się znalezienie arystotelesowskiego „złotego środka”. „W latach 60. ubiegłego wieku Edward Schillebeeckx, wybitny teolog, powiedział o polskiej teologii, że jej wadą jest to, że nigdy nie zetknęła się z oświeceniem” – tłumaczy. „Brakuje w niej umiejętności rozróżnienia nauki od wiary, ideologii od idei”.

Jako przykład przywołuje kwestię niemożności poradzenia sobie ze sprawą ewolucji, embriologii (aborcja, pigułka „dzień po”, in vitro), czy niekonsekwencjami, jakie można znaleźć w Biblii. „Z kim Jahwe zawarł Przymierze w dziewiątym rozdziale Księgi Rodzaju? Z ludźmi i… zwierzętami!” – przypomina.

Zagrożenie dla atrakcyjności protestantyzmu filozof upatruje w tym, że nadwiślański protestantyzm zaczyna się ewangelikalizować. To prowadzi do dalszej radykalizacji. Jazdanowski twierdzi, że przez to prymat wiedzie zasada sola scriptura. „Luter sformułował ją jako tzw. „zasadę treściową”, czyli postulat wynikający z rozsądku i tradycji. Dopiero w 1577 roku – tzw. Formula Concordiae – doszło do zdogmatyzowania tej zasady. Jednak aż do XX wieku nie była ona zasadą prymarną. Zapomniano o pozostałych sola, które powinny się dopełniać (sola fide, sola gratia, solus Christus – red.) – zauważa.

Jazdanowski zapytany o to, co mogłoby się w protestantyzmie spodobać, odpowiada, że jest on zbyt prowokujący, a za mało dialogiczny. „Niech przestanie się zajmować polityką i czymkolwiek, do czego teologia i doktryna kompetentna nie jest” – stwierdza.

Jednak co by się w protestantyzmie nie zmieniło i tak pozostaną trzy naczelne „argumenty” na jego niekorzyść. „Protestanci to niemieccy zdrajcy i świadkowie Jehowy, bo w końcu to oni czytają Biblię, nie wierzą w papieża i Marię, a na dodatek są smutni” – wylicza filozof z przekąsem.

W tej twardej krytyce widać jednak światełko nadziei. „W protestantyzmie widzę potencjał. Ale nie odgórny, lecz oddolny” – podkreśla.

Marta Bigda – dziennikarka, absolwentka Ewangelikalnej Wyższej Szkoły Teologicznej we Wrocławiu, stała współpracowniczka Miesięcznika Ewangelickiego

Od redakcji: Niektóre nazwiska bohaterów zostały zmienione.

Numer 7-8 (27-28), 22.07.2015