Protestantyzm – nadzieja dla Polski | Józef Ryniowski

Jednym z najbardziej przełomowych wydarzeń z historii ludzkości jest pewnością reformacja chrześcijaństwa w XVI wieku. Dla wielu osób była ona przejawem odnowy duchowej i moralnej pogrążonego w skandalach Kościoła. Dla innych zaś – końcem jedności chrześcijańskiej Europy i wstępem do jej nadciągającej laicyzacji. Jestem jednak przekonany, że nikt, kto poznał przełomowość wydarzeń zapoczątkowanych przez Marcina Lutra w 1517 roku, nie pozostanie wobec nich obojętnym.

Przełomowość ta, o czym nie wszyscy zdają się pamiętać, wybiegała także daleko poza aspekty czysto konfesyjne. Nie sposób nie zauważyć, że reformacja była także jednym z najważniejszych czynników kształtujących powstawanie świadomości narodowej w przesiąkniętej przez średniowieczny uniwersalizm Europie (1).

To protestanci używali języków narodowych w liturgii na kilkaset lat przed Soborem Watykańskim II, który wprowadził podobne zmiany w Kościele podległym papieżowi. Protestantyzm był ostoją świadomości odrębności narodowej w Czechach, Niderlandach i na Węgrzech, gdzie narody zmagające się z jarzmem katolickich Habsburgów walczyły o zachowanie swojej niezależności.

Z kolei wśród madziarskich ewangelików do dziś obowiązkowym wyposażeniem każdego kościoła jest flaga narodowa, a hymn państwowy jest śpiewany jako nieodłączna część każdego nabożeństwa. Węgierski Kościół reformowany jest przejawem najbardziej żywej ostoi wartości patriotycznych w tym naddunajskim kraju, a wspólnoty połączone z nim więzami historycznymi do dzisiaj krzewią kulturę narodową wśród mniejszości węgierskiej w Siedmiogrodzie, na Słowacji i Zakarpaciu oraz na innych ziemiach historycznie węgierskich.

Również w Stanach Zjednoczonych nie jest niczym nadzwyczajnym to, że flaga państwowa widnieje w wyeksponowanym miejscu obok krzyża. Budowanie tożsamości narodowej przez protestantów w sposób szczególny zaznaczyło się także w historii Czech, gdzie jeszcze przed wystąpieniem Lutra profesor uniwersytetu w Pradze, Jan Hus, walczył o obecność swej ojczystej mowy w liturgii, i gdzie w 1620 roku dokonano rzezi protestanckiej szlachty. Katoliccy Habsburgowie doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że pozostawienie przy życiu protestantów czeskich uniemożliwiłoby germanizację i podporządkowanie sobie reszty słowiańskiej ludności na tamtych terenach.

Jednak jako Polak pragnąłbym zwrócić szczególną uwagę na to, że również w historii mojej ojczyzny protestantyzm zapisał się złotymi literami. Wystarczy wymienić tutaj działalność tak zasłużonych Polaków jak Mikołaj Rej, Józef Piłsudski czy Stefan Starzyński, o których niemal każdy uczył się w szkole.

Protestantyzm jest bowiem ze swej natury narodowy, w przeciwieństwie do rzymskiego katolicyzmu, który zakłada uniwersalizm i podległość głowie państwa watykańskiego. Naturalną konsekwencją tego było zaangażowanie Kościoła katolickiego w wielką politykę światową z pominięciem interesów poszczególnych narodów. Nasza ojczyzna boleśnie doświadczyła tego wielokrotnie, zwłaszcza w XIX wieku, gdy podzielona pomiędzy trzech zaborców nie mogła liczyć na pomoc ze strony papiestwa, któremu była przecież przez tyle wieków wierna.

W czasach, gdy naród polski przeżywał najtrudniejsze momenty w swej historii, Kościół rzymski opowiadał się po stronie wielkich mocarstw i zaborców. Wymienić tutaj należy przede wszystkim encyklikę Grzegorza XVI Cum Primum, w której potępione zostało powstanie listopadowe.

Nie jest to oczywiście jedyny przykład, gdy dominujące wyznanie w Polsce obraca się w gruncie rzeczy przeciwko swoim wiernym. Można by jeszcze nieskończenie długo rozwodzić się nad błogosławieniem przez Kościół katolicki konfederacji targowickiej i żądaniami wierności zaborcom w przypadku nadchodzącej I wojny światowej. Jeśli wziąć pod uwagę to, że nawet czytanie literatury narodowej (zwłaszcza Mickiewicza i Słowackiego) było karane przez Kościół katolicki ekskomuniką, na równi z aborcją lub apostazją, to stosunek tej organizacji do targowicy i zaborców aż tak nie dziwi.

A co jeśli wziąć pod uwagę słowa Jana Pawła II, który (skądinąd całkiem słusznie) nakazu patriotyzmu dopatruje się w przykazaniu Bożym mówiącym o czczeniu ojca i matki (2)? Dlaczego Kościół katolicki przez lata nakazywał wyzbycie się tego szlachetnego uczucia, które dzisiaj uznaje za nakaz Boży? Na te pytania nie jestem w stanie odpowiedzieć. Na podstawie tego, co opisałem wcześniej, mogę jednak z całą pewnością stwierdzić, że to właśnie wyznanie protestanckie wydaje się odpowiedniejsze dla naszego narodu i ojczyzny. Wystarczy porównać postawę papiestwa wobec uciśnionych pod zaborami Polaków z działalnością postaci takich jak Szymon Konarski, bracia d’Hauterive, Marceli Paweł Karczewski i wielu innych, która zapisała się na trwałe w naszej historii.

Wydawać by się mogło, że w świetle przytoczonych faktów nikt nie powinien mieć wątpliwości co do narodowego charakteru protestantyzmu (zwłaszcza ewangelicyzmu reformowanego). Tak jednak nie jest. Pojawiają się z różnych stron głosy negujące ten charakter. Niestety często można je też usłyszeć od ludzi uważających się za ewangelików. Ich argumenty przeważnie opierają się na wyrwanych z kontekstu, przeinaczonych lub czasem wręcz przekłamanych fragmentach z Biblii.

Można od nich usłyszeć, że „patriotyzm nie jest dla chrześcijanina, bo jego ojczyzną jest Królestwo Niebieskie” albo inne, podobne kłamstwa. Często opierają oni swoje przekonania na fragmencie trzeciego rozdziału Listu do Galatów: „Nie masz Żyda ani Greka, nie masz niewolnika ani wolnego, nie masz mężczyzny ani kobiety; albowiem wy wszyscy jedno jesteście w Jezusie Chrystusie”. Zdają się jednak nie dostrzegać tego, że fragment ten dotyczy jedynie negowania opisywanej w Starym Testamencie wyższości Żydów nad innymi narodami.

Co ciekawe, często też nie wspominają zupełnie nic o innych fragmentach Nowego Testamentu, na przykład o Dziejach Apostolskich, w których możemy przeczytać: „Bóg, który stworzył świat i wszystko, co na nim, Ten, będąc Panem nieba i ziemi, nie mieszka w świątyniach ręką zbudowanych ani też nie służy mu się rękami ludzkimi, jak gdyby czego potrzebował, gdyż sam daje wszystkim życie i tchnienie, i wszystko. Z jednego pnia wywiódł też wszystkie narody ludzkie, aby mieszkały na całym obszarze ziemi, ustanowiwszy dla nich wyznaczone okresy czasu i granice ich zamieszkania, żeby szukały Boga, czy go może nie wyczują i nie znajdą, bo przecież nie jest On daleko od każdego z nas” (17:24-27).

Pomijają również fragment Listu do Efezjan, gdzie jest napisane: „Dlatego zginam kolana moje przed Ojcem, od którego wszelkie ojcostwo na niebie i na ziemi bierze swoje imię” (3:14-15). W łacińskiej wersji pada tam słowo patria, czyli ojczyzna.

Ciężko jest mi określić, co tak naprawdę kieruje ludźmi głoszącymi hasła wyrzeczenia się patriotyzmu. Raczej nie są to jednak przesłanki biblijne. Zatem co? Niewiedza? Tchórzostwo? Bałwochwalczy kult pacyfizmu? Na te pytania udzielić odpowiedzi muszą oni sami. Ja wiem jednak tylko tyle, że ich poglądy nijak mają się zarówno do biblijnego nauczania, jak i chwalebnej historii polskiego protestantyzmu, a oni sami zdają się być całkowitym przeciwieństwem Szymona Konarskiego i Stefana Starzyńskiego.

Przy rozważaniach na temat miejsca protestantyzmu wśród Polaków należy wziąć pod uwagę jeszcze jeden aspekt, mianowicie skutki błędu, jakim była rezygnacja z utworzenia wyznania narodowego w XVI wieku. Ludzie o krytycznych umysłach, którzy opierają się wszechobecnemu propagowaniu rzymskiego katolicyzmu jako jedynego słusznego i narodowego (sic!) wyznania wiedzą, że król Zygmunt August na poważnie rozważał kwestie pójścia w ślady Henryka VIII. Tak się jednak nie stało, czego skutki odczuwamy do dziś.

Jednym z nich jest postulowanie całkowitego zakazu metody in vitro i odebranie nadziei parom, które mają problem ze spłodzeniem potomstwa. Według badań problem ten może dotyczyć nawet co czwartej pary, dlatego akceptowanie i wspieranie zapłodnienia pozaustrojowego należałoby uznać za element polityki demograficznej. Jednak episkopat i podlegli mu (a nie Polsce) parlamentarzyści, zagłuszeni „krzykiem zarodków”, zdają się nie słyszeć tych argumentów, a przecież przyszłość Polski to dzieci.

Uważny obserwator zauważy, że w wypowiedziach katolickich hierarchów uzasadniających ich stanowisko wobec in vitro pojawiają się hasła „wsłuchania się w głos Franciszka”, „nielekceważenia episkopatu” albo „ wierności nauczaniu Jana Pawła II”. Nie ma w ich wypowiedziach mowy o interesach ojczyzny czy Polaków.

Kolejnym argumentem przemawiającym na korzyść wyznania narodowego jest też fakt, że Kościół rzymskokatolicki jest państwem w państwie – ma własne sądy i jednostki administracyjne oraz unika identyfikowania się z organami państwa polskiego. Dobitnym przykładem pokazującym ten problem jest sprawa jednej z katolickich organizacji zwanej Rycerzami Kolumba, która zaapelowała do arcybiskupa Michalika, aby ten nie stawiał się przed sądem powszechnym, zupełnie tak jak gdyby ten nie podlegał powszechnemu prawu. Po co zatem trwanie polskiej państwowości skoro istnieje równoległy system quasi-państwowości?

A co z funkcjonujący do niedawna zakazem współpracy z państwowymi organami ścigania w przypadku wystąpienia przypadków pedofilii wśród duchowieństwa? Nietrudno się domyśleć, że u podstaw tego zakazu nie leżała troska o dobro ojczyzny i społeczeństwa (które domaga się ukarania przestępstw), ale dobro Kościoła rzymskiego.

Oczywiście działacze katoliccy są gotowi zasypać mnie gradem zarzutów, takich jak to, że protestanci również często działali przeciw Polsce. Nie sposób temu zaprzeczyć, wszak wielu pamięta działania Bogusława Radziwiłła. Oponenci protestantyzmu zapominają jednak o tym, że wyznania ewangelickie mają w historii Polski zarówno swoje jasne, jak i ciemne karty. Rzymski katolicyzm jest natomiast antynarodowy w swej naturze i przez to jego nauczanie często jest niezgodne zarówno z Biblią, jak i interesem Polski.

Przykładów tej niezgodności można by znaleźć z pewnością o wiele więcej. Niestety pokazują one, że Polska miałaby dużo lepszą pozycję, gdyby w XVI wieku poszła w ślady tak dobrze rozwiniętych dzisiaj państw, jak Wielka Brytania, Holandia czy Szwecja. Zdaję sobie sprawę, że kwestia wyznania narodowego uchodzić może za archaizm, który mógł występować kilkaset lat temu. Mało osób jednak wie, że jeszcze w minionym stuleciu elity naszego południowego sąsiada, który świeżo odzyskał niepodległość, postulowały utworzenie niezależnego od Rzymu Kościoła. Wśród nich byli między innymi działacze prężnego w przedwojennej Czechosłowacji ruchu Precz od Rzymu.

Niestety w Polsce nie udało się podjąć podobnych inicjatyw. Dlaczego tak się stało? Z pewnością zrzucenie winy na wszechobecne promowanie katolicyzmu jako jedynego, słusznego wyznania byłoby zbyt łatwym usprawiedliwianiem się ze strony protestantów. Faktem jest, że Kościoły protestanckie pozwoliły sobie przypiąć łatkę „niemieckości” czy nawet „antypolskości”. Ich przedstawiciele nierzadko sprawiają wrażenie ludzi, którzy wpadli w tryby propagandy sianej przez katolickich fundamentalistów.

Przykładem takiej osoby jest między innymi Tomasz Piątek, który wbrew nauczaniu Pisma świętego odcina się od patriotyzmu. I choć stara się odrzucić rzymski katolicyzm na wszystkie niemal sposoby, to w rzeczywistości prezentuje iście katolicki sposób myślenia o miłości do ziemskiej ojczyzny. To sposób myślenia, według którego protestant nie powinien mieć z patriotyzmem nic wspólnego, gdyż ten jest cechą tylko katolików.

Niezależnie od tego wierzę, że protestantyzm może być atrakcyjny dla moich rodaków, o ile odkryje przed nimi swe najpiękniejsze karty. To czy tak się stanie zależy jednak tylko i wyłącznie od samych ewangelików. To oni zdecydują, czy należy eksponować wartości przyświecające Szymonowi Konarskiemu i Stefanowi Starzyńskiemu, czy też pozwolić katolickim aktywistom na przypięcie sobie gombrowiczowskiej gęby „Niemca” i „wroga polskości”.

(1) Samo pojęcie „narodu” jest tworem późniejszym, jednak zalążków świadomości narodowej można dopatrywać się już w czasach reformacji.
(2) Jan Paweł II, „Pamięć i tożsamość”, Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2005.

Józef Ryniowski

Odpowiedź Tomasza Piątka

Numer 9(29) 2015, 15.09.2015