Miłość jest większa | Ignacy Dudkiewicz

Trudno mówić o wierze bez popadania w abstrakcję, trywialność lub grafomanię. Swego czasu głośno było o zakonniku, który swoich uczniów ewangelizował, przekonując, że „Jezus jest zajebisty”. Dla odmiany, na drugim biegunie znajdziemy znany przypadek dziecięcego katechizmu, w którym Bóg został zdefiniowany jako „byt, którego esencja jest równa egzystencji”. A nie jest przecież tak, że ów zapewne pełen dobrej woli zakonnik po prostu nie przyswoił podstawowych zasad kultury.

Nie jest również tak, jakoby autor wspomnianego katechizmu, szanowany ksiądz profesor, uwierzył, że dzieci zrozumieją cokolwiek z przytoczonej przez niego, tak przecież klasycznej, definicji. Oba przypadki są jedynie przykładem głębszego problemu, jaki mamy wszyscy, którzy o wierze próbujemy mówić. W jaki (przystępny) sposób opowiedzieć o intymnym, nieprzekładalnym na słowa doświadczeniu osobistego spotkania z Chrystusem?

Równi w wierze

Pierwsza encyklika Franciszka, a więc „Lumen Fidei”, choć oparta o szkic pozostawiony przez poprzednika, jest wyraźnie nacechowana refleksją nowego przywódcy Kościoła rzymskokatolickiego. Już na samym jej początku, komentując historię Abrahama, Franciszek pisze: „W jego życiu wydarza się rzecz wstrząsająca: Bóg kieruje do niego Słowo, objawia się jako Bóg, który mówi i wzywa po imieniu (…) Wiara stanowi odpowiedź na Słowo skierowane do osoby”.

To sposób widzenia skądinąd dobrze korespondujący z Ewangelią. Chrystus przecież nie tylko przemawia do tłumów, ale także rozmawia z Samarytanką przy studni, z młodzieńcem, a głuchoniemego uzdrawia „na boku, osobno od ludu”.

Jasne, że są rzeczy, które Bóg przekazuje wszystkim, jednak z każdym nawiązuje zupełnie intymną relację – bardzo różną co do jej treści i formy. Franciszek zdaje się to dobrze rozumieć, gdy pisze, że „nie ma różnicy w wierze między »tym, który potrafi mówić o niej dłużej« i »tym, który mówi o niej niewiele«, między tym, który jest wyższy i tym mniej zdolnym”.

To zdanie szczególnie ważne w obliczu zjawiska, z którym można się często spotkać na wielu płaszczyznach – oto (w uproszczeniu) inteligenci chrześcijańscy wobec osób mniej wykształconych; członkowie wspólnot charyzmatycznych wobec ludzi objętych „niewyspecjalizowanym” duszpasterstwem, czy członkowie jednego Kościoła wobec chrześcijan innych wyznań, wykazują nieuzasadnione poczucie wyższości, oparte jakoby o „głębszy” czy „bardziej świadomy” sposób przeżywania wiary.

Podobna sytuacja niesie za sobą określone zagrożenia dla dialogu zarówno w ramach danej wspólnoty, jak również dla starań ekumenicznych. Zwłaszcza w kraju takim jak Polska, w którym dominacja jednego wyznania jest tak widoczna i wyraźna. Poczucie własnej wyższości wiąże się jednak również z zagrożeniem o charakterze teologicznym czy duchowym, a więc z utratą przekonania, że Bóg jest większy. Większy zarówno od ludzkich starań, jak i od słabości człowieka.

Wreszcie, zbyt wygórowane mniemanie o własnej duchowości uniemożliwia spotkanie. Ostatecznie zaś to właśnie spotkanie – nie tylko z Bogiem, ale także z drugim człowiekiem – jest esencją przesłania encykliki Franciszka.

Kochać jeszcze bardziej

W jej ostatniej, a zarazem najciekawszej części, Franciszek rysuje przed czytelnikami wizję miasta, w którym dochodzi do spotkania między ludźmi. To wizja bardzo biblijna. Wszak dzieje ludzkości nie dążą w stronę powrotu do rajskiego ogrodu, ale ku Nowemu Jeruzalem. Chodzi więc, i na to wskazuje uwagę także Franciszek, o świat przepełniony relacją – a mówiąc dobitniej: przepełniony miłością. Franciszek nie ma wątpliwości, że „bez miłości prawda staje się zimna, bezosobowa, uciążliwa dla życia konkretnej osoby”.

W szalenie poruszającej książce „Ubodzy. Bóg pośród nas” ojciec Józef Wrzesiński, francuski kapłan, który większość swojego życia spędził żyjąc w paryskich slumsach – na wielkim osiedlu baraków, zimą działających jak lodówka, latem zamieniających się w piekarnik, pisał: „Nawet jeśli człowiek z Czwartego Świata bardzo chce wierzyć, że Jezus Chrystus umarł dla ludzi, nie jest w stanie uwierzyć, że umarł właśnie dla niego. Wierzy zawsze, że to dla innych, z pewnością dla wszystkich, ale nie myśli w tym kontekście o sobie”. Winę za to ponosimy my wszyscy – chrześcijanie – nieumiejący zmienić swojej optyki i sposobu myślenia na bardziej solidarną.

Doświadczenia ojca Wrzesińskiego świetnie korespondują z uwagami Franciszka, który sam przecież, jako katolicki metropolita Buenos Aires, wielokrotnie odwiedzał slumsy. Jak pisze, „właśnie w miłości możliwa jest wspólna wizja, w niej uczymy się widzieć rzeczywistość oczami drugiej osoby”.

Bez tego nowego spojrzenia na Drugiego niemożliwa będzie owa wspólna wizja, o której pisze Franciszek. A wizja ta jest nam coraz bardziej potrzebna. Nie przez przypadek Franciszek odwołuje się do kategorii dobra wspólnego, tak wciąż nieobecnej we współczesnej debacie, w której częściej przywołuje się indywidualizm, użyteczność czy zysk. Warto zresztą zauważyć, że wątek ten był wyraźnie obecny także w ostatniej encyklice Benedykta XVI, „Caritas in veritate”.

Ktoś mógłby jednak pytać, czemu Franciszek tak wiele miejsca poświęca miłości w encyklice o wierze? Po krótkiej refleksji staje się to jednak zupełnie jasne. Teresa z Avila przekonywała, że prawdziwą pewność tego, że realizujemy przykazanie miłości Boga, osiągamy poprzez czynienie zadość przykazaniu miłości bliźniego. Gdy Tereska z Lisieux umierała w istocie w stanie niewiary w życie wieczne, a Matka Teresa przeżywała wieloletnią noc wiary, to ich jedyną odpowiedzią było: kochać jeszcze bardziej – Boga, którego nie słychać, i człowieka, którego słychać aż nadto.

Linia podziału

Nie powinno nas więc dziwić, że Franciszek nie tylko mówi o wierze w powiązaniu z miłością, ale także stawia Miłość ponad Wiarą – w zgodzie zresztą zarówno z Janową definicją Boga, jak i z nauczaniem Pawła Apostoła. Co z tego wynika dla nas?

Ojciec Wrzesiński przekonywałby, że bardzo konkretny program społeczny. W jego rozumieniu bowiem Jezus nie był i nie jest apolityczny. Jak notował francuski przyjaciel ubogich i upokorzonych, „tymi, którzy występują przeciw Bogu, nie są tak często filozofowie twierdzący, że Bóg jest martwy; są nimi ci, którzy nawet w dzisiejszych czasach wyrzucają rodziny na bruk, zupełnie nie myśląc o ich dzieciach, które będą marznąć”.

Przypominania o naszej odpowiedzialności, nie tylko indywidualnej, ale także o odpowiedzialności naszych wspólnot i społeczności za innych, nigdy dość. Dlatego encyklika Franciszka jest głosem istotnym i uniwersalnym. To wielka wartość, że papieska encyklika wprost traktująca o wierze, może przekazać coś ważnego nie tylko katolikom, nie tylko chrześcijanom, więcej: nie tylko ludziom wszelkich religii, ale także niewierzącym.

Franciszek pisze, że ludzie „w takiej mierze, w jakiej się otwierają szczerym sercem na miłość i wyruszają w drogę z tym światłem, które potrafią dostrzec, już żyją – nie wiedząc o tym – na drodze ku wierze”. Paul Tillich, niewątpliwie jeden z największych teologów XX wieku, przekonywał, że prawdziwa linia podziału nie przebiega pomiędzy tymi, którzy uznają istnienie Boga, a tymi, którzy je odrzucają, ale między tymi, których ta kwestia dotyka w sposób egzystencjalny, a tymi, którzy są wobec niej obojętni – niezależnie od religijnych i rytualnych postaw.

Myślę, że warto myśl Tillicha uzupełnić. Linia podziału biegnie bowiem również między tymi, których obecność na ich drodze Drugiego dotyka w sposób egzystencjalny, i tymi, którzy pozostają wobec niego (a więc także wobec Niego obecnego w człowieku) obojętnym.

Bez miłości nie uda nam się nawiązać relacji, a bez relacji nie będziemy w stanie podzielić się wzajemnie ze sobą swoim doświadczeniem wiary: czytający Mistrza Eckharta z czytelnikami harlequinów, osoby po podstawówce z wybitnymi teologami, członkowie rozmaitych wspólnot, świeccy z kapłanami, ludzie różnych wyznań.

To, jak pisałem na początku, już i tak szalenie trudne zadanie. Franciszek wskazuje nam wszystkim dobrą drogę. Bo tylko miłość może nam pomóc mu sprostać.

Ignacy Dudkiewicz jest wychowawcą młodzieży i redaktorem działu „Wiara” kwartalnika „Kontakt. Magazyn nieuziemiony”.

Fotografia: archiwum autora.

Numer 3(3) 2013, 04.12.2013