Bunt, akceptacja, dociekanie, zawierzenie | Tomasz Piątek

Powiedzmy sobie szczerze: jest wiele rzeczy w Biblii, z którymi trudno się zgodzić (co nie znaczy, że od razu trzeba się z nimi nie zgadzać). Jest wiele rzeczy w Biblii, o których trudno myśleć. Jest w Biblii i w teologii protestanckiej wiele pytań, na które trudno odpowiedzieć.

Przykład – przychodzi ateista i pyta: „Jak wy możecie wierzyć w piekło? Jak wy możecie wierzyć, że miłosierny Bóg skazuje ludzi na wieczne tortury?”.

Albo przychodzi katolik i pyta: „Jak wy możecie wierzyć w predestynację? Jak wy możecie wierzyć, że miłosierny Bóg tworzy pewnych ludzi tylko po to, żeby skazać ich na wieczne tortury?”.

Albo jeszcze gorzej: nie przychodzi żaden ateista ani katolik, tylko ja sam sobie stawiam te pytania, pytania nieuniknione dla każdego świadomego chrześcijanina.

Zakładam, że Bóg jest nieskończenie Miłosierny. Aczkolwiek niektórzy argumentują, że w świetle tekstów biblijnych należałoby raczej mówić o Wielkim Miłosierdziu. Jednak Wielkie to chyba za małe słowo, gdy Jezus kocha, przebacza i modli się za swoich najgorszych wrogów, za swoich oprawców. Jest to na pewno Miłosierdzie przekraczające wszelkie wyobrażalne dla człowieka granice.

Oczywiście trzymając się suchej logiki można powiedzieć, że to wcale jeszcze nie znaczy, iż Miłosierdzie Boże jest Nieskończone i Nieograniczone (no bo może są jakieś granice niewyobrażalne dla człowieka, które je ograniczają).

Ale są inne przyczyny, dla których uznaję Miłosierdzie Boże za takowe.

Nie tylko ta najbardziej oczywista przyczyna: jedynie Nieskończone Miłosierdzie może zbawić takiego totalnego gnojka jak ja (nie ukrywam, że jestem stronniczy, byłoby to obłudne). Także ta: chrześcijanin nie może w żaden sposób pomniejszać Boga ani jego atrybutów. Sprzeciwia się to absolutnej czci, której wymaga od nas Bóg, a także, jak sądzę, zasadzie: „Kochaj Pana, Boga twego, z całych sił twoich i z całej duszy twojej”.

No dobrze. Nieskończone Miłosierdzie. A równocześnie piekło, predestynacja, Boży gniew. Jak to możliwe, że Nieskończone Miłosierdzie się gniewa?

Niektórych tego typu wątpliwości prowadzą do buntu. Odrzucają więc Biblię lub akceptują tylko pewne jej fragmenty. Albo też odrzucają Boga lub próbują Go odrzucić (bo nie wiem, czy człowiek jest w stanie całkowicie odrzucić Boga).

Inni wręcz przeciwnie, całkowicie akceptują trudne treści z podejrzaną gorliwością, która czasem zakrawa na świadomą lub nieświadomą parodię.

To fundamentaliści, którzy publikują z rozkoszą opisy rzekomych cierpień gejów w piekle. To ci, którzy swoim zachowaniem krzyczą: „Trzeba mieć jaja, żeby wierzyć w piekło! Trzeba mieć jaja, żeby wierzyć w predestynację!”.

Niektórzy z nich aż przypominają słoweńskich artystów z grupy Laibach, którzy kompromitowali komunizm poprzez tak zwaną nadidentyfikację (byli tak bardzo totalitarni, że totalitaryzm w ich wydaniu stawał się śmieszny i niewiarygodny).

Jeszcze inni wybierają zawierzenie. Zawierzenie różni się od akceptacji. Zawierzenie nie mówi: „Tak, piekło jest dobre!”. Zawierzenie mówi: z różnymi rzeczami trudno mi się pogodzić, ale powierzam je Bogu. Wierzę bowiem, że on już wie najlepiej, co z nimi zrobić. Zawierzenie nie przesądza, bo nie sądzi.

Jest to postawa, którą osobiście oceniam jako lepszą od akceptacji. Prawdę mówiąc, akceptację oceniam najniżej, jeszcze niżej od buntu. Tych, których szokuje ostatnie zdanie, uprzedzam: jeszcze wrócę do tego tematu.

Zawierzenie jest też postawą, która nawraca. Kiedyś pewien katolik zapytał protestanta: „Jak ty możesz wierzyć w predestynację?”. Usłyszał: „Predestynacja to jest wiara w to, że cokolwiek byśmy sobie wymyślili na temat losu ludzi po śmierci, Bóg wymyślił coś lepszego”. „W taką predestynację to i ja wierzę” – odparł katolik.

Jednak między buntem i akceptacją z jednej strony, a zawierzeniem z drugiej jest jeszcze jedna postawa. Postawa dociekania. Bóg chce, żebyśmy poznawali go nie tylko emocjonalnie, ale także intelektualnie. Chrześcijanin powinien czytać Biblię i ją interpretować; powinien być swoim własnym papieżem, że zacytuję Lutra.

Jak mi to kiedyś powiedział wybitny pisarz i krytyk literatury SF, Maciej Parowski:

„Niechaj sczeźnie na samym dnie sracza
Kto odrzuca postawę badacza
A za postawę sędziego
Niech sczeźnie on i wszy jego”.

Bunt i akceptacja opierają się na postawie sędziego, dociekanie na postawie badacza. Dlatego dociekanie wyklucza zarówno bunt, jak i akceptację, a w każdym razie całkowity bunt i pełną akceptację.

Dociekanie nie wyklucza natomiast zawierzenia, jeżeli badacz uznaje, że wszystkie wnioski, do których dochodzi, mogą być tylko zbliżeniem się do prawdy – a pełną prawdę zna tylko Bóg.

I tak też proszę traktować to, co piszę poniżej. Relacjonuję swoje dociekania, które co najwyżej mogą (ale wcale nie muszą) zbliżać się do prawdy.

Wracam do pytania: jak to możliwe, że Nieskończone Miłosierdzie się gniewa?

Ja na to pytanie odpowiadam sobie tak: Nieskończone Miłosierdzie jest także Nieskończoną Miłością. Każdy, kto był w związku, wie, że z miłością wiąże się dużo gniewu, a związek erotyczny zawsze jest w jakiś sposób agoniczny („Miłość i walka określa twój los” – jak niegdyś śpiewał zespół skinheadów z Sosnowca: powinni byli śpiewać: „Miłość, więc walka określa Twój los”).

Mamy w Biblii wyraziste przykłady ludzi, którzy walczyli z Bogiem, a mimo to – lub raczej właśnie dlatego – mieli z nim bardzo mocny związek. Zazdrosny o Boga morderca Kain zostaje otoczony przez Stwórcę specjalną opieką. Pokorny Abraham oddaje Bogu syna bez targowania się (ja bym zapytał: „Pogięło Cię?!” – powiedział mi pewien bardzo pobożny pastor), ale targuje się o życie mieszkańców Sodomy. Jakub po prostu bije się z Bogiem. Jonasz przed Nim ucieka. Hiob też nie jest taki akceptujący, wbrew potocznej opinii.

I to jest powód, dla którego wyżej cenię bunt niż akceptację.

No dobrze, ale czy to znaczy, że kiedy Nieskończona Miłość (jak to miłość) wkurzy się „i przejdzie w tryb walki”, to wtedy wiesza Nieskończone Miłosierdzie na kołku i uruchamia Nieskończony Gniew w postaci piekła?

Czy Nieskończone Miłosierdzie, skoro jest Nieskończone, może jakkolwiek pójść w odstawkę?

Chyba każdy człowiek wierzący zgodzi się z tym, że u Boga wszystko jest możliwe. Ale zauważmy, że powyższe zdanie kończy się na słowie: „możliwe”.

Bóg może skazać wszystkich ludzi jeszcze przed ich narodzinami na nieskończone tortury. Może, bo może wszystko. Może, a także ma do tego prawo, bo wszyscy ludzie są od narodzin bezwzględnie źli, skażeni grzechem pierworodnym, godni kary – powie infralapsarianista. Ma prawo, bo jest suwerennym Władcą, który sam stanowi, co jest dobre, a co złe, i którego władza nie podlega żadnym ograniczeniom ani ludzkiej ocenie – powie supralapsarianista. To wszystko prawda, ale to nie znaczy, że Nieskończone Miłosierdzie na pewno zrobi wszystko, co może.

No dobrze – odpowiedzą Państwo – ale przecież nawet Jezus, Zbawiciel, niosący ewangeliczne przesłanie przebaczenia, mówi o ludziach znajdujących się w piekle, oddzielonych od zbawionych nieprzekraczalną barierą (jak w przypowieści o żebraku i bogaczu). Czy to nie przesądza sprawy? Czy to nie znaczy, że pewnych ludzi czekają wieczne tortury i nie ma co tu dociekać, ani nawet zawierzać, tylko bezwzględnie akceptować?

Być może. Wiem, wiem, nic tak nie wkurza „akceptującego”, gdy na swoje „absolutnie pewne i prawdziwe” stwierdzenia słyszy w odpowiedzi „Być może”. Dociekającemu trudno jednak udzielić innej odpowiedzi. Dociekający tak ma, że bardzo często nie wie na pewno – i dotyczy to także Słowa Bożego.

Fundamentalista powie nam, że tu nie ma miejsca na „Być może” i „Nie na pewno”, bo Słowo Boże jest „na pewno”. Po prostu jest i trzeba się do niego stosować, a nie wykręcać kota ogonem.

Liberał powie, że bardzo wiele fragmentów Biblii rzeczywiście można odrzucić czy też zostawić na boku, bo są one elementem nie tyle Boskiego przekazu, co historycznego kontekstu, w którym Słowo Boże się pojawiło.

Ja odrzucam oba te podejścia. Odrzucam fundamentalizm, bo Biblia rozumiana tylko dosłownie i jednostronnie, bez dociekań i interpretacji, to Biblia zubożona. Odrzucam liberalizm, bo Biblia z powycinanymi kawałkami to też Biblia zubożona.

Są jednak inne przesłanki, nie tylko liberalno-historycystyczne, które pozwalają zakwestionować dosłowne albo jednostronne rozumienie różnych fragmentów Biblii.

Pierwsza przesłanka jest taka: Biblii nie napisał Arystoteles. Biblia nie jest napisana według ludzkiej logiki – a już na pewno nie jest napisana według zachodniej logiki klasycznej, dziś uważanej za uniwersalną. Biblia jest ponad ludzką logiką, bo Bóg jest ponad ludzką logiką.

To, że Jezus mówi o piekle, nie znaczy więc koniecznie, że Nieskończone Miłosierdzie nie zadziała i nie będzie powszechnego zbawienia. Przypomnę: u Boga wszystko jest możliwe. Nie wyobrażam sobie, żeby jakikolwiek fundamentalista z tym się nie zgodził.

Druga przesłanka też wiąże się ze słowem „możliwe”, ale odrobinę inaczej. Jak już zauważyłem wyżej, wiele rzeczy, które wiemy o Bogu, dotyczą tego, co On może, a nie tego, co On na pewno zrobi. Dotyczą Jego potencjału. Ale jak to jest z tym potencjałem? Czy Istota Nieskończona i Nieskończenie Spełniona może mieć potencjał? Ale z drugiej strony – czy Istota Wszechmocna może nie mieć potencjału?

Próba udzielenia logicznej i wyczerpującej odpowiedzi na to pytanie może nas wieść do odpowiedzi wewnętrznie sprzecznych. To oczywiście nie powinno nas martwić (w związku z pierwszą przesłanką), niemniej…

Niemniej, jako zawzięty „dociekacz”, spróbuję udzielić odpowiedzi nie do końca wyczerpującej, ale za to wciąż zawierającej jakąś odrobinę logiki. Być może jest tak, że w przypadku Boga stosunek między Jego Działaniem, a Jego Potencjałem jest inny, niż w przypadku działania i potencjału człowieka.

Być może w przypadku Boga ten stosunek jest bliższy: Działanie i Potencjał bardziej się ze sobą wiążą lub przepływają (oczywiście to bardzo niedoskonałe i ludzkie określenia, ale nie dysponuję innymi). Wiążą się bardziej nie w tym sensie, że są jednym (bo to mogłoby oznaczać, że Bóg zrobi wszystko, co może: równocześnie zbawi wszystkich, potępi, zmieni w różowe krokodyle etc.). Ale w tym sensie, że nie da się opowiedzieć o Działaniu Boga nie ukazując też Jego Potencjału.

A ten Potencjał, jak wiadomo, ma też swoje groźne aspekty, jak na przykład nieskończone tortury, na które Bóg może nas skazać jeszcze przed naszym narodzeniem. Kiedyś nawet pozwoliłem sobie nazwać ten Potencjał demonicznym (trochę w naiwnej nadziei, że może nawrócę jakiegoś satanistę, kiedy zobaczy, że Bóg to jeszcze większy Szatan, tyle że Dobry – piszę to zdanie w nadziei, że praktykowanie poczucia humoru zalicza się do Działania Boga, a nie tylko Potencjału).

Trzecią przesłankę przeciwko bezwzględnej akceptacji idei piekła znalazłem, kiedy zacząłem studiować lingwistykę i zapoznałem się z teorią funkcji języka. Zostanę tutaj przy klasycznej teorii Jakobsona, według której sześć podstawowych funkcji języka to:

– informacyjna (nie trzeba chyba jej tłumaczyć: zdanie „jajko jest na stole” przekazuje informację o umiejscowieniu jajka)

– ekspresywna (wyrażanie uczuć; „jestem zły” może być czystą informacją, ale „jestem, k…, zły” nie tylko informuje o uczuciach, ale także je wyraża)

– konatywna (wypowiedź sprawczo-celowa: mówię coś nie po to, żeby poinformować, ale po to, by skłonić kogoś, aby coś zrobił)

– fatyczna (nawiązanie i podtrzymywanie kontaktu: „hej” albo „ładna dziś pogoda” – nie jest to informacja, bo adresat wypowiedzi sam może stwierdzić, jaka jest pogoda)

– poetycka (mówię, aby wywołać zachwyt lub inny efekt estetyczny poprzez rytm słów, ciąg lub zderzenie idei etc.)

– metalingwistyczna (mówię o języku: używam języka, aby określić język).

Gdy tylko zapoznałem się z tymi funkcjami, pomyślałem sobie, że wszyscy fundamentaliści, którzy każdy biblijny tekst rozumieją z absolutną dosłownością jak instrukcję obsługi pralki (czyli jak precyzyjną informację lub precyzyjny nakaz), wcale nie chronią całości i integralności Biblii. Wręcz przeciwnie, odzierają Biblię nie tylko z metafor i interpretacji, ale także z funkcji językowych. Gdy sprowadzają Biblię do jednej czy dwóch funkcji (informacyjnej albo informacyjnej i konatywnej), to okaleczają całość i integralność Słowa Bożego, które przecież ma także i inne funkcje.

Co więcej, dosłowne fundamentalistyczne rozumienie nie pozwala nam dobrze rozpatrzeć się nawet między tymi dwoma (skądinąd rzeczywiście bardzo ważnymi) funkcjami, informacyjną i konatywną. Bardzo często jest tak, że wypowiedź mająca formę wypowiedzi informacyjnej, ma tak naprawdę charakter konatywny. „Zaraz tu się zrobi zimno” znaczy przeważnie „Zamknij okno”. Dosłowne rozumienie jest tu więc nieporozumieniem.

Dlatego nie da się wykluczyć, że kiedy Jezus mówi nam o piekle, mamy do czynienia z wypowiedzią bardziej konatywną niż informacyjną. Jezus mówi nam o piekle, bo chce nami wstrząsnąć; chce, żebyśmy byli miłosierni (jak w przypadku przypowieści o żebraku w niebie i bogaczu w piekle). Bóg dobrze zna człowieka i wie, że to zepsute stworzenie często potrzebuje egoistycznych pobudek, żeby zachowało się altruistycznie. Oczywiście, Bóg mógłby nas wszystkich natychmiast napełnić altruistyczną miłością. Jednak najwyraźniej woli nas prowadzić do dobra także za pomocą wizji Bożego Gniewu.

Ma to tę zaletę, że nie tylko całkiem skutecznie koryguje nasze zachowanie, ale także ukazuje nam nasz upadek. Ukazuje nam, jak bardzo jesteśmy zwierzęcy, jak bardzo potrzebujemy marchewki i kija. Być może jest to częścią kenosis – nieuchronnego w procesie chrześcijańskiego rozwoju pomniejszenia człowieka, sprowadzenia do parteru, upokorzenia (i nie ma co się za to gniewać na Boga: On najlepiej wie, co dla nas dobre – nie mówiąc już o tym, że Sam przeszedł za nas kenosis ostateczne: Ukrzyżowanie i Zstąpienie do Piekieł).

Hej! – już słyszę fatyczny, a może i fanatyczny krzyk fundamentalisty – Jezus nie kłamie! Zgadzam się. Jezus nie kłamie. Ale mówi przez przypowieści.

A przypowieść nie musi być reportersko prawdziwa, oparta na faktach. Po pierwsze, zawarty w niej element informacyjny jest wyrażony metaforycznie. Po drugie, funkcja przypowieści Jezusa jest o wiele bardziej konatywna niż informacyjna.

Jezus opowiada nam o synu marnotrawnym nie po to, żeby powiedzieć nam, że gdzieś kiedyś historia tegoż syna naprawdę się odbyła. Robi to, żeby powiedzieć nam, że Miłosierny Bóg wybaczy nam najgorsze grzechy. A przede wszystkim robi to, aby powiedzieć nam: „W najgorszym grzechu i nędzy też zwracajcie się do Boga!”.

Gdyby historia syna marnotrawnego nigdy się tu na świecie nie wydarzyła, to przypowieść Jezusa nie stałaby się przez to mniej prawdziwa. Tak samo przypowieść o żebraku w niebie i bogaczu w piekle nie musi być rozumiana jako: „tak jest”, tylko „nie bądźcie tacy”. Nie bądźcie tacy, jak ten bogacz.

A swoją drogą, dziwi mnie człowiek, któremu nie przeszkadza myśl, że Bóg mógłby go skazać na wieczne tortury, ale przeszkadza mu myśl, że Bóg mógłby go odrobinę „okłamać” czy nastraszyć w celu dydaktycznym…

I wreszcie czwarta przesłanka, czysto intuicyjna. To przypuszczenie, że Słowo Boże jest nie tylko niezgłębione (w tym sensie, że na tym świecie nigdy nie zrozumiemy go do końca), ale także żywe, samo do siebie mówiące, samo siebie słuchające i samo siebie nieustannie interpretujące. Samointerpretujące w absolutnym sensie: Biblia interpretuje się sama i poprzez samą siebie. I zinterpretuje się ostatecznie dopiero na Sądzie Ostatecznym, przy końcu czasów.

Nasze interpretowanie Biblii byłoby więc tylko częścią jej nieustannej samointerpretacji. W tej wizji nasz bunt mógłby zostać złagodzony następującą myślą: nie wszystko możemy zrozumieć z Biblii i nie ze wszystkim łatwo nam się jest zgodzić. Ale nie musimy tego od razu odrzucać ani ślepo akceptować, bo jeszcze nie wiemy, jak to będzie wyglądało w Interpretacji Ostatecznej.

Oczywiście wyżej opisane przesłanki (pierwsza: założenie, że trudny do przyjęcia przekaz biblijny nie wyklucza przekazu wręcz przeciwnego; druga: rozróżnienie pomiędzy Działaniem Boga a Jego Potencjałem; trzecia: rozpatrywanie różnych funkcji lingwistycznych Boskich wypowiedzi; czwarta: przypuszczenie, że trudne fragmenty nie przeszły jeszcze Interpretacji Ostatecznej) są niebezpieczne. Bardzo łatwo jest zastosować je w sposób taki: wszystko, co mi się w Biblii nie podoba, to tylko Potencjał, albo ma funkcję konatywną, albo nie „dointerpretowało” się do końca, albo nie wyklucza swego przeciwieństwa.

Nie sądzę, abyśmy byli uprawnieni do takiego oceniania Słowa Bożego według naszego widzimisię. Nie tylko byłaby to próba „wykastrowania” Boga, ale też całkiem udana kastracja nas samych i naszego umysłu. Umysł, który wybiera tylko to, co mu się podoba, to bardzo słaby umysł. Szczególnie niebezpieczne jest zakładanie Samointerpretacji, bo może prowadzić do antynomianizmu. Taką drogę przeszli żydowscy antynomianie, zwolennicy Sabataja Cwi, Natana z Gazy i Jakuba Franka, którzy uznali, że w czasie mesjańskim Tora staje się odwrotnością samej siebie, wszelkie jarzmo zostaje zerwane, a wszelki grzech staje się dobrym uczynkiem.

Dlatego uważam, że tego rodzaju dociekania są dopuszczalne tylko wtedy, kiedy prowadzą do pytań, a nie do odpowiedzi. Odpowiedzi należą do Boga.

No dobrze, powie fundamentalista, ale skoro odpowiedzi należą do Boga i tu, na Ziemi, nie poznamy ich (a na pewno nie wszystkich), to po co pytać? Nie lepiej po prostu zaakceptować albo – niech już panu będzie, panie Piątek – zawierzyć? I czy to nie jest trochę niegrzecznie pytać: Panie Boże, a z tym piekłem to nie oszukałeś nas trochę? Jak matka, co straszy dziecko złym wilkiem?

Oczywiście, że jest to niegrzeczne. I czy mogłoby nie być takie? Powtarzam: miłość to walka, a Biblia pokazuje nam wadzących się z Bogiem bohaterów. Najwyraźniej Bóg chce od nas nie tylko posłuszeństwa, ale także sporu, a więc i trudnych pytań.

Ale jak tu walczyć z Bogiem, skoro on zawsze wygrywa? Pewnie właśnie o to chodzi, żeby On wygrał.

Jaki jest sens tej niezwykłej przygody? Zawierzam, że On wie.

PS: Kwestia „Piekło czy powszechne zbawienie” moim skromnym zdaniem jest rozwiązana poprzez słowa Ewangelii: „Proście, a będzie wam dane”. Nie wyobrażam sobie chrześcijanina, który po przeczytaniu tych słów nie wpadłby na pomysł, żeby poprosić o zbawienie wszystkich ludzi, którzy żyją, żyli lub będą żyć na świecie. Dlatego sądzę, że będzie dobrze, lepiej niż możemy sobie wyobrazić. Ale proszę nie przyjmować takiej postawy: kolega Kowalski już się o to pomodlił, więc ja nie muszę. Proszę się pomodlić. Przecież zajebiście jest być częścią czegoś takiego.

Tomasz Piątek – pisarz, psycholingwista, copywriter, felietonista. Opublikował 16 książek, głównie powieści. Laureat Nagrody Raczyńskich i Nagrody Superhero, nominowany dwukrotnie do Paszportu Polityki, raz do Nagrody Wielkiego Kalibru, finalista Nagrody Nike. Zdobył również kilka nagród na festiwalach reklamowych.

Fotografia: archiwum prywatne autora.

Numer 4(4) 2013, 21.01.2014