Lektury: Bracia polscy. Przewodnik Krytyki Politycznej

Bracia polscy

Wydawać by się mogło, że do historii przeszły już czasy publikacji, których same tytuły – takie jak „Raków, ognisko arianizmu”, czy „Bracia człowieka, arianie” − implikujących za pomocą sugestywnych i plastycznych obrazów, że środowisko polskich antytrynitarzy/unitarian było jedyną grupą społeczną pielęgnującą tłumione przez katolików i przedstawicieli innych wyznań ideały rozumu.

To wszak lata 50. ubiegłego stulecia były dramatycznym okresem, kiedy powstawały poświęcone braciom polskim prace. Ich nadrzędną funkcją było „krzewienie kultury świeckiej” i jako takie należały przede wszystkim do dziedziny sterowanej odgórnie przez władze komunistyczne polityki historycznej. Zawarte w nich próby odnajdywania w „ideologii politycznej” czy „programie społecznym” arian zapowiedzi myśli dwudziestowiecznej miały na celu wynalezienie rodzimej tradycji dla socjalistycznej, wyzwolonej z bagażu przebrzmiałych idei, powojennej Polski.

Szczęśliwie oprócz tego rodzaju jednostronnych, niezbyt wyrafinowanych intelektualnie aktualizacji, powstał w późniejszym okresie szereg ważnych prac, edycji i opracowań pióra Janusza Tazbira, Zbigniewa Ogonowskiego, Ludwika Chmaja, Alodii Kaweckiej-Gryczowej, Lecha Szczuckiego, Wacława Urbana i innych. I z dzisiejszego punktu widzenia przesłaniają one wspomnienie o okresie radykalnego „kursu na arianizm”, obranego gdzieś w zaciszu ministerialnych gabinetów. Pod względem jakości warsztatowej, choć nie bez zastrzeżeń, można je śmiało sytuować w jednym szeregu wraz z dokonaniami przedwojennych badaczy dziejów reformacji: Stanisława Kota czy Marka Wajsbluma.

Można by również przypuszczać, że rosnący z każdym rokiem, każdą dekadą dystans czasowy dzielący nas od czasów, kiedy z pras drukarskich Rakowa i innych ariańskich ośrodków wydawniczych schodziły kolejne komentarze i traktaty Fausta Socyna, Jana Crella, Walentego Szmalca, Hieronima Moskorzowskiego, powinien w coraz większym stopniu sprzyjać zrównoważonej refleksji i analizie dorobku ariańskich teologów. Ich znaczenia dla sytuacji wyznaniowej i życia intelektualnego Rzeczypospolitej Obojga Narodów. A także szerzej − dla całej, ogólnoeuropejskiej res publica litteraria.

Tak jednak, jak się okazuje, nie zawsze jest. I, co gorsza, Marksowskie porzekadło o historii powtarzającej się jako farsa sprawdza się w wypadku przewodnika „Krytyki Politycznej” poświęconego braciom polskim.

Antologie i wszelkiej maści readery i companiony są tak szczególnymi książkami, że bardzo często na pierwszy plan wysuwana jest osoba autora zestawienia tekstów. Tak było w wypadku antologii literatury angielskiej sporządzonej przez Stephena Greenblatta dla wydawnictwa Norton. Marką samą w sobie są antologie literackie Alberto Manguela. Polscy czytelnicy znają angielską poezję XVII wieku nie w wyborze dokonanym przez ducha dziejów, Ducha Świętego czy Kantowski rozum transcendentalny, tylko przez Stanisława Barańczaka.

A z reformacyjnego poletka? Antologia „Państwo świeckie czy księże?” została pieczołowicie przygotowana i wydana przez konkretną badaczkę − prof. Urszulę Augustyniak. Tymczasem „Bracia polscy. Przewodnik Krytyki Politycznej” jako antologia są dziełem prawie że anonimowym. Jeśli ktoś nie zerknie na ostatnią stronę tego tomiku, będzie tkwił w przekonaniu, że wybór z pism Jerzego Blandraty, Szymona Budnego, Grzegorza Pawła z Brzezin, Piotra z Goniądza, Erazma Otwinowskiego, Jana Ludwika Wolzogena i innych powstał ex nihilo. A przecież redaktorem prowadzącym (cokolwiek to oznacza) jest Jakub Majmurek. Czyżby redaktorzy „Krytyki” do tego stopnia uwierzyli w twierdzenia Barthesa i Foucaulta o śmierci autora, że postanowili wydawać książki będące dziełem redaktorów wycofanych i wolnych od chęci postawienia na nich swojej oryginalnej, unikalnej sygnatury?

Ponieważ to nazwisko Majmurka znalazło się w kolofonie, zarzuty będą trafiać na jego konto. Jeśli to błędny adres, zwracam się niniejszym z uprzejmą prośbą o przekazanie komu trzeba. W każdym razie jeden redaktor prowadzący jest i tak lepszy i bardziej uchwytny, niż zdarzający się czasami enigmatyczny zespół…

Edycje naukowe nie rodzą się na kamieniu. Wymagają sporego nakładu pracy intelektualnej, krytyki źródeł, zestawiania wariantów tekstów, tworzenia objaśnień. Dobrze się dzieje, kiedy chociażby we fragmentach trafiają do obiegu szerszego aniżeli krąg profesjonalnych historyków. Autor wyboru skorzystał z dwóch innych antologii: „Literatury ariańskiej w Polsce XVI wieku” pod redakcją Lecha Szczuckiego i Janusza Tazbira (Warszawa 1959) oraz „Myśli ariańskiej w Polsce XVII wieku” zredagowanej przez Zbigniewa Ogonowskiego (Wrocław 1991).

Szkoda wielka, że redaktorzy nie pokusili się jednak o bardziej szczodre użycie przypisów. Nie chodzi wszak o tropienie biblijnych similiów i tworzenie na marginesie tych tekstów słownika teologii XVI i XVII wieku, ale o wyjaśnienie większej ilości miejsc, które dla czytelnika docelowego mogą być mętne. Widzę tutaj redaktorów zatrzymanych w pół kroku − niezdecydowanych, czy chcą tylko przedrukowywać teksty, czy też wydawać i objaśniać (po swojemu lub za innymi badaczami).

Pewnym mankamentem jest również brak informacji odnośnie chociażby przedrukowanych w „Przewodniku” utworów Erazma Otwinowskiego. Śmiem domniemywać, iż przedruku dokonano na podstawie pracy i antologii „Arianie polscy w świetle własnej poezji” Jana Dürra-Durskiego (Warszawa 1948). Wskazują na to chociażby powtórzone rozwiązania edytorskie dotyczące ortografii i interpunkcji, jednak w kolofonie odnośnika do tej pozycji już zabrakło. Dlaczego autor wyboru nie skorzystał z istniejącej, nowszej i spełniającej wymogi nowoczesnego edytorstwa tekstów dawnych edycji „Pism poetyckich” Otwinowskiego (Warszawa 1999)? Można jedynie zgadywać.

Jednak nie tylko te wspomniane wyżej nieścisłości i niedoskonałości utrudniać mogą odbiór zebranych w „Przewodniku” tekstów. Pisma ariańskich teologów wiszą w tym tomie w osobliwej, ahistorycznej próżni. I trudno właściwie wyrokować, czy jest to efekt zamierzony przez autorów, czy też wypadek przy pracy i niedopatrzenie. Czy uznano, że „O ponurzaniu chrześcijańskim” Piotra z Goniądza jest tekstem tak ponadczasowym, że umieszczenie go na osi czasu przyniosłoby mu ujmę, bądź ograniczyło wymowę?

Skoro redaktorzy zdecydowali się na przedrukowywanie tekstów, które są − jak pisze Majmurek − „znane już w obiegu naukowym”, to cóż ich powstrzymało od wskazania źródeł, z których korzystali, a przy okazji podania również informacji na temat datacji? W sytuacji, gdy ludzie zapytani o daty wydarzeń XX-wiecznych zaczynają się zastanawiać, usytuowanie tekstów powstałych około 300 lat temu w kontekście innych wydarzeń z epoki, zwłaszcza zaś ówczesnego życia społeczno-politycznego, byłoby zabiegiem cennym (chociażby z punktu widzenia dydaktyki). Przy tym nie wymagającym dramatycznych wysiłków ze strony wydawców przewodnika, którzy − o ile wiem − historykami nie są.

Osobliwość tej antologii na tym się jednak nie wyczerpuje. Otóż ilekroć padają w tekstach ją otaczających − wstępie i posłowiu oraz w wywiadzie ze Stanisławem Obirkiem − tezy odnoszące się do ideologizacji badań nad arianizmem w okresie PRL, które dawać by mogły nadzieję na nowe, „nieideologiczne” otwarcie w refleksji nad dziedzictwem arianizmu w naszej kulturze intelektualnej, tylekroć teza ta znajduje swoje zaprzeczenie. I to dosłownie chwilę później.

Zastanawiam się tedy, czemu taka antologia ma służyć? Jako wypisy dla studentów historii czy filologii jest niezdatna: oducza lub zniechęca do pielęgnacji warsztatu badawczego. Jako czytanka dla licealistów chcących zrozumieć historię i pragnących, aby to „KP” była ich przewodniczką, jest najprawdopodobniej za trudna. Zaś dla fachowców całkowicie zbędna, bo mają lepsze publikacje w swoich prywatnych lub uczelnianych bibliotekach.

Chodzi zatem najprawdopodobniej o odegranie raz jeszcze spektaklu antykościelnego, z obowiązkowym pisaniem Trójcy Świętej małymi literami (dobrze, że chociaż Bogu wielką literę pozostawiono!). To zaś ani nie pogłębi naszego rozumienia przeszłości i długiego trwania jej dziedzictwa, ani nie sprawi, że staniemy się teraz bardziej światli, otwarci, nastawieni na emancypację osiąganą dzięki pracy rozumu.

Wracamy za sprawą tego tomu do starych klisz i sposobów myślenia, które nijak się nie przyczyniają ani do zrozumienia przeszłości, ani też nie naświetlają teraźniejszości w nowy, pozwalający rozwijać się myśli, sposób. Notabene, nie ułatwiają tego również potknięcia redakcyjne, których symbolem jest dla mnie apokryficzny 231. rozdział Ewangelii św. Mateusza, przywołany w „Dziesięcinie” Otwinowskiego.

Warta zastanowienia, dyskusji, poważnej polemiki jest niewątpliwie interpretacja Michała Pospiszyla, który posiłkując się „The Radical Enlightenment” Jonathana Israela (2001) pokazuje, że dyskusje toczone w gronie braci polskich, jak i teksty nie-arian powstające w odpowiedzi na ich koncepcje można do pewnego stopnia czytać jako antecedencje wielkiej dyskusji o teologii politycznej, której patronem na Zachodzie był Spinoza.

Uwaga celna, trop „pre-oświeceniowy” został zresztą, choć w nieco inny sposób, rozpoznany już jakiś czas temu chociażby przez Zbigniewa Ogonowskiego, o czym Pospiszyl już nie wspomina. Jednak „radykalne oświecenie” Israela, którego sympatykiem jest warszawski badacz postsekularyzmu, jest jednym z dwóch „radykalnych oświeceń”, które funkcjonują w anglosaskiej historiografii.

Jako pierwsza terminu tego użyła Margaret Jacob. Przy czym dla niej źródłem „radykalnego oświecenia” był nie spinozjanizm (który jest kluczowym elementem koncepcji Israela), tylko newtonianizm oraz jego oddziaływanie zarówno na refleksję polityczną oraz (uwaga!) na rewolucję przemysłową i procesy modernizacyjne.

Jakkolwiek koncepcje te do pewnego stopnia się wykluczają (a Israel w swoich publicznych wystąpieniach ma w zwyczaju postponowanie ujęcia Jacob), przy analizie zjawiska niedokończonego projektu polskiej reformacji, w tym reformacji spod znaku braci polskich, należy uwzględnić obydwa czynniki. Do idei Spinozy i Newtona było umysłom zamieszkującym Rzeczpospolitą Obojga Narodów równie daleko, więc równie łatwo można snuć historyczne interpretacje na temat niewcielenia obu tych nurtów w życie nad Wisłą.

Irytujący wreszcie jest anachronizm biorący się − jak chcę wierzyć, ale pewności nie mam − z dobrej wiary i próby tworzenia z braci polskich wczesnej odnogi teologii wyzwolenia. Po co tworzyć na siłę takie analogie, kiedy nie mają one podstaw w tekstach, które są przywoływane w samej antologii? Czy widoczne w nich idee racjonalizmu, republikanizmu i pacyfizmu (choćby pozbawionego legendarnych drewnianych szabel, który to mit raz jeszcze rozbraja Janusz Tazbir w „dydaktycznym” wywiadzie przeprowadzonym przez Majmurka) nie są same w sobie wystarczające? I czy doprawdy konieczne jest przerzucanie pomostów, aktualizacja prowadząca do stosowania anachronicznych kategorii służących do opisywania zjawisk intelektualnych i procesów społecznych, które zaistniały w XX wieku w całkowicie innym kontekście?

Anachronizmów w tekstach towarzyszących antologii jest zresztą więcej, a wszystkie sprowadzają się do próby uprawiania bieżącej publicystyki za pomocą historiografii. Ujmowanie bowiem katolickich i protestanckich uczonych en masse jest takim samym błędem logicznym, jak idealizacja (zbiorowa świecka kanonizacja?) całej wspólnoty braci polskich. Na dodatek próba uczynienia z nich wspólnoty postsekularnej prowadzić może do wniosku, że faktycznie odrzucając boskość Jezusa z Nazaretu, stali się oni automatycznie ateistami. I − jak mi się wydaje − coś takiego właśnie redaktorzy chcieliby u arian wyczytać.

Otóż tak, drodzy panowie, nie jest. Arianie odrzucili najważniejszy, trynitarny dogmat i przez to również współcześni teolodzy chrześcijańscy sytuują ich (oraz dzisiejszych unitarian) poza granicami świata chrześcijańskiego, gdzie uznanie Trójcy jest warunkiem sine qua non. Ale ateistami bracia polscy nie byli.

Jezus z Nazaretu mógł być dla nich wyłącznie człowiekiem, a nawet − jeśli znajdzie się odpowiednie fragmenty − buntownikiem, rewolucjonistą, reformatorem. Lecz nadal pozostali ludźmi na swój sposób gorliwie wierzącymi, szukającymi racjonalnych przesłanek dla swojej wiary i traktującymi rozum jako instancję rozstrzygającą o jej przedmiocie.

Jeśli ktoś ma wątpliwości co do zasadności stosowania kategorii wiary do tej wspólnoty religijnej, wystarczy zerknąć chociażby do bibliografii druków z ariańskiej oficyny Rodeckiego i Sternackiego wydanej w latach 70. przez Kawecką-Gryczową. Znajdzie tam i modlitewniki, i pisma teologiczne (a nie antyteologiczne), i komentarze do Biblii niepisane bynajmniej z perspektywy agnostyka czy ateisty.

Zgoda − ich główna zasługa na gruncie refleksji polityczno-teologicznej leżała w rozważaniach na temat zwierzchności władzy religijnej i prób jej filozoficznego zniesienia. Ale ateistów z nich zrobić się już nie da.

Do radykalnego oświecenia jako nurtu irreligijnego, ateistycznego dystansuje się nawet sam Israel, wskazując na konieczność zniuansowania stanowiska sformułowanego po raz pierwszy w latach 20. XX w. przez Leo Straussa w jego pracy o Spinozie („Die Religionskritik Spinozas als Grundlage seiner Bibelwissenschaft”, 1930; wyd. ang. „Spinoza’s Critique of Religion”, 1965). Zagadnienie niewiary jest istotne dla nowożytności, ale obecne było ono w innych kręgach − odsyłam tutaj chociażby do klasycznej (i nadal niedostępnej po polsku!) pracy Luciena Febvre’a „Le problème de l’incroyance au XVIe siècle. La religion de Rabelais” (1947). Czy też − z nowszych publikacji − do książki Sabiny Kruszyńskiej „Zrozumieć niewiarę. Filozoficzne wyznania niewiary w nowożytnej myśli francuskiej” (Gdańsk 2011).

Czytelnik rozochocony takim łatwym sekularyzmem i racjonalizmem naszych XVI- i XVII-wiecznych „braci w rozumie” będzie trwał dzięki „Przewodnikowi” w przekonaniu, że „tak właśnie było”. Tymczasem historia i otwierające do niej dostęp źródła wymagają pracy i wysiłku zrozumienia: zamykanie jej w kliszach i etykietach jest jej obojętne, ale stanowi krzywdę wyrządzaną kolejnym pokoleniom czytelników. Ci, zamiast rzetelnej dyskusji i poważnej książki o tym, jakie są współczesne konsekwencje braku przejścia przez polskie społeczeństwo w nowożytności pełnej lekcji reformacji (czegoś, co mogłoby być chociażby „Fantomowym ciałem króla bis”), dostają ersatz, produkt zastępczy, nastawiony przede wszystkim na umacnianie istniejących podziałów i tworzenie środowiskowej legendy („jesteśmy spadkobiercami braci polskich”). Produkt ów nie jest zaś nastawiony na wykorzystywanie przeszłości do zrozumienia teraźniejszości.

Doraźność komentarzy (Obirek) i zalążkowość interpretacji, które wymagałyby rozwinięcia do rozmiarów przynajmniej kilkudziesięciostronicowego szkicu, o ile nie książki (Pospiszyl) sprawiają, że dostajemy antologię szalenie niefunkcjonalną, jednowymiarową i będącą w gruncie rzeczy gwałtem na wykorzystanych w niej tekstach.

Tymczasem to, czego nam trzeba, to nie reader o braciach polskich, ale − choćby napisana z inspiracji „KP”! − książka o niespełnionym projekcie polskiej reformacji. Taka, która zamiast operować doraźnie zastosowanymi modnymi kategoriami, będzie stanowiła autentyczną próbę objaśnienia dawnych idei i prześledzenia ich (ewentualnego, być może czasami głęboko ukrytego) długiego trwania.

Albo − jeśli taka książka nie może się jeszcze wydarzyć − przynajmniej zaktualizowany o nową wiedzę, pogłębiony komentarz do tekstów źródłowych. Pożytek w każdym razie będzie z tego większy. W przeciwieństwie do innych, skądinąd bardzo cennych, również i dla mnie, „Przewodników KP”, „Bracia polscy” są zbyt hermetyczni − to, co z nich tak naprawdę zostanie, to teksty towarzyszące wydanym onegdaj źródłom. A przez ich publicystyczną dominantę tracą na mającej szansę przetrwać dłużej niż jeden sezon wartości poznawczej.

Może jest to kwestia anglosaskiego spokoju i dystansu, a może istotną rolę odgrywa tutaj czynnik geograficzny, bądź też wygaśnięcie pewnych problemów wraz z rozwojem brytyjskiej polityki (i jej teorii) w stuleciach, które nastąpiły po wieku XVII, ale w pracy „Reason and Religion in the English Revolution: The Challenge of Socinianism” (Cambridge 2010) oksfordzka badaczka Sarah Mortimer uniknęła chociażby pokusy aktualizacji. Dalej: transponowania na warunki bieżącej polityki dyskusji toczonych przez przedstawicieli różnych politycznych i filozoficznych frakcji w związku z „wyzwaniem socynianizmu”, wobec którego stanęły siedemnastowieczne angielskie elity intelektualne.

Mortimer mogła przecież próbować na siłę wtłaczać onegdaj toczone debaty, przekładające się na liczne, gęsto zadrukowane tomy i broszury; wpisywać w aktualne spory polityczne, społeczne, wyznaniowe − tych przecież nigdzie nie brakuje, a formalnie rzecz biorąc Wielka Brytania jest wszak nadal państwem, w którym władca jest głową Kościoła anglikańskiego! W całej książce Mortimer nie da się znaleźć nawet jednego takiego miejsca. Wszystko jest napisane zgodnie z regułami historycznej sztuki, bez prób uciekania się do publicystyki i rozliczania na szybko czegoś, czego w pośpiechu rozliczyć się nie da.

Dobrze, że ożywa na nowo zainteresowanie naszymi heterodoksyjnymi przodkami. Jednak chyba wciąż przed nami leży dyskusja na temat formy, w jakiej powinniśmy owo zainteresowanie pielęgnować. Może więc nie tylko lekcji radykalnego oświecenia nam brakuje, ale również historycznej kindersztuby i umiaru w używaniu źródeł?

Michał Choptiany

Bracia polscy. Przewodnik Krytyki Politycznej, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2013.

Numer 4(4) 2013, 21.01.2014