Lektury: Wyzywająca miłość. Chrześcijanie a homoseksualizm

Wyzywająca miłość

Podtytuł książki – „Chrześcijanie a homoseksualizm” – może być nieco mylący, zwłaszcza dla czytelnika, który szukałby odpowiedzi na pytanie, jak niekatolicy postrzegają homoseksualizm. Autorzy ograniczyli się do przedstawienia stanowiska Kościoła rzymskokatolickiego i z nim konfrontują postawy swoich bohaterów. Gdyby chcieli sięgnąć do innych tradycji chrześcijańskich, musieliby zapewne wydać kilkutomową pracę, w której wypadałoby uwzględnić stanowiska jeszcze bardziej fundamentalne niż katolickie z jednej strony, a z drugiej – nie tylko afirmację homoseksualizmu, ale wręcz sakralizację coming outu.

Osią „Wyzywającej miłości” jest nauczanie na temat homoseksualizmu wyrażone w Katechizmie Kościoła Katolickiego (KKK 2358): „Pewna liczba mężczyzn i kobiet przejawia głęboko osadzone skłonności homoseksualne. Skłonność taka, obiektywnie nieuporządkowana, dla większości z nich stanowi trudne doświadczenie. Powinno się traktować te osoby z szacunkiem, współczuciem i delikatnością. Powinno się unikać wobec nich jakichkolwiek oznak niesłusznej dyskryminacji”.

Redaktorzy – Katarzyna Jabłońska i Cezary Gawryś – zastrzegają, że nie zamierzają dyskutować z tym stanowiskiem. Polemiki jednak się pojawiają, zwłaszcza w wypowiedziach homoseksualnych bohaterów książki i ich rodziców. Reportaże i rozmowy z bohaterami i ich bliskimi ilustrują w wymowny sposób „trudne doświadczenia” tych osób.

Z kolei psychologowie, terapeuci, duszpasterze i teologowie, zaproszeni do zabrania głosu, komentują następne sformułowania katechizmowe. Niekiedy robią to w sposób bardzo krytyczny, częściej – praktyczny, pokazując, jak można realizować postulat „traktowania osób homoseksualnych z szacunkiem, współczuciem, delikatnością, bez jakichkolwiek oznak niesłusznej dyskryminacji”.

Problem w tym, że dla osób homoseksualnych oficjalne wypowiedzi kościelnych gremiów – nawet tak im życzliwe jak oświadczenia Komisji do spraw Małżeństwa i Rodziny Konferencji Episkopatu USA oraz Komisji do spraw Społecznych Episkopatu Anglii i Walii – są obciążające. Wynika z nich bowiem, że bycie homoseksualnym katolikiem wymaga albo powołania do życia w celibacie, albo heroizmu, by żyć w związku i nie podejmować aktywności seksualnej.

Wcześniej zalecano jeszcze dość kontrowersyjną z różnych względów tzw. terapię reparatywną, która miała na celu zmianę orientacji z homo- na heteroseksualną. Obecnie nie jest ona już tak popularna, choć wciąż znajduje zwolenników. Trzeba jednak uznać, że jest się „chorym” lub „zepsutym” i chcieć się „wyleczyć” lub „naprawić”. Tymczasem bohaterowie „Wyzywającej miłości” odkrywają i akceptują swoją orientację i wcale nie chcą jej zmieniać. Nie czują się chorzy. A to, że homoseksualizm nie jest chorobą, podkreślają bardzo mocno Cezary Żechowski i ks. Jacek Prusak w tekście „Dzieci innego Boga”.

Terapeuci ci twierdzą też, że wymagania Kościoła katolickiego w stosunku do osób homoseksualnych mogą prowadzić do walki z samym sobą i do utraty umiejętności budowania trwałych, głębokich relacji z innymi – a więc do tego, o co często się homoseksualistów podejrzewa, dodatkowo przypisując im jeszcze rozwiązłość. Z jednej strony bowiem, aby móc się rozwijać, należy wchodzić w coraz głębsze relacje z innymi. Z drugiej – aby być w zgodzie z nauczaniem Kościoła i nie ulegać pokusom – osoba homoseksualna unika wszelkich relacji, bojąc się, by nie przybrały one charakteru erotycznego.

Mając więc nauczanie Kościoła z jednej, i własną naturę z drugiej strony, homoseksualny katolik często wybiera życie zgodne z naturą. To z kolei jest trudne do zaakceptowania przez jego rodziców. Zanim dojdzie do coming outu, rodzice czegoś się domyślają, ale najczęściej to wypierają. Po coming oucie czasem szukają winy w sobie, czasem posuwają się do szantażu, by „nawrócić” dziecko na heteronormatywność.

Terapeuci przekonują, że to fałszywe kierunki. Miłość do homoseksualnego dziecka jest niewątpliwie trudna. Trzeba do niej dojrzeć, trzeba się jej nauczyć, godząc się wcześniej z taką a nie inną orientacją seksualną dziecka i porzucając własne wyobrażenia i nadzieje związane z jego przyszłością. Zapisem dojrzewania do takiego rodzicielstwa, a jednocześnie świadectwem bezwarunkowej ojcowskiej miłości, jest korespondencja pomiędzy Szczepanem Czerskim a Cezarym Gawrysiem zatytułowana „Mój syn, moja miłość”.

Skoro do tak absolutnej miłości zdolny jest człowiek, to czy niezdolny do niej jest Bóg? Pytanie to pobrzmiewa w wielu tekstach – czasem tylko implikowane, innym razem wyraźnie wypowiadane. Odpowiedź jest oczywiście pozytywna. Amerykańscy i brytyjscy biskupi deklarują, że Bóg „kocha każdą osobę jako niepowtarzalną jednostkę”, a homoseksualizm nie jest na pewno przyczyną, dla której miałby On kochać kogokolwiek mniej.

Co więcej, twierdzą biskupi, że w osobach homoseksualnych objawia się Boża miłość. Wyczuwają jednak słabość tych deklaracji. Zwłaszcza w zetknięciu z praktyką duszpasterską i powszechnym postrzeganiem osób homoseksualnych przez pryzmat innych wypowiedzi Kościoła. Tych mianowicie o „obiektywnym nieuporządkowaniu”, „osłabieniu procesu identyfikacji heteroseksualnej” i „moralnie nagannych stosunkach homogenitalnych”.

Zdają sobie sprawę, że ludzie Kościoła ograniczają niejako tę Bożą miłość. Stąd w oświadczeniu Komisji do spraw Małżeństwa i Rodziny Konferencji Episkopatu USA znalazło się wezwanie: „Zaufaj całkowicie Bogu. On jest potężniejszy, bardziej miłosierny i wyrozumiały niż my bylibyśmy w stanie kiedykolwiek na to się zdobyć”. Natomiast dokument wydany przez Komisję do spraw Społecznych Episkopatu Anglii i Walii kończy się przypomnieniem, że miłość Boża jest większa niż seksualność.

Teologicznie kwestię Bożej miłości rozwija ks. prof. Jacek Bolewski w tekście „Wyzywająca miłość. Teolog o homoseksualizmie”. Bóg kocha grzesznego człowieka, akceptuje go w całości – wraz z jego dylematami moralnymi, upadkami i orientacją seksualną! W miłości Bożej – agape – dopełniają się wszystkie pozostałe postaci miłości – storge, eros, filia. Jednak służą one człowiekowi tylko wtedy, gdy pomagają mu otworzyć się na miłość Bożą. Trzeba więc pytać, niezależnie od orientacji, czy każda z tych miłości prowadzi do agape? Ale dlaczego miłość heteroseksualna może, a homoseksualna nie może otwierać na Boga? Dlatego że – zgodnie z obecnym nauczaniem Kościoła rzymskokatolickiego – Bóg stworzywszy człowieka jako kobietę i mężczyznę, miał też sakralizować ich seksualne współżycie.

Powyższe wyjaśnienie prowadzi w prostej linii do dylematu, który pojawia się w wypowiedziach osób homoseksualnych – czy w takim razie ktoś, kto odczuwa pociąg do własnej płci, jest rzeczywiście stworzony na Boży obraz? Absurdalność tej sugestii i towarzyszącej jej seksualizacji Boga zauważa ks. Prusak, który kontestuje nadmierne akcentowanie elementu seksualności w terminologii odnoszącej się do gejów i lesbijek. Postuluje nawet, choć tego, niestety, nie rozwija, aby odrzucić aksjomat, że Bóg stworzył człowieka jako istotę heteroseksualną.

Intencją autorów „Wyzywającej miłości” było też pokazanie, że homoseksualni katolicy nie są pozostawieni samym sobie. Kościół otacza ich duszpasterską troską, przynajmniej deklaratywnie. Jak wygląda ta troska, opisują z różnych perspektyw teksty „Przystanek Soho” Natalii Wizimirskiej, „Jak kocha Bóg? Dylematy spowiednika” ks. Jacka Prusaka, „Homoseksualista w sakramencie pojednania” ks. Bogusława Szpakowskiego oraz rozmowa z ks. prof. Andrzejem Szostkiem „Sumienie na ostrzu noża”.

Inicjatywa w Soho, gdzie praktykowano tzw. „msze gejowskie”, na których udzielano Eucharystii parom homoseksualnym, spotkała się z wyraźnym sprzeciwem bardziej konserwatywnych i fundamentalnych katolików. Mimo że początkowo miejscowy biskup wzywał do powstrzymywania się od oceniania tych, którzy do Eucharystii przystępują, w 2013 roku zlikwidowano tę formę duszpasterskiej posługi osobom homoseksualnym. Alternatywą dla dotychczasowej ekskluzywnej liturgii ma być liturgia inkluzywna oraz organizacja rekolekcji i enigmatyczna pomoc indywidualna. Dość to zaskakujące, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę wypowiedzi gejów i lesbijek, którzy najdotkliwiej odczuwają właśnie ograniczenia w dostępie do Eucharystii.

Problem polega na tym, że warunkiem przystąpienia do Komunii w Kościele katolickim jest otrzymanie rozgrzeszenia w sakramencie pokuty po dokonaniu (a może tylko deklaracji?) metanoi, odwrócenia się od grzechów. Zatem – jeśli współżycie homogenitalne uważane jest za grzech, a osoba pozostająca nawet w trwałym związku z partnerem tej samej płci nie zamierza się od tego współżycia powstrzymywać, lub też osoba wolna nie wyklucza możliwości podjęcia takiego współżycia – to nie zostały dopełnione warunki spowiedzi i o absolucji nie może być mowy.

Znów pojawia się opozycja „natura vs nauka katolicka”, która, paradoksalnie, bardzo mocno akcentuje „prawo naturalne” i zgodne z nim współżycie heteroseksualne. Jak trudno pogodzić kategorię natury i wymagań Kościoła, doskonale wie ks. Jacek Prusak, który mówi, że spowiednik-terapeuta musi zawiesić albo swoje kapłaństwo, albo wiedzę psychologiczną. Jako spowiednik – nie może udzielić rozgrzeszenia homoseksualnemu penitentowi, który za grzech nie żałuje. Jako terapeuta zaś rozumie jego sytuację i nie może go oceniać tak, jak to się robi w teologii moralnej.

Ks. Bogusław Szpakowski, wieloletni współpracownik „Odwagi”, daje recepty, zgodne z nauczaniem Kościoła rzymskokatolickiego: nauka i podjęcie zachowań heteronormatywnych (ewentualnie celibat). Zgodne z tym nauczaniem jest też przypisywanie homoseksualizmu deficytowi obecności ojca w życiu dziecka. Ten aspekt podkreślany jest w przeprowadzonej przez ks. Szpakowskiego systematyce homoseksualnych penitentów. Niezamierzenie zapewne wspierają to myślenie redaktorzy całej książki – Katarzyna Jabłońska i Cezary Gawryś – którzy przedstawiając sylwetki swoich bohaterów, często sięgają do ich, delikatnie mówiąc, niezbyt szczęśliwego dzieciństwa.

Ks. Szpakowski namawia więc do zachowań gwałcących tożsamość osoby homoseksualnej, a jednocześnie w sposób naprawdę subtelny i przez to przekonujący mówi o Bożej miłości i akceptacji każdego człowieka. Świadomość tego ma doprowadzić do akceptacji i pojednania penitenta z samym sobą – czyli do jego wolności, umożliwiającej duchowy i moralny rozwój. Sam duszpasterz z wielką empatią mówi o dramatycznych niekiedy wyborach osób homoseksualnych. Nie potępia jednoznacznie decyzji pozostawania w związku i współżycia homogenitalnego, zakładając, że zostały podjęte zgodnie z sumieniem i po rozważeniu za i przeciw. Wysoko więc ceni autonomię sumienia i zachęca takie osoby do pozostania w Kościele…

Podobnie jak ks. prof. Szostek, autor tekstu zamykającego „Wyzywającą miłość”, który decyzję, jak daleko można posunąć się w kontaktach seksualnych, pozostawia samym zainteresowanym. Jeśli homoseksualny penitent przychodzi do spowiedzi i nie potrafi żałować swoich relacji z partnerem, również tych intymnych, to może w innym miejscu należałoby postawić akcent w tym żalu? Nie żałować, że coś się zrobiło, lecz żałować, że się nie żałuje.

Ważniejszą kwestią jest szczerość i uczciwość penitenta względem samego siebie i względem spowiednika. I to przede wszystkim należy docenić, powstrzymując się przy tym od jakichkolwiek ocen. Nieustannego nawracania się potrzebują bowiem wszyscy członkowie Kościoła, nie tylko ci nieheteronormatywni. I nikt nie ma prawa wykluczać ich z Kościoła.

Ks. Szostek postuluje też, aby homoseksualizm potraktować nie jako krzywdę, lecz jako dar budowania głębokich relacji przyjacielskich. Zrównuje więc do pewnego stopnia obie orientacje, ale przestrzega, żeby relacji budowanych przez homoseksualistów nie rozpatrywać jako konkurencji dla małżeństwa. Oba dary – homo- i heteroseksualność – wymagają pracy, ale innej. Autor nie doprecyzowuje jednak, że praca nad homoseksualnym darem może być dużo trudniejsza. Wymaga bowiem nie tylko więcej wyrzeczeń, ale też więcej odpowiedzialności i odwagi.

„Wyzywająca miłość” nie jest poradnikiem, jak żyć, będąc homoseksualnym katolikiem, a nie mając powołania, by wytrwać w celibacie, białym związku, czy „nawracając się” na heteronormatywność. Autorzy niczego nie sugerują, raczej towarzyszą swoim bohaterom. Pozwalają im odkrywać siebie, pozwalają im na bunt i na wykrzyczenie tego buntu. Do głosu dochodzą osoby, których dotychczas nie chciano w Kościele wysłuchać, ale dla nich wypowiedzi duszpasterzy zaprezentowane w książce mogą nie być wystarczające.

Podkreślana na każdym kroku miłość, konieczność podchodzenia ze współczuciem i delikatnością do „tych osób” nie sprawi, że poczują się one dużo lepiej. One nie chcą delikatności, współczucia, leczenia, naprawy ani specjalnego traktowania. Przeciwnie, chcą normalności i takiego samego statusu jak osoby heteroseksualne.

„Wyzywająca miłość” to właściwie pytanie do Kościoła: wśród wiernych są też homoseksualiści, akceptujący w pełni swoją orientację, prowadzący aktywne życie seksualne. Chcący w pełni uczestniczyć w życiu sakramentalnym, ale odrzucający dotychczasowe propozycje Kościoła. I co na to Kościół deklarujący troskę o nich i miłość?

Kalina Wojciechowska

Katarzyna Jabłońska, Cezary Gawryś (red.), Wyzywająca miłość. Chrześcijanie a homoseksualizm, Więź, Warszawa 2013.

Numer 4(4) 2013, 21.01.2014