Wystawa: In God We Trust

In God We Trust

W warszawskiej Zachęcie do 10 listopada można było oglądać wystawę „In God We Trust”, prezentującą współczesny krajobraz religijny USA. Aby gruntownie zaznajomić się ze wszystkimi eksponatami, spośród których niemały procent stanowiły materiały wideo, należało – nomen omen – poświęcić na wizytę parę godzin. I pamiętać o tym, że galeria zamyka się o 20.

Pierwszą instalacją, którą napotykali zwiedzający, były podwieszone pod sufitem głównej klatki schodowej czarne kontury przedstawiające wizerunki amerykańskich polityków. Oraz symbole odnoszące się do tematów stanowiących z jakichś powodów obiekt zainteresowania amerykańskiej opinii publicznej. Obok sylwetki żołnierza i symbolu dolara można tu było dostrzec schemat żeńskich narządów rodnych, symbol atomu czy alegorię ewolucji. Dopiero z pewnej odległości wszystkie te symbole zlewały się w jeden – w krzyż.

Wybór tego akurat znaku jako symbolu religii w ogóle nie był przypadkowy. Nadal większość Amerykanów należy do któregoś z Kościołów chrześcijańskich. Na wystawie nie zabrakło wprawdzie akcentów związanych z innymi religiami (jak np. stuningowanego posągu medytującego Buddy autorstwa Dzine), jednak stosunkowo najwięcej prezentowanych dzieł odnosiło się do Jezusa.

Niewiele z nich można by umieścić bez obaw o zranienie uczuć religijnych w kościele. Postać Chrystusa wkomponowano w wielkomiejską teraźniejszość – jak na zdjęciach z cyklu Davida LaChapelle „Jesus is my homeboy” – lub skonfrontowano z innymi religiami – jak w filmie Jaya Rosenblatta „King of the Jews”, opowiedzianym z perspektywy żydowskiego chłopca, który panicznie bał się Chrystusa. Do momentu, kiedy – ku swojemu głębokiemu zaskoczeniu – odkrył, że Jezus też był Żydem.

Twórcze wykorzystanie napięcia zachodzącego między symbolami kojarzonymi z różnymi systemami religijnymi najwyraźniej było zresztą jedną z zasad, którymi kierowano się przy zestawianiu eksponatów. Na środku największej sali wystawowej umieszczono dzieło Humy Bhabhy bezpiecznie pozbawione tytułu. Przywodziło na myśl charakterystyczny muzułmański pokłon modlitewny. Skierowany wydawał się być jednak nie ku Mekce (nie zgadzałoby się to zresztą z kierunkami świata), co raczej ku ukrzyżowanemu na ścianie Jezusowi. Jezusowi swoją drogą ubranemu w moro (praca „Martyr” duetu Guerra de la Paz).

Na wystawie nie mogło też zabraknąć charakterystycznych dla zmotoryzowanego kraju church signs – przypominających przydrożne tablice z nazwą danej parafii i krótkim a chwytliwym tekstem, opartym często na grze słów. Przykładem może być reinterpretacja popularnego skrótu „T.G.I.F.” jako „Thank God I’m Forgiven”. Dzięki tej trawestacji obecne w powiedzeniu „dzięki Bogu jest piątek” invocatio Dei przestało być jedynie czczym i wypranym ze znaczenia wykrzyknikiem. Stało się natomiast szczerym wyrazem wdzięczności za to, że nikt inny, tylko sam Bóg, nam wybaczył.

Częstym motywem, przewijającym się przez wiele przedstawionych na wystawie prac, były sakramenty. Ze względu na swoją wizualność (widzialne znaki łaski Bożej) stanowią one atrakcyjny temat twórczej interpretacji. Chyba największe wrażenie zrobiła na mnie kompilacja nagrań przedstawiających chrzty osób dorosłych. W rogu sali na dwóch prostopadłych ścianach odbywała się ciągła projekcja, przy czym zawsze obraz na jednej ze ścian pozostawał nieruchomy. Momentem krytycznym było zanurzenie: po lewej stronie widzieliśmy „starego człowieka” i jego symboliczne zatonięcie, po prawej – wynurzenie, wyłonienie się „nowego stworzenia”. W ten sposób artysta (Oliver Laric) w wymowny sposób zobrazował chrześcijańskie rozumienie tego rytuału przejścia: „Pogrzebani tedy jesteśmy wraz z nim przez chrzest w śmierć, abyśmy jak Chrystus wskrzeszony został z martwych przez chwałę Ojca, tak i my nowe życie prowadzili” (Rz. 6:4).

Powiązanie chrztu ze śmiercią można było dostrzec również w czarno-białym filmie „The Septemberists”, w którym Anthony Goicolea przedstawił bliżej nieokreśloną społeczność młodzieńców. Dzięki melancholijnej muzyce wszystko, co robili jego bohaterowie – zbieranie bawełny, strzyżenie owiec, barwienie tkaniny – nabierało cech misterium. Jednak wbrew pewnym zewnętrznym podobieństwom nie były to obrzędy chrześcijańskie, a raczej efekt wyabstrahowania sacrum z kontekstu konkretnej religii. Zresztą rytuał, który moglibyśmy wziąć za odpowiednik komunii, okazał się ostatecznie procederem dość makabrycznym (chociaż, tak po prawdzie, nie powinno to specjalnie dziwić).

Nie sposób tu opisać wszystkich eksponatów. Jeżeli jednak ktoś liczył na to, że wystawa pomoże mu usystematyzować wiedzę na temat różnych denominacji, to źle trafił. A może właśnie dobrze – może celem tej wystawy było uświadomienie, że rzeczywistość przeżyć religijnych wymyka się naukowej klasyfikacji i sztywnym podziałom? Znajdujemy się zresztą przecież w galerii sztuki, a nie w muzeum historycznym.

Na ekranie jednego z wielu telewizorów można było obejrzeć kompilację urywków filmików z YouTube, zmontowanych pozornie bez żadnego ładu. Pojawiła się m.in. relacja z sabatu współczesnych czarownic, fragmenty filmów animowanych ukazujących kosmiczne (dosłownie!) doktryny mormonów i scjentologów, złowieszczą apokalipsę według świadków Jehowy czy film instruktażowy pochodzącej z Hawajów a zaliczanej do nurtu New Age religii huna… Sądzę, że ten kalejdoskop stanowi – może trochę przerysowany, ale jednak trafny – obraz religijnej mozaiki współczesnych Stanów.

Szymon Pawlas

Fotografie: archiwum prywatne autora.

Numer 3(3) 2013, 04.12.2013